Ensemble Officium & Wilfried Rombach (director)
Christophorus 2008
Pogaństwo się szerzy, w Ziemi Świętej panoszą się Saraceni, a Bernard z Clairvoux przewraca się w grobie. O ile rzecz jasna cokolwiek z niego w tej krypcie pozostało. Cynicznie? Ależ skąd. Po prostu sama prawda, całą dobę, jak obwieszcza wszem i wobec jedna mało obiektywna telewizja. Pogaństwo się szerzy, bo ludzie ustawiają dynie przed drzwiami, a dzieci chodzą od domu do domu wystrojone w trupy, wróżki i czarodziejki z żądaniem kolejnej porcji słodyczy. W Ziemi Świętej nadal bez zmian, co oznacza, że Święte Miasto trzech religii ciągle żyje w strachu własnego cienia. A Bernard de Clairvaux – cóż, pewnie nie o takim świecie chrześcijan myślał, a Francji dnia dzisiejszego z pewnością sobie nie wyobrażał.
No, ale zostawmy historię na razie na boku, w końcu to blog muzyczny jest. Przywołałem cysterskiego Świętego nie bez powodu – wszystko za sprawą albumu Christophorusa, jaki wpadł mi w ręce kilka dni temu. Średniowieczna muzyka cysterska, jak wieści tytuł takową faktycznie jest, a że ostatnio jakoś lubuję się w podobnych dźwiękach, to i od razu płytka powędrowała do odtwarzacza. Zespół: Ensemble Officium – no tu już niewiele mam do powiedzenia, bo to dla mnie nowość (pośród wielu grup wykonujących lepiej lub gorzej muzykę dawną nie miałem dotąd styczności z tymi muzykami). Łącznie zatem otrzymujemy kompozycje słynnej w wieku XII postaci (a przynajmniej nominalnie większość z nich jest Bernardowi przypisywana) skorelowaną z ansamblem, który swoją pozycję na rynku muzyki dawnej dopiero wypracowuje.
Badaczem żywotów Świętych nie jestem i raczej nigdy nie będę – w natłoku spraw codziennych zmuszonym jest raczej wierzyć w głoszone treści, niż samemu dochodzić do szczegółów. Przyjmijmy więc na wiarę, że kompozycje sprzed prawie tysiąca lat to rzeczywiście utwory mistrza z Clairvaux. Wśród nich prym wiedzie hymn Jubilus Rhytmicus – właściwie do tej samej melodii usłyszymy kilka łacińskich tekstów. Rzekomo nie ma pewności, czy któryś z nich wyszedł faktycznie spod pióra św. Bernarda – dziś rzecz nie do pomyślenia, a kiedyś, cóż, któżby się tam przejmował czymś takim jak prawa autorskie. Nie zmienia to jednak mojej opinii o tych utworach – słucha się ich przyjemnie, ale nic w tym dziwnego, skoro dbałość wykonawcza aż wbija w fotel. Jeśli zatem prace Ensemble Officium tak właśnie mają brzmieć – no to zyskali właśnie oni wiernego i stałego słuchacza.
Przestrzeń. To ciśnie się na usta, po wsłuchaniu się w poszczególne nagrania. Niezależnie, czy są to powtarzające się – wspomniane wyżej – hymny, czy tez inne nagrania. Ensemble Officium jak przystało na mieszany chór wyczarowuje dla nas swoimi głosami muzykę wprost niezwykłą. Brzmiącą klarownie i czysto. Między innymi dlatego nie chcę wyróżniać któregokolwiek z nagrań – w każdym z nich bowiem ansambl prezentuje się znakomicie. Zachwyca melodyką, wyrazistą rytmiką i bardzo przyjemnym akcentowaniem poszczególnych partii. I rozsądnie gospodaruje bogactwem składu – gdy trzeba, utwory wykonywane są przez męski lub żeński skład grupy, a tylko w hymnach słychać ich wspólną pracę. I o to chodzi.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że płyta może nie zadowolić muzycznych purystów. Jak wiadomo muzyka średniowieczna to rzeczy właściwie pozbawione głosów żeńskich (chyba, że specjalnie na tylko takie głosy napisana i wykonywana), a Ensemble Officium prezentuje się nam w mariażu męsko – żeńskich brzmień. Mnie osobiście to nie przeszkadza. Że to nie jest super wierne oryginałowi? Cóż – jeśli kto chce osiągnąć warunki sprzed ośmiuset lat, proponuję w najbliższym kościele wybić wszystkie okna (lub witraże), ubrać się w zgrzebny wór, zjeść michę kaszy z tłuszczem i nie myć się przez tydzień. Wrażenia naturalności gwarantowane. Oczywiście wszechogarniający syf organicznych odchodów ludzkich i zwierzęcych mile widziany jako wsparcie mentalne. I jak?
No, ja jednak pozostaję przy Ensemble Officium. Bo warto…