Dang Thai Son – fortepian
Antonin, 18 września 2011, godzina 19.00.
No i jesień. Ani się spostrzegliśmy, jak dni stały się krótsze, słońce zaczęło mniej przygrzewać, a w kominku na noc trza było rozpalić pod przygotowanym drewnem. I choć wrzesień tego roku zachwyca pogodą niczym ten tragiczny w ’39-tym, to jednak gdzieś tam przygniata mnie przeświadczenie, że to już niestety koniec lata.
Ubiegły tydzień spędziłem dość daleko od domu – wyjazdowa praca ma to do siebie, że człowiek docenia, co ma na co dzień. Że chwile spędzane z żoną i dziećmi to czas nie do wycenienia, i że nie zastąpi tych momentów żaden widok ani fotka zrobiona przy okazji. Owszem, fajnie jest liznąć znowu nowych miejsc w Polsce, powłóczyć się po miastach i miasteczkach, i w każdym szukać czegoś urokliwego, ale … dom to dom i im dłużej poza nim, tym trudniej i ciężej się robi.
Pozostaje zatem nadzieja na szybki powrót i … wspominanie wydarzeń, jakich wspólnie byliśmy świadkami w ostatnią niedzielę lata 2011. Bo wieczorny koncert w radziwiłłowskim pałacu myśliwskim w Antoninie, w ramach festiwalu Chopin w barwach jesieni pozostawił po sobie niezwykłe wręcz niedosyt muzyki Fryderyka Chopina i tylko żal, że cały rok trzeba będzie czekać na kolejne wydarzenie tego rodzaju. Ale, po kolei.
Dang Thain Sona przedstawiać melomanom nie trzeba. Każdy znawca muzyki klasycznej tego pianistę nie tylko kojarzy, ale wręcz doskonale zna. Trudno by było inaczej, skoro jest to światowej klasy muzyk, zwycięzca X Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w Warszawie im. Fryderyka Chopina. Na festiwalu w Antoninie zagrał jako ostatni z ostatnich, powitano go wielkim aplauzem i krótką (no, może nie aż tak krótką) przemową prowadzącego koncert Wojciecha Netwiga.
Pianista na początek zagrał nam… utwory Claude Debussy’ego. Z ostrożności procesowej jednak się nie wypowiem na ten temat: w moim przypadku bowiem muzyka klasyczna kończy się (z małymi wyjątkami) gdzieś około roku 1850, a Debussy i Ravel nigdy zbyt wielkiej atencji u mnie nie wywoływali. A właśnie Maurice Ravel był kolejnym kompozytorem, po którego utwory sięgnął wietnamski pianista. Gwoli zatem dokładności, usłyszeliśmy najpierw Estampes Claude Debussego – trzyczęściową impresję na tematy geograficzne: Pagodes (czyli Chiny w wyobrażeniach Europejczyka), potem Soirée dans Grenade, czyli motywy arabskie w Wieczorze w Grenadzie i na koniec Jardins sous la pluie czyli francuskie ogrody w deszczu. Spora biegłość pianisty pozwoliła na naprawdę miłe wrażenia podczas prezentacji tego utworu, jednak ogólnie – rzekłbym – powiało chłodem. Kolejny kompozytor, zaanonsowany przez Wojciecha Netwiga – czyli wspomniany wyżej Ravel pojawił się w kompozycji Miroirs czyli Zwierciadła, skomponowanej niejako dla artystycznych wyrzutków, jakimi byli członkowie grupy Les Apaches. No cóż, łatwo nie było (przecież nikt nie obiecywał, że będzie). Pięcioczęściowa suita, napisana na fortepian przez autora słynnego Bolera wymagała od pianisty sporego warsztatu i … Dang Thain Son stanął na wysokości zadania. Nawet taki ignorant współczesnej klasyki, jak ja potrafi docenić udany koncert. A takim z całą pewnością był recital głównego artysty tej edycji festiwalu.
Po przerwie (dłuższej, gdyż Ravel ciut wyczerpał Wietnamczyka) powróciła muzyka Chopina. Zrobiło się zatem … łatwiej, przyjemniej, melodyjniej i … magicznie. Usłyszeliśmy kilka utworów, a niektóre – po raz kolejny tego wieczoru. I tak, o ile walc Es-dur op. 64 nr 3 – tej słynny Żal – jakoś mnie nie przekonał (w pamięci pozostała cudna wręcz interpretacja Olejniczaka sprzed kilkudziesięciu minut), o tyle Scherzo b-moll op. 31 i ten słynny, jedyny w swoim rodzaju polonez (As-dur op. 53) po prostu wgniotły mnie w fotel. Takiego finału festiwalu oczekiwałem i … nie zawiodłem się. Wspomniane scherzo można sobie przypomnieć klikając link w zapowiedzi, a poniżej, dla celebracji nastroju, dla pięknej jesieni i w hołdzie dla genialnego Frycka – Lang Lang, autopromujący się, strojący miny, a jednocześnie po prostu uroczy i uskrzydlający. Akurat na podsumowanie.
