Masaaki Suzuki & Bach Collegium Japan
Tak sobie myślę, że to nie jest album dla ortodoksyjnych fanów muzyki Jana Sebastiana. Ba, kompilacja ta w sumie może nie być strawna dla większości fanów muzyki (nie tylko klasycznej). Ci co nie słuchają klasyki – wielce prawdopodobne jest, że nie zdzierżą tego zawodzenia po niemiecku, a te osoby, co się w muzyce poważnej (jak się to drzewiej mawiało) lubują, też mogą mieć problem. Ten drugi przypadek, to właściwie mógłbym być ja. Bowiem od czasów przedklasycznych (znaczy tych, gdy słuchałem nagrań właściwie wyłącznie rockowych) gardzę bowiem różnymi składankami. Gdzie ktoś za mnie sobie zdecydował na stworzenie zestawienia swoistego the best of i wmawia ludziom, że to właśnie największe przeboje. Brrr… paskudne toto, niczym pogoda za oknem (jeszcze dzień popada i mój samochód przed domem zatonie jak Hood po tej konkretnej salwie Bismarcka).
Więc co mnie podkusiło, by się za opisywanie tejże płytki zabrać? Ano jakaś inna ta składanka. Fakt, nie ma na niej kompletnych kantat bachowskich. Więc z daleka pachnie wręcz pomysłem the best of. Ale zestawione na A Choral Year With Bach fragmenty odnoszą się do wydarzeń z roku liturgicznego, zatem nie są więc byle jaką układanką, która miałaby wydrenować kieszenie słuchacza, by tenże mógł błysnąć w towarzystwie stwierdzeniem „Słucham kantat Bacha…”. Rok liturgiczny to zupełnie co innego niż greatest hits – i właśnie ten pomysł uzasadnia całą moją atencję do opisywanej płyty. Album zaczyna kantata na pierwszą niedzielę Adwentu (w sumie miałem napisać tę recenzję wcześniej, ale jakoś czasu nie stało). „Nun komm der heiden Heiland” (w linku Harnoncourt, niestety zupełnie inaczej niż Suzuki, by tak rzec wolniej i z większym patosem, ale równie fajnie). Zaraz po niej kantata na Boże Narodzenie (BWV 110) – „Unser mund sei voll lachens”. Uroczo, zwiewnie, melodyjnie – aż słychać tę radość z narodzin Jezusa w głosach śpiewaków.
Może kogoś nużyć fakt, że z owych wydarzeń przeskakujemy tak szybko. Że mija trzy do pięciu minut i już jesteśmy w Wielkim Piątku, słuchając Męki Jezusa Chrystusa (Kommt, Ihr Töchter) z Pasji Mateuszowej (tak, tak, ten rok z Bachem to nie tylko same kantaty), a zaraz po tym słuchamy padamy na kolana za sprawą wielkosobotniej, mojej ulubionej zresztą kantaty „Christ lag in todesbanden” (BWV 4). I … nie ma tak łatwo – pozostajemy w pozycji klęczącej, dostając na przemian najpierw niezwykły, pełen radości śpiew z kantaty BWV 172 „Erschallet,ihr Lieder” – (tu co prawda w wykonaniu Leonhardta, ale co tam, to równie piękna interpretacja, jak i Suzukiego) a po nim melancholijny, naznaczony jakimś nieodgadnionym smutkiem i zamyśleniem początek kantaty BWV 75 – „Die Elenden sollen Essen”. Na pierwszą niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego. Piękne nagranie.
Jak zresztą cała płyta. Niby fragmenty, niby powycinane z całości, a jednak pasują. Perfekcja wykonawcza Bach Collegium Japan i geniusz Jana Sebastiana. Niewiele więcej trzeba wymagać od muzyki.
Album można kupić sobie dwojako. Albo jako część zbioru wydanego na dwudziestolecie istnienia Bach Collegium Japan, albo jako odrębny CD. W obu wydaniach płyta to wyśmienita.