Concerto Armonico, Peter Szüts, Alfredo Bernardini, Paolo Grazzi
Włoski kompozytor, publikując w 1722 roku 12 koncertów z op. 9 na skrzypce i obój zadedykował je Maksymilianowi II Emmanuelowi, elektorowi bawarskiemu, co zjednało mu mecenasa w osobie tego księcia. Co ciekawe, Maksymilian II ożenił się z królewną Teresą Sobieską, córką króla Jana III Sobieskiego i Marysieńki. Ich syn, Karol VII Albrecht, po śmierci ojca rządził Bawarią do 1745 roku. Nie dlatego jednak go wspominam, że mógł pijać piwo na oktoberfestach – a dlatego, że ów wnuk Jana III Sobieskiego został w 1742 roku, po pokonaniu Austrii rządzonej przez Marię Teresę został wybrany na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Niestety, zbagatelizował odbudowę wojsk Marii Teresy, a na dodatek jego sojusznicy – Francuzi – zostawili go na lodzie (widać, że dotrzymywanie zobowiązań sojuszniczych nigdy specjalnie nie wychodziło) i … tak skończyły się marzenia o cesarstwie. A szkoda, bo może gdyby to jego dzieci rządziły Austrią, znaleźlibyśmy sojusznika, który pomógłby nam wyciąć ten wrzód na północy. Może Rosjanie wespół z Prusakami nie rozkroiliby tego kawałka czerwonego sukna, jakim była I Rzeczpospolita i … dziś żylibyśmy w innym świecie.
No, ale dość o historii. Wróćmy do muzyki Albinoniego.
Kto słuchał (zna) recenzowane w Klasycznej Niedzieli Sinfonie a cinque z opusu 2 temu przypadną również do gustu koncerty z opusu 9 zagrane przez Concerto Armonico. Oczywiście muzyka Ensemble 415 i Chiary Banchini to jednak wykonawczo klasa wyżej od Concerto Armonico, ale i ten ansambl potrafi wykrzesać niezwykłe dźwięki z barokowych instrumentów. Melodyka poszczególnych kompozycji nie budzi zastrzeżeń, muzyka płynie przed siebie, niczym leniwie popychana przez gondoliera gondola na weneckim kanale: słońce świeci, powietrze przesyca żar lipcowego popołudnia, a damy spacerują w towarzystwie kawalerów po mostach Wenecji, skryte za białymi parasolkami.
Album zaczyna koncert skrzypcowy B-dur nr 1. Przyjemna, śpiewna popołudniowa muzyka, nie śpiesząca się nigdzie, pełna dostojności i barokowego przepychu. Nie zmienia tego nastroju również kolejny na płycie koncert. Concerti per oboe czyli koncert obojowy nr 2 to właściwie przebój muzyki baroku. Przyćmiony ciut przez 4 pory roku Vivaldiego, ale jednak hit. Prawdopodobnie, gdyby nie słynna afera z Adagio to właśnie koncert obojowy, a zwłaszcza jego środkowa część Adagio byłaby najbardziej znanym utworem Albinoniego. Oczywiście nie umniejszam znaczenia Adagio g-moll na smyczki i organy, jednak sam fakt, jak ono stało się popularnym (cudowne odnalezienie, publikacja, a potem… zgłoszenie praw autorskich znalazcy do dzieła przez Remo Giazotto z niewielkim pomocą Herberta von Karajana) już daje nam do myślenia, czy przypadkiem aby nie był to specjalnie sprokurowany event? Oczywiście – gdyby amerykańska 8 armia powietrzna nie wybrała się w lutym 1945 roku nad Drezno, to może ów nieistniejąca dziś sonata triowa Albinoniego, z którego pochodziła linia basu wykorzystana przez Giazotto do stworzenia Adagio g-moll byłaby dziś, w dobie niezwykłej popularności muzyki baroku przebojem miażdżącym wręcz słynne koncerty sporu między harmonią a wyobraźnią Vivaldiego. Możemy sobie gdybać. Fakt jest jeden – Adagio g-moll, niby Albinoniego jest utworem Giazotty, a najsłynniejszym utworem włoskiego mistrza baroku pozostaje środkowa część koncertu nr 2 na obój z opusu 9.
I tak się nam znowu w recenzję płyty wdarła historia…
Płyta Concerto Armonico zawiera jeszcze 4 dalsze koncerty z opusu 9 ( w sumie koncertów wydanych w 1722 roku pod oznaczeniem op. 9 jest 12, więc kto chciałby mieć wszystkie od razu, musi poszukać innego / dodatkowego wydawnictwa). Prym wiedzie wśród nich obój: koncert 3 i 6 to dzieła napisane nawet na dwa te instrumenty. I każdy, komu ciepłe brzmienie oboju jest bliskie – nie zawiedzie się. Piękne, czyste dźwięki, nuty wiotkie jak trawy na majowej łące, harmonia, ba wręcz poezja przenikających się pasaży kreślonych przez poszczególnych członków orkiestry – wszystko to otacza słuchacza tonacją tworzoną dla przyjemności i zadowolenia. Urokliwie, bez zobowiązań, z całą gamą barw – chce się słuchać tej muzyki wciąż i wciąż.
Album wydany przez Arts edytorsko na kolana nie rzuca. Dźwięk jest poprawny, z pewnością można by się bardziej postarać, by poprawić brzmienie płyt, ale … przecież nie można być malkontentem. To dobry album, warto go znać i tyle.