STABAT MATER DOLOROSA
Kórnickie spotkania z Muzyką mają kilkuletnią tradycję. Czy są to koncerty odbywające się w ramach wieczorów zamkowych, wybrzmiewających w idealnych do takiej muzyki wnętrzach kórnickiego zamku, czy też mamy do czynienia z klasyką graną w zielonej scenerii arboretum, zawsze gromadzą sporą grupę osób, którym muzyka klasyczna jest nieobca lub przynajmniej chcących zakosztować czegoś nowego, niż wszechwładna, telewizyjno – radiowa tandeta.
Ubiegłotygodniowy koncert, zorganizowany w ramach rozpoczynającego się właśnie I Międzynarodowego Festiwalu Klawesynowego, nie przyciągnął tłumów. Przyczyn nie będę się doszukiwał (mailowe zaproszenia zdaje się ciut zawiodły), biorę raczej na poważnie prośbę organizatorów, by na następny sobotni wieczór z klasyką w zamku przyprowadzić znajomych. A będzie na co … ale o tym na koniec. Parafrazując słowa Bilbo Bagginsa, „co zaś się tyczy festiwalu klawesynowego…”, wspomnianego powyżej, to słowem wprowadzenia trzeba rzec, że jego dyrektorem jest grająca na klawesynie właśnie Maria Banaszkiewicz-Bryła. I co tu kryć – w utworach granych tego wieczoru klawesyn odgrywał ważną rolę. Był częścią zespołu, a dokładniej sekstetu grającego na instrumentach dawnych: Bartosz Bryła I skrzypce, Marcin Suszycki II skrzypce, Tomasz Lisiecki wiolonczela, Henryk Kasperczak teorba, właśnie Maria Banaszkiewicz-Bryła - klawesyn i … póki co nieznana (bo nieprzedstawiona na koncercie, a z pewnością nie był to wymieniony w zaproszeniu Piotr Chrupek) z nazwiska Pani, grająca na altówce. W programie koncertu znalazły się utwory Antonio Vivaldiego i Georga PhillipaTelemanna. Pierwsze wybrzmiało Les Nations niemieckiego kompozytora, którego muzyczne związki z osiemnastowieczną Polską zostały krótko zaprezentowane słownym wprowadzeniem Marii Banaszkiewicz – Bryły. Niestety (a może i dobrze, bo przecież niekoniecznie musielibyśmy zostać zobrazowani pozytywnie muzycznie) Les Nations nie opisuje Polaków. Obrazuje jednak inne nacje i niekiedy nie jest to miła ocena. Wracając do muzyki – w bezpośrednim obcowaniu z klasyką wrażenie robiła zwłaszcza lutnia basowa, czyli teorba, na której grał Henryk Kasperczak. Les Nations zabrzmiało może nie porywająco, ale bardzo łagodnie i melodyjnie, toteż można bez cienia skrępowania powiedzieć, że kompozycja idealnie rozpoczęła wieczór. Dźwięki telemanowskich Nacji rozchodziły się w zamkowym wnętrzu, między obrazami starych mistrzów spoglądającymi na muzyków i miało się wrażenie, że czas stanął w miejscu. Czas tego XVIII stulecia, które już odeszło w zapomnienie i żyje jedynie w starych obrazach, książkach i muzyce.
Po krótkiej przerwie nadszedł czas na Antonia Vivaldiego. Jego kompozycja była punktem kulminacyjnym koncertu. Najpierw jednak Tomasz Lisiecki, Henryk Kasperczak i Maria Banaszkiewicz – Bryła wykonali wspólnie sonatę wiolonczelową tegoż autora, niejako wprowadzając nas w nastrój muzyki wielkiego Wenecjanina. Dla zbliżających się wydarzeń Wielkiego Tygodnia Stabat Mater Dolorosa, czyli pieśń o zdarzeniach z Wielkiego Piątku była niesamowitym przeżyciem. Zwłaszcza, że Tomasz Raczkiewicz kontratenor poznańskiej filharmonii przepięknie wykonał partie wokalne, przejmująco interpretując słynne:
Stabat Mater dolorosa
Stała Matka bolejąca,
iuxta crucem lacrimosa
kolo Krzyża łzy lejąca,
dum pendebat Filius
gdy na krzyżu wisiał Syn
Piękny koncert. Nie dziwi mnie to, bo przecież Vivaldi, jak większość kompozytorów baroku napisał Stabat Mater jako przejmujący lament. I również w kórnickim zamku, gdy wybrzmiała ostatnia nuta, gdzieś ten smutek delikatnie rozprzestrzenił się między publicznością. Taki to był wieczór. Przyjemny, ale z nutą smutku i zarazem radości.
I słowo obiecane o przyszłych poczynaniach. Już w maju czeka nas Wieczór Zamkowy z muzyką Jana Sebastiana Bacha…