Anonymous 4: Ruth Cunningham, Marsha Genensky, Susan Hellauer, Johanna Rose
Harmonia Mundi 1992
Jak muzyka dawna, to muzyka dawna. Nie ma przebacz. Trafiły mnie bowiem zupełnie dzieła amerykańskiego kwartetu Anonymous 4. Ich najnowsze wydawnictwo (na ten moment, bo w sumie nie wiem, czy za chwilę coś kolejnego się na rynku nie pokaże) czeka sobie grzecznie na stosowną okazję (że takowa nadejdzie już wkrótce to oczywista oczywistość, ale uprzedzajmy faktów), natomiast pozostałe albumy aż proszą się o parę zdań w Klasycznej Niedzieli. Zatem zacznijmy od Mszy Maryjnej. Jednego z pierwszych albumów Anonymous 4.
An English Ladymass, msza wotywna dla Najświętszej Marii Panny, Matki Jezusa to dzieło dość popularne w średniowieczu. Kult Matki Boskiej rozkwitał bowiem w wielu miejscach chrześcijańskiej Europy (i nie tylko – proszę wpisać w google słowo Meryemana), i ani Polska, ani inny kraj nie jest tu jakimś specjalnym wyjątkiem. W tamtych czasach modlitwa do Matki Chrystusa, za sprawą doniesień o Jej wstawiennictwie u Syna rozpowszechniała się na cały świat ówczesny, a że przy okazji wierzenia te zastępowały lokalnie istniejące bóstwa nieprzypadkowo związane z kultem Wielkiej Bogini (lub Bogini Matki) to już sprawa zupełnie drugorzędna i nie dla mnie w Klasycznej Niedzieli do rozważania (mam nadzieję, że mi drogi Przyjacielu głowy za ten skrót myślowy nie urwiesz).
Konkludując – msza dla Marii Panny, zaśpiewana przez kwartet Anonymous 4 – to jedno z tych muzycznych arcydzieł dawnych czasów, o których dziś niekoniecznie się pamięta. Być może stało się tak za sprawą posoborowych ujednoliceń liturgii, a być może po prostu dlatego, że … chyba dziś nie zrozumielibyśmy tamtego żaru modlitwy, tamtej pasji i śpiewu. Toteż na żywo ciężko jest obecnie usłyszeć podobnie pieśni i nie pozostaje nic innego, jak sięganie po albumy nagrywane przez prawdziwych pasjonatów dawnej muzyki.
Właśnie. Co zaś się tyczy muzyki zawartej na płycie, to zapewniam, że mamy do czynienia z dziełem absolutnie wręcz fantastycznym. Urokliwym, wywołującym dreszcze na karku, iście nastrojowo i wokalnie dotykającym najbardziej skrytych pokładów naszej duchowości. Panie z Anonymous 4 śpiewają bowiem tak niezwykle pięknie, iż momentami rzeczywiście ma się wrażenie obecności Matki Boskiej, wsłuchującej się w modlitwę kierowaną do Niej. Niewiele jest muzyki na tym świecie, która pozwala słuchaczowi zupełnie zignorować świat zewnętrzny i zatopić się w dźwiękach, przywodzących na myśl w pierwszym rzędzie wokalizy Aniołów, jakie pewnie kiedyś będzie nam dane (oby) usłyszeć. Wyrazistość poszczególnych utworów, perfekcja wykonawcza, wyczucie absolutnego spokoju, to wszystko, co można w tej muzyce odnaleźć. Jeśli zatem wracasz z pracy, wkurzony na świat zewnętrzny, zmęczony problemami, których nadmiar może przygiąć nawet najbardziej wytrwałego osobnika, jeśli z jakichś powodów w szkole, w tramwaju, na drodze, gdziekolwiek ktoś wywołał u ciebie złość, irytację lub innego rodzaju nużące i drażniące uczucia – sięgnij po An English Ladymass. Wiem, z głową pełną przekleństw nie powinno się tak robić – ale… to właśnie za sprawą modlitewnych pasjansów, jakie swoimi głosami układają Anonymous 4 tych wszystkich złych kwestii się pozbędziesz. Warto po ten album choćby z tego względu sięgnąć.
Oczywiście – to nie jest muzyka dla każdego, zdaję sobie z tego sprawę. Cierpliwość, skupienie, dobra wola, zastanowienie… wszystko to przyda się, gdy z głośników zabrzmi Msza Maryjna. Czy wam się uda wytrwać i zachwycić się? Życzę tego z całego serca…
