O motywach tej recenzji ciut było w zapowiedzi. Skoro znajoma z sieci uparcie twierdzi, że Chopina nie lubi, to nie. Ok., niech nie lubi, jej prawo, przecież się na nią nie obrażę. A Chopin tym bardziej. Ja w każdym razie uwielbiam, zasłuchuję się niezmiennie w kolejnych dziełach i jakoś tak zupełnie się czuję tymi nutami przesiąknięty. A ją będziemy nawracać. Może nie ogniem i mieczem, tylko delikatnie, krok po kroczku, aż się jednak przekona. I żyć bez Chopina nie będzie mogła. Jej też niniejszą recenzję dedykuję.
Co zaś się tyczy Chopina, to jego najsłynniejsze dzieło, czyli koncerty fortepianowe już w Klasycznej Niedzieli się pojawiły. W jednej z moich ulubionych interpretacji, co znaczy, że zamierzam też skrobnąć parę słów w przyszłości o innych pianistach grających te koncerty. Ale to w przyszłości. Inne większe formy: czyli utwory orkiestrowe, wydane swego czasu pod auspicjami Ministra Kultury i opisane zostały tutaj. Niestety, nad czym właśnie ubolewam, mniejsze formy jakoś nie znajdują sobie miejsca (należnego) w dziale recenzje. I to właśnie czas zmienić.
Zaczniemy, jak widać na załączonym obrazku od płyty „patriotycznej”, bo nagranej przez Polaka. Rafał Blechacz, zwycięzca XV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina, wywołał w 2005 roku swoim sukcesem euforię w świecie muzyki klasycznej na naszym kraju. Gruchnęło wówczas koncertami, artykułami, książkami, ba nawet darmowymi płytami CD dodawanymi do gazet. I dobrze, bo jakoś tak biednie i cicho poczynała sobie muzyka klasyczna, zepchnięta gdzieś w niszowe rejony przez pop czy inny rock. Wygrana Blechacza, wieści o podpisanym kontrakcie z Deutsche Grammophon, wszystko to pozwalało mieć nadzieję, że o Polsce, Polakach i Chopinie znów będzie głośno w świecie. Dziś, po paru latach od tamtego sukcesu (i po kontrowersjach werdyktu jurorów XVI Festiwalu Chopinowskiego) specjalnego przełomu w muzyce klasycznej nie widać, ale … w większości sklepów z muzyką półki, na których stoi klasyka jeszcze istnieją. I Blechacza tam znaleźć można właściwie w całym dostępnym repertuarze, jaki dotąd zarejestrował.
Wspomniany kontrakt Blechacza z wielkimi niemieckim potentatem zaowocował już w 2007 roku albumem z Preludiami Chopina. Utwory te, istniejące w cyklu z opusu 28 w liczbie dwudziestu czterech kompozytor napisał w latach 1838-1839 na Majorce, podczas wspólnego wyjazdu z Georges Sand. Preludia to takie miniatury, potrafiące trwać ledwie kilkadziesiąt sekund (np. półminutowe Preludium cis-moll nr 10) lub prawie 5 minut (Preludium Des-dur nr 15), zróżnicowane zarówno jeśli chodzi o kolorystykę (bo obejmują one kolejno wszystkie tonacje), jak i samą dynamikę kompozycji. Są wśród nich utwory wygładzone, spokojne, niczym zaciszna zatoka w bezwietrzny dzień i są takie, gdzie gromy i uderzenia wiatru panoszą się od pierwszej do ostatniej nuty.
I tak też gra je Rafał Blechacz na recenzowanym albumie. Wydobywając z fortepianu dźwięki iście kosmiczne i nieopisywalne. Jak choćby w preludium nr 3 G-dur, gdzie delikatność, z jaką pianista dotyka klawiszy fortepianu i wydobywa z nich nuty wręcz zadziwia spontanicznością i wyczuciem dynamiki. Utwór, który mógłby brzmieć jak cwał kawalerii, jest w istocie łagodny, niczym powiew letniego wiatru. A gdy tempo zmienia się – z początkiem czwartego preludium e-moll (nieprzypadkowo oznaczonego słowem largo), zmienia się i nasze uczucie do muzyki Chopina.
Preludia z opusu 28 można grać w całości, zajmie to niespełna czterdzieści minut. Można też je grywać partiami, wybierając sobie odpowiednie do nastroju. Rafał Blechacz na recenzowanym albumie zagrał je łącznie i dzięki temu dostajemy jednolity, zupełny cykl 24 utworów, których słucha się z niezwykłym wręcz oddaniem, odkrywając namiętności, jakie targały Chopinem podczas ich komponowania. Całość została uzupełniona dwoma preludiami napisanymi przez kompozytora w okresie późniejszym: preludium cis-moll op. 45 oraz preludium F-dur, skomponowanym około 1845 roku i wydanym drukiem już po śmierci Fryderyka.
Co ciekawe, album kończą … dwa nokturny z op. 62: H-dur (nr 1) oraz E-dur (nr 2). Idealnie uzupełniają one album z preludiami. Blechacz gra znakomicie: lekko, zwiewnie, wyczarowując z instrumentu najpiękniejszego rodzaju nuty, jakie tylko można sobie wyobrazić. Pierwszy z nokturnów zaczyna się od nagłego przywołania dźwięku, po czym muzyka rozpływa się, niczym jesienna mgła i tak będzie się snuć pełna refleksji i zastanowienia. Pianista nie popędza jej, przeciwnie, w chwilach dynamicznych pozwala się jej nacieszyć pełnym brzmieniem, po czym z powrotem zwraca się ku delikatności i harmonijnej subtelności. Podobnie w nokturnie E-dur: Blechacz pozwala, aby z początkowej ciszy i spokoju wypłynęła na szerokie wody dynamiczna i ekspresyjna narracja, po czym na koniec powraca znowuż do początkowego spokoju i zastanowienia.
Znakomite zwieńczenie świetnej płyty. Sam nie wiem, czemu tyle czasu czekałem z jej opisaniem…
I skoro w zajawce na głównej stronie pojawił się nokturn H-dur, to poniżej – wystarczy kliknąć play – można posłuchać nokturnu E-dur. Zatraćcie się w tej muzyce…
