Pierwszy upalny i pełen emocji wieczór czerwcowy za nami. Trzydzieści parę stopni na zewnątrz, odwołana wyprawa rowerowa (no, bo jak wybrać się z rocznym dzieciaczkiem na rower, gdy z nieba leje się żar?), burza, co niby miała nas ochłodzić, ale wybrała sobie inne rejony, mecz polskiej reprezentacji z Argentyną i muzyka we wnętrzach kórnickiego zamku na podsumowanie dnia. Było gorąco i ciekawie.
Zamek kórnicki jak zwykle od jakiegoś czasu (wiem, powtarzam się teraz, ale to takie irytujące, by nie powiedzieć „polskie”) wita gości zakazem wstępu głównym wejściem. Murowany, wreszcie odremontowany most … jest dalej zamknięty i nie, żeby mi przeszkadzało wchodzenie do zamku poprzez drewniany most nad fosą – po prostu jakoś tak śmiesznie się czuję, że niby zrobione, a chodzić nie można. Zdaje się, że niezręcznie czuje się gospodarz na zamku (bo próbował wyjaśniać tę sprawę przed koncertem), ale niesmak to niesmak i tyle.
Dobrze, dość o rzeczach nieistotnych, czas na muzykę.
Repertuar, jak to wynikało z wcześniejszej zajawki – okołochopinowski. Znaczy się, głównie Chopin (sonata g-moll op. 65 na fortepian oraz wiolonczelę na początek i Polonaise – Brillante C-dur op. 3 na koniec), a oprócz niego Franz Xavier Scharwenka, urodzony w Szamotułach … no właśnie… Polak czy Niemiec (może to taki – odwołując się do porównań piłkarskich – Lukas Podolski?) kompozytor XIX wieczny, którego – co tu kryć – usłyszałem wczoraj wieczór po raz pierwszy. Zagrani przez dwóch wykładowców Akademii Muzycznej w Poznaniu, Tomasza Lisieckiego na wiolonczeli oraz Pawła Mazura na fortepianie. W sumie zatem 3 kompozycje, osiem części, dwóch wykonawców, dwóch kompozytorów, jeden zamek i kilkadziesiąt osób. Tyle w liczbach.
Muzycznie? Było niebywale przyjemnie. Co prawda sonata g-moll op. 65 Fryderyka Chopina zabrzmiała dobrze, ale nie tak pięknie jak swego czasu w Antoninie, podczas festiwalu Chopin w Barwach Jesieni, gdybym narzekał – zgrzeszyłbym i tyle. Przyjemnie, zwłaszcza w części II i III (no, Largo to klasa sama w sobie). Rzeczywiście, na starym zamku Działyńskich czuło się ten XIX wieczny, przytłumiony niewolą zaborów romantyzm.
Scharwenka – zagrany po krótkiej przerwie – zabrzmiał niezwykle romantycznie. Nic dziwnego, że kompozytor ten był uznawany za znakomitego interpretatora dzieł Chopina ( w tym sensie – może to jednak Polak, no bo chyba tylko Polak może tak wczuć się w polską duszę Fryderyka). Mimo, iż cała sonata zagrana została szalenie emocjonalnie, to jednak jej środek: andante zabrzmiał, jakby sam Chopin usiadł tego wieczoru przy klawiaturze i tak, ot, od niechcenia zagrał nam temat na wskroś polski. Przesycony naszym krajobrazem. Szumem naszych lasów i śpiewem ptaków. Świetna, porywająca i chwytająca za serce kompozycja. Niestety… póki co nie zarejestrowana na żadnym nośniku. A szkoda…
Na koniec – jak zapowiedziała prof. Maria Banaszkiewicz – Bryła: brawurowe wykonanie Polonaise – Brillante C-dur op. 3. Oj działo się. To jedno z tych młodzieńczych dzieł Fryderyka, w którym czuć czającą się za drzwiami burzę powstania listopadowego. I tak też tę kompozycję zagrali nasi zamkowi artyści. Nie będę się silił na opis, nagrania z koncertu nie mam. Ale – wczujcie się w te emocje targające młodym Fryderykiem, który wyjedzie z Warszawy w której czuć wrzenie powstania i później, na wieść o walkach będzie się miotał w Wiedniu, czy wracać, czy też nie…
Pomoże wam w tym znakomita para: Mścisław Roztropowicz i Martha Argerich.