Hille Perl – viola da gamba
Lee Santana – archlute, teorba
Michael Behringer – harpsichord, organ
Uczciwie się przyznam – do muzyki różańcowej Henricha Bibera podchodziłem kilka (może nawet naście) razy. Nie wiem, czym to było spowodowane. Może nie ta pora roku, może nastrój, a być może akurat nie trafiłem na odpowiednie wykonanie (choć uzasadnić tego za nic nie potrafię – a te albumy, których słuchałem to wcale nie było jakieś tam byle-co). Dość powiedzieć, że Biber mi się zupełnie nie przyjął. Owszem, pewne jaskółki odnowy zauważyłem za którymś tam podejściem latem tego roku, ale że wówczas niekoniecznie muzyka pasowała do czasu i przestrzeni, o nastroju nie wspominając, to i jakoś tak odłożyłem Heinricha Ignaza na bok. Do dziś…
Październik. W kościele katolickim czas Różańca Świętego. Z czasów dziecięcych wspominam ów miesiące niekoniecznie mile, teraz zaś zupełnie inaczej do niektórych kwestii podchodzę. Jednak, aby nie odchodzić zbyt daleko od głównej tematyki tego bloga, to z przyjemnością muszę przyznać, że ten szczególny czas okazuje się być całkiem przyzwoicie potraktowany przez twórców muzyki klasycznej. Nie tylko bowiem adwent, ba, Wielki Post, tudzież wydarzenia Bożego Narodzenia czy też Wielkiego Tygodnia są inspiracją dla całej rzeszy kompozytorów, ale również ten miesiąc – taki jakiś zapomniany wśród szerszej gawiedzi – też doczekał się swojej ilustracji dźwiękowej.
A przecież Tajemnice Różańca Świętego to wcale niełatwy temat do zilustrowania. Muzyka bowiem (zwłaszcza barokowa) ma to do siebie, że nie potrafi się obyć bez swego rodzaju taneczności, lubo choćby melodyki, a Różaniec, cóż, jakoś z tak przyziemnymi kwestiami się nie kojarzy. Przynajmniej w pierwszym wrażeniu. A Heinrich Biber swoje kompozycje oparł właśnie o melodie. Piękne, wijące się całkiem ciekawymi sekwencjami i oddające w moim przekonaniu ducha tej modlitwy. Tak na dobrą sprawę o to jak najbardziej chodzi. Fakt, że dziś sonat różańcowych w kościele nie usłyszymy (no w każdym razie to spora rzadkość), ale też mam wrażenie, że dzisiejszy sposób odmawiania różańca jednakowoż różni się od tego sprzed wieków. I nie chodzi mi tu o dodatkową tajemnicą, dodaną za pontyfikatu Jana Pawła II, a o jakiś taki zewnętrzny przejaw automatyzmu, który w dziesiątkach różańca się pojawił i … trwa. Gdy jednak przysłuchamy się muzyce sprokurowanej na owe tematy – cała ta sztampa, powtarzalność jakby znikała – zamiast tego dostajemy celebrację każdej minuty / nuty, jakie spędzamy z muzyką zawartą na recenzowanym albumie.
Daniel Sepec na płycie wydanej przez Coviello Classic gra na skrzypcach zrobionych przez Jakoba Stainera, zapomnianego (dziś, bo teraz to wszyscy kojarzą Stradivariusa), lecz bardzo cenionego lutnika, którego skrzypce w swojej kolekcji posiadał m.in. Jan Sebastian Bach. Skrzypce Stainera mają niesamowitą barwę: ciepłe, pełne i wysublimowane brzmienie robi wręcz niezwykłe wrażenie, zwłaszcza w takich kameralnych sonatach, jak Rosenkranzsonatas Bibera. Dodajmy do tego świetny i przestrzenny dźwięk SACD, głębokie pola wręcz idealnego pogłosu (obecnego, ale nie narzucającego się swoją obecnością) oraz wyrazistość pierwszego planu i otrzymujemy dzieło absolutnie wybitne. Powiem szczerze, że słuchany przeze mnie wcześnie Manze po prostu nie dorasta temu wykonaniu do pięt.
Album zasługuje na polecenie. Muzyka zagrana jest naprawdę znakomicie, dźwięk i sama realizacja jest na najwyższym poziomie, a warstwa edytorska nie pozostawia żadnych niedomówień.
Nie będę omawiał poszczególnych nagrań, bo kompozycji Bibera słucha się z niezwykłym pietyzmem, ale … wymagają one skupienia i wewnętrznego przekonania, że chcemy obcować z tym co najpiękniejsze. W tym też zakresie muzyka idealnie opisuje piękno Różańca i stąd zachęta, by po nią sięgnąć. Moja ulubiona na płycie (konkretnie na CD 2) kompozycja XI Die Auferstehung – dziewięciominutowe cudo, w którym skrzypce oraz organy składają się na obraz absolutnie nieziemski, niech będzie wprowadzeniem w ten medytacyjny i podniosły nastrój. Zwłaszcza fragment około trzeciej minuty czterdziestej sekundy: intro organowe, takie łagodne, delikatne i dyskretne, jakby tylko lekko zaznaczone i taka swobodna, przepiękna kantylena skrzypiec, podających główny motyw kompozycji. Ech… posłuchajcie…
