Ponarzekałem sobie w zapowiedzi recenzji na Francję i Francuzów. No to teraz trzeba zrównoważyć szalę i rzucić nań jakoweś osiągnięcia, które zniwelują wylewającą się ze strony głównej niechęć. A że jesteśmy w Klasycznej Niedzieli, to … będzie o muzyce. Czyli o tym, co lubię.
Francuski barok właściwie dotąd na moim blogu nie zaistniał. To znaczy coś tam się przewinęło przez różne wpisy, a to historyczne, a to koncertowe, ale tak żeby konkretnie o albumach – czasu nie stało. Do dziś. Aby być jednak dokładnym to powieść o płycie, której okładkę widać obok a tytuł zapisano poniżej zaczniemy od Amerykanina, Hugh Wileya Hitchcocka nie żyjącego już muzykologa, który zabierając się swego czasu za badania dotyczące wpływu francuskiej muzyki na amerykańską (!!!) przysłużył się francuskiemu barokowi między innymi w ten sposób, że skatalogował dzieła Marc-Antoine’a Charpentiera. Stąd przy poszczególnych dziełach francuskiego kompozytora znaleźć można oznaczenie literowe ‘H’ (wzięte właśnie od nazwiska Hitchcocka) i kolejną w rejestrze cyfrę. To taka sama zasada, jak słynne BMW, sorry BWV podawane przy dziełach Jana Sebastiana Bacha.
Skoro kwestia numeracji została wyjaśniona – czas na muzykę. Na albumie nagranym przez La Chapelle Royalle prowadzoną przez Philippe Herreweghe znalazły się: Miserere (ale to nie wariacje na temat dzieła Allegriego, gdyby ktoś miał wątpliwości), oznaczone w katalogu Hitchcocka numerem H.219, dwa krótkie responsioria śpiewane w trakcie mszy św. (H.372 i H.346) oraz motet H.434. Muzyka zatem jak najbardziej religijna, co w sumie cieszy, że „najstarsza córa Kościoła” jako tako się prezentowała przed laty (jak jest teraz litościwie nie wspomnę).
Album w sumie „wiekowy” – Herreweghe nagrywał go w zamierzchłych czasach mojej młodości (wtedy na taką muzyką nawet bym nie spojrzał) – miałem wówczas piętnaście lat i liczyło się wtenczas wszystko inne, aniżeli klasyka. Harmonia Mundi wydała ten album jako reedycję, a w moje ręce trafił on również z drugiego obiegu (ktoś wyprzedawał, ktoś licytował, ja kupiłem).
Miserere. Siedmioczęściowe dzieło, zaczynające się od niespełna dwuminutowej uwertury. Spokojnej, wyciszonej. Zaraz po niej, właściwa część Miserere mei, Deus. Oparta na psalmie 50 miniatura to na przemian solowy śpiew wokalistów i partie chóralne, przywodzące na myśl händlowskie rozwiązania (tak, wiem, że Charpentier był ‘pierwszy’) harmoniczne. I tak zresztą jest już do końca tego utworu.
Krótkie przerywniki, jakimi są oba responsoria to ten sam nastrój, ta sama mistyczno – duchowa tonacja. A zaraz po nich czteroczściowy motet . Niezwykle piękny. Partie instrumentalne z powodzeniem można by z niego zaimplementować do barokowej muzyki dworskiej, grywanej przez magnackie orkiestry po zamkach i pałacach. Partie wokalne to już stricte kościelna muzyka, pełna głębi i zastanowienia.
Mimo całej mojej niechęci historycznej do Francji muszę przyznać, że muzyki Charpentiera słucha się z wielką przyjemnością. Słychać w niej piękne melodie, wybrzmiewają w niej harmonie wokalne, jakich nie powstydziliby się ‘bardziej znani’ kompozytorzy świata muzyki klasycznej (nie tylko barokowej). Jednym zdaniem – zdecydowanie trzeba znać.