Kórnickie Spotkania z Muzyką. IX Wieczór Zamkowy, 25.10.2009 r.

Zacznę od małej dygresji. Na stronie głównej jest wpis poświęcony tragedii narodowej, za jaką media uznały brak nauki muzyki w szkołach. Ponarzekałem na Polaków, na nas, dorosłych, bo od kogo, jak nie od nas, dzieci mają dowiedzieć się, że Guitar Hero to nie jest szczyt intelektualnej rozrywki? A skoro kilkutysięczne miasto nie potrafi zebrać kilkudziesięciu osób na koncercie muzyki klasycznej, to jak może to naprawić jakieś osiem milionów złotówek wydanych przez ministra Zdrojewskiego?
Kórnickie Wieczory Zamkowe, koncerty odbywające się cyklicznie na Zamku Działyńskich w Kórniku, prezentujące muzykę klasyczną można nie ograniczającą się do tych najbardziej znanych i ogranych „kawałków”. Przeciwnie, na tych kameralnych koncertach (albo raczej recitalach, bo rozmachu wielkiego koncertu te wydarzenia muzyczne nie mają) można posłuchać muzyki, której nie da się zaliczyć do „przebojów” klasyki. Idąc do zamku raczej nie należy się nastawiać, że usłyszymy 4 Pory Roku, Eine Kleine Nacht Musik, Poloneza As – Dur op. 53 czy też słynne pachebelowskie Adagio. Zamek kórnicki rozbrzmiewa za to dźwiękami koncertów, fug, toccat i sonat, których próżno szukać na liście TOP 50 muzyki klasycznej. Kompozytorzy, których nazwiska pojawiają się w orbicie tychże recitali, równie tajemniczo wracają z zapomnianych kart historii: dziś, poza nielicznymi melomanami i wykładowcami akademii muzycznej chyba nikt o nich nie pamięta.
Tym bardziej więc Wieczory Zamkowe powinny fascynować słuchaczy. Niestety tak nie jest, a wszystko to za sprawą wielu przyczyn. Nie promuje się tych koncertów, nie rozpowszechnia informacji, wiadomości docierają do wtajemniczonych mailami, w ostatniej chwili… Skutek jest taki, że IX Wieczór Zamkowy, będący w centrum zainteresowania niniejszego wpisu miał publikę dającą się policzyć na palcach czterech rąk. A szkoda…
Co zaś się tyczy samego koncertu. Wprowadzenia – owych kilku słów o idei, kompozytorach i muzyce – dokonała prof. Maria Banaszkiewicz – Bryła. Zarówno wykonawców, jak i kompozytorów zestawiono na zasadzie uzupełniania się pokoleń: grający na klawesynie prof. Gordon Murray z wiedeńskiego uniwersytetu oraz studentki Akademii Muzycznej w Poznaniu to tylko pierwsze z takich porównań. Jan Sebastian Bach, którego słuchaliśmy i jego syn, Carl Philipp Emmanuel Bach – to kolejne przyrównanie, tym razem już na niwie kompozytorskiej. A przecież podobnych powiązań można doszukiwać się również pomiędzy Frescobaldim a Frobergerem lub Coupertinem. Także wywołanym z mroków przeszłości dźwiękami flamandzkiego klawesynu.
Muzyka. Zaprezentowana na przemian przez prof. Murraya oraz Marię Izdebską i Paulinę Żmuda muzyka mistrzów baroku i klasycyzmu w przestrzennych salach kórnickiego zamku brzmiała niesamowicie. Patrząc na portrety królów Polskich, sylwetki kanclerzy i biskupów, z czasów I Rzeczypospolitej, można było choć na moment wrócić do tamtej epoki, gdy Polska rozciągała się prawie od morza do morza. Na słuchaczy spoglądały duchy sławnych Polaków, zaklęte w zdobionych ramach na płótnach pokrytych olejnymi farbami. Patrzyły świadome czasu, jaki upłynął i zdarzeń, które nastąpiły. A między nimi my, zasłuchani w brzmienie flamandzkiego klawesynu, pobudzanego do życia palcami Kanadyjczyka, z kraju, który w czasach powstawania muzyki lub malowania obrazów jawił się ówczesnym Europejczykom dżunglą nieprzebytą, rajem i piekłem zarazem.
Największe wrażenie zrobiła chyba toccata cis-moll J. S. Bacha… Chyba, bo skupiony na muzyce, zupełnie zapomniałem notować…
Aby jednak nie zostawić wpisu bez muzycznego linku, proponuję suitę Louisa Couperina w wykonaniu Gustava Leonhardta… Magicznie było!