Paul Florin – violin (Antonio Stradivardi, 1689)
To jest album, o którym niewiele wiedziałem biorąc go do ręki. Owszem, co to partity, owszem, nazwa Stradivarius zrobiła na mnie wrażenie, ale więcej … nic. Zupełnie.
Po wysłuchaniu, właściwie już pierwszym – najchętniej – wykrzyknąłbym ŁAŁ!!! Po trzykroć albo nawet po tysiąckroć!!! Takiej płyty jeszcze nie miałem. Jedna z najlepiej brzmiących płyt, jakie przewinęły się przez mój odtwarzacz. Skrzypce solo, grające suity Jana Sebastiana Bacha to wręcz niewiarygodne piękno. Jeden instrument, a takie bogactwo.
Jeśli zatem ktoś szuka sobie muzyki słynnego niemieckiego kompozytora i nie znalazł w Klasycznej Niedzieli dotąd płyt, które by go do Bacha przekonały, a marzy mu się muzyka
a) melodyjna i perfekcyjna kompozytorsko;
b) zagrana na instrumencie z epoki, w jakim owe nuty powstawały;
c) znakomicie i z pasją wykonana;
d) rewelacyjnie zrealizowana i zarazem genialnie nagrana na nośniku,
to absolutnie powinien sięgnąć po album Paula Florina. W jego rękach / palcach skrzypce Stradivariusa brzmią w bachowskim repertuarze cudownie. Tyle pełnych, czystych dźwięków, taka emocjonalna z jednej strony, a zarazem doskonale ułożona harmonia dźwięków nie zdarza się często – w tym wypadku muzyka kantora św. Tomasza idealnie balansuje pomiędzy artystycznym westchnieniem, a matematyczną dokładnością następujących po sobie nut.
Oczywiście – jest także ALE. Nie da się inaczej – muzyka na skrzypce solo wymaga większego skupienia, niż tradycyjne orkiestrowe brzmienia, z jakimi zazwyczaj mamy do czynienia. Nie da się jej słuchać przy wkładaniu naczyń do zmywarki, zdecydowanie też nie współgra z innymi zwyczajnymi czynnościami domowymi dnia codziennego. Trzeba jej spokoju, zastanowienia i swego rodzaju celebracji w cieszeniu się chwilą, a wszystko po to, aby delektować się wspomnianym wyżej kunsztem wykonawcy i doskonałością warsztatu Jana Sebastiana. W sumie – niewiele, ale w dzisiejszym zagonionym świecie czasami jest to wyzwanie nie do zrealizowania. Zatem gdybyście mieli słuchać kolejnych części wspomnianych partit dzieląc czas między nie, a sprzątanie odkurzaczem – darujcie sobie. Szkoda zachodu.
Za to poświęcenie im chwili (no dłuższej nawet) wespół z lampką wina, wygodnym fotelem i wesoło trzaskającym w kominku ogniem zwróci się wam w dwójnasób. WARTO!
No cóż… nie ukrywam, że odczuwam pewien niedosyt
Znając te kompozycje w interpretacjach kilkunastu, a może i kilkudziesięciu skrzypków, wciąż nie wiem, w którym miejscu pomieścić Florina
Oj, to będzie kłopot, bo ja tylu wykonań nie znam (właściwie, to partity dopiero niedawno znalazły drogę do mojego ucha). Z tych co mam – miałem początkowo wrażenie, że blisko mu do Hahn, ale teraz jestem pewien, że to jednak zupełnie inne interpretacje. Jakbym miał z nią porównywać – to Florin kładzie większy nacisk na melodykę poszczególnych pasaży. U Hahn wybijają się na pierwszy plan różne takie techniczne ornamenty, które ubarwiają te utwory – Florin je gra też, ale… są one tylko dodatkiem do panoszącej się melodii.
Zapodam na YT, jak tylko wymyślę, czym to zobrazować