Orkiestra Arte Dei Suonatori, prowadzona przez Arkadiusza Golińskiego (skrzypce), Chór Maîtrise de Bretagne pod dyrekcją Jeana-Michela Noël oraz Kirsten Blaise – sopran, Daniel Cabena – kontratenor, Richard Edgar-Wilson – tenor, Marc Labonnette – bas. Całością zawiadywał dyrygent stale współpracujący z Arte Dei Suonatori, czyli Martin Gester. Miejsce – kościół oo. Franciszkanów na Górze Przemysła w Poznaniu (tak, tam, gdzie trwa budowa, a właściwie odbudowa Zamku Królewskiego). Adwent 2011, 30.11.2011, godz. 19.00.
Cóż, wypada rzec, że listopad tegoż roku upłynął mi pod znakiem baroku. Najpierw festiwal Poznań Baroque 2011, a wśród koncertów zachwycający występ Marii Keohane i EUBO. Potem niczego sobie koncert Arte Dei Suonatori. No i na koniec – taki event! Mesjasz, na żywo (ale to brzmi J) w kościele Franciszkanów.
Martina Gestera i samej orkiestry przedstawiać nie trzeba. Śpiewaków zaś…, warto, bo jestem zdania, że te nazwiska trzeba zapamiętać. Zwłaszcza przynajmniej dwa z nich. Ale, zacznijmy od końca. Chór Maîtrise de Bretagne, założony w 1989 roku przez Jeana-Michela Noëla specjalnie znany nie jest. Bretoński ansambl to w znacznej mierze dzieci lub młodzież, ale śpiewająca z taką pasją, aż serce rośnie. Na koncercie zaprezentowali się znakomicie – partie chóru porównałbym spokojnie do tych, jakie na swoim albumie dla wytwórni Decca nagrał sir Neville Marriner z Academy Of St. Martin-in-the-Fields. Pięknie, melodyjnie, z dużym wyczuciem zarówno dynamiki jak i podziałów na głosy – muszę przyznać, że już przy pierwszym „wejściu” chóru poczułem mrowienie na karku.
Wtedy się chwała Pańska objawi,
razem ją wszelkie ciało zobaczy,
bo usta Pańskie to powiedziały…
- to ten fragment z Księgi Izajasza (And the glory of the Lord) był właśnie owym pierwszym, zapierającym dech w piersiach momentem. Potem zaś poszło już z górki. Znakomity kontratenor Daniel Cabena wyśpiewał przecudnie arię O thu that tellest good tidings to Zion. Ta melodyka, czystość dźwięku aż wbiły mnie w twardą ławkę. Wstąpże na wysoką górę, zwiastunko dobrej nowiny w Syjonie śpiewał artysta tekst Izajasza a ja poczułem – cóż magię nadchodzących świąt. Zaraz potem lekkie i zwiewne And He Shall Purify zabrzmiało po prostu uskrzydlająco (ach ta współpraca głosów w chórze!) i tak mógłbym wymieniać i wymieniać. Dość powiedzieć, że gdy pierwsza część oratorium zakończyła się po kilkudziesięciu minutach – aplauz publiczności był olbrzymi. I z całą pewnością zasłużony.
No cóż, w II i III części jest już tyle pięknych fragmentów, że można by nimi obdzielić kilkanaście mało udanych kompozycji. Każda z tych miniatur (czy to partia chóru, czy też któraś z solowych arii) to arcydzieło i wydaje się, że nie można ich wykonać źle. No dobrze, może i można, ale co najważniejsze – podczas tej prezentacji wszystkie te utwory wypadły znakomicie. Począwszy od dynamicznego Lift Up Your Hands chóru, poprzez słynne Hallelujah, aż po finałową arię III aktu If God be for us, who can be against us? prześlicznie zaśpiewaną przez Kirsten Blaise. Ona też zresztą perfekcyjnie wykonała wcześniej mój ulubiony – jak dotąd fragment z Mesjasza – arię I know that my redemeer liveth. Uf… dreszcze, ciarki, po prostu niebo na ziemi, tak to zabrzmiało. Jednak nie mogę nie napisać o wielkim wygranym tego koncertu. Powiem szczerze – dopiero to wykonanie zwróciło moją uwagę na chyba najpiękniejszy obecnie utwór z III części. Słynne The Trumpet Shall Sound to absolutny hit. Znakomity śpiew Marca Labornette’a, no i ta trąbka. O rany, takie piękno nie zdarza się często. Wyszło to wybornie, widać to było zarówno po naszych twarzach, jak i po uśmiechach samych muzyków. Genialna aria i cudny akompaniament. Maestria.
Jak z perspektywy dwóch prawie tygodni pomyślę sobie, że mogłem na tym koncercie nie być, to aż mnie otrząsa. Mesjasza zawsze warto zobaczyć… heh, to dwuznaczne zdanie okazało się być owego wieczoru nadzwyczaj prawdziwe. Na koniec – wspomniane cudo…