Norrköping Symphony Orchestra
Andrew Parrott – conductor
Od razu przyznam się do winy: niniejszą płytkę posiadam chyba z rok, albo dłużej, słuchałem jej w różnych okolicznościach kilkanaście bodaj razy i … nic. Zupełnie do mnie ta muzyka nie dotarła. Przynajmniej tak było w 2010 roku. Powinno zaś być inaczej, bo w roku chopinowskim moja atencja dla muzyki fortepianowej raczej rosła niż malała. Cóż zrobić… Na szczęście ostatnio „odświeżyłem” sobie te nagrania. Ronalda Brautigama bowiem bardzo sobie cenię, a jego interpretacje sonat beethovenowskich niezwykle przypadły mi do gustu. Toteż gdy dostałem do przesłuchania koncerty fortepianowe Beethovena – też na początku byłem podekscytowany. W końcu przecież uwielbiam ten rodzaj kompozycji; fortepian plus orkiestra jest dla mnie kwintesencją muzyki. Zwłaszcza romantyczny fortepian i romantyczna orkiestra. A tu … nie zadziałało! Cóż, może to przypadek, a może po prostu trzeba mi było dojrzeć do tych kompozycji. Dziś, gdy od kilkunastu dni nie mogę się opędzić od tych nut daremnie szukam słów, jakimi można by przyjemnie ubrać te kilkadziesiąt minut muzyki. Nie dlatego, że dźwięki te są z rodzaju tych nieopisywalnych; bardziej ze względu na chęć uniknięcia zwyczajnych, przyziemnych porównań, mogących skutecznie zniechęcić do najpiękniejszej nawet partytury.
Słuchając zatem Andante con moto – środkowej części czwartego koncertu G-dur op. 58 – tych kilku minut z sekundami (w linku jeszcze bardziej ekspresyjny Zimerman z Bernsteinem) widzę Beethovena, miotającego się po swoim pokoju w Heiligenstadt (dziś to Wiedeń, prze laty – małe miasteczko tuż tuż). Już wtedy doskwierała mu choroba, przez którą omal nie popełnił samobójstwa, nic więc dziwnego, że w muzyce czuć namiętności i rozdarcie właściwe jego stanowi ducha. Oto mamy wyraziste partie orkiestrowe, takie wręcz przebrzmiewające butami napoleońskich wojsk (a w tle Beethovena rzucającego się w rozpaczy od okna do okna) i … piękne, spowolnione i wyciszone frazy fortepianu, który owe szaleństwa i lamenty schorowanego artysty wygładzały i prowadziły go ku sławie wirtuoza klawiatury. Szalone czasy mógłby ktoś rzec – ano i szalony duchem kompozytor tym czasom odpowiedni. Uff…
Albo weźmy na to środek z koncertu skrzypcowego D-dur op. 61, transkrybowanego przez samego kompozytora w 1807 roku na fortepian i orkiestrę (ówczesnej publiczności ta pierwotna wersja jakoś nie przypadła do gustu – też nie rozumiem dlaczego). Larghetto pozbawione co prawda takich kontrastów, jak w opisywanym wyżej fragmencie koncertu G-dur, ale i tak mimo wszystko niezrównanie melodyjne i liryczne. Wręcz uskrzydlające słuchacza. A to przecież tylko dwa drobniutkie kawałki wybrane spośród kilkudziesięciu minut muzyki.
Koniecznie trzeba podkreślić, że płyta została znakomicie zrealizowana. W tej mierze muszę nie podlega dyskusji, że BIS jest niezwykle konsekwentny w realizacji albumów na płytach SACD. Brzmią one perfekcyjnie, muzyka ani nie jest podkręcana ani zbyt cicho nagrana: po prostu brzmi znakomicie i zadowoli najbardziej wybrednego melomana. Zwłaszcza w zestawieniu z perfekcją wykonawczą artystów.
