Córka Zeusa i Mnemosyne. Matka syren. Patronka śpiewu chóralnego i przede wszystkim tańca. Terpsychora. Jedna z dziewięciu Muz. Dziś pewnie, gdyby chciała zachować swoją rangę – byłaby jurorką jakiegoś You Can Dance, czy innego tańca na lodzie. Ale kiedyś – gdy świat był jeszcze młodszy i bardziej dostojny, taniec (o śpiewie chóralnym nie wspominając) bywał czymś więcej niż tylko połączeniem gimnastyki artystycznej i seksu w ubraniu (choć to drugie to dziś też nie do końca). Tej właśnie Muzie zawdzięczmy utwory do tańca, renesansowe i barokowe kompozycje, tak inne niż polifoniczne śpiewy, do jakich przywykliśmy myśląc zwłaszcza o czasach Odrodzenia.
To muzyka dworska, pałacowa powiedziałbym, z religią – tak usilnie zaznaczającą się w historii muzyki klasycznej nie mającą praktycznie nic wspólnego. Te utwory pokazują inny świat: nie ma w nich umartwiania się miałkością ludzkiego żywota, nie ma odnośników do Ewangelii, jest za to radość ze świata takiego jaki nas otacza, z dnia codziennego, jest pierwsze – przyszłoromantyczne – bratanie się z muzyką ludową. Wdzierającą się ukradkiem na salony arystokratycznych zabaw. Więcej… w dziale recenzje.
Co zaś się tyczy Terpsychory. Ta muza z czasów renesansu i baroku to też już nie ta sama bogini, co jej średniowieczna poprzedniczka. Wydobyta spomiędzy kościelnych śpiewów, zakazów czy nakazów, swoistego nie-dotykania, nie-widzenia i ucieczki od całego zła tego świata, wśród którego taniec zajmował znaczącą role. Całe szczęście, że renesans tak wiele odmienił w kulturze ówczesnej Europy – a barok w tej mierze był już całkiem swawolny i rozpustny prawie. Prawdziwie – dał początek You Can Dance…
Dziękuję za uśmiech na miły początek dnia. Tytuł notki kapitalny, podobnie jak cały wpis. Niech żyje Terpsychora!