The Purcell Quartet, The Purcell Band
Włoski barok rządzi! – chciałoby się krzyknąć. Przynajmniej ostatnio, bo jak spoglądam na listę zrecenzowanych płyt, to prym wiedzie Jan Sebastian… Jednak, gwoli ścisłości, to właśnie mistrzowie włoskiego baroku mają największy udział w muzycznych podróżach, jakie fundują mi różnego rodzaju odtwarzacze. Czy to w salonie, czy to w samochodzie tudzież w innej pracy albo na rowerze.
I tak Vivaldi, oczywiście za sprawą swoich sporów między harmonią a wyobraźnią jest poza wszelką konkurencją. Corelli – mój ulubieniec – Archanioł Dźwięków, jak go nazwano swego czasu nazwano w Filharmonii Arkadyjskiej też specjalnie równych sobie nie ma. Mancini i Locatelli póki co widnieją w dziale recenzje obok siebie, z pojedynczymi albumami, ale zamierzam to zmienić. Jest też znakomity Albinoni, do którego dotarłem za sprawą Jima Morrisona i Remo Giazotty. Zwłaszcza karciany potentat z Wenecji, za sprawą świetnych Sinfonie a cinque z opusu 2 wrył się na stałe w pamięć i odwiedza odtwarzacz od czasu do czasu.
Francesco Geminiani zaś, mimo tego, że dwa albumy z jego kompozycjami pojawiły się już w Klasycznej Niedzieli, jakoś specjalnie nie może się przebić. Taki „słabszy Corelli” tudzież „popłuczyny po Vivaldim”, jak swego czasu powiedział mi jeden znawca… taaa, i już widzę ten las rąk sięgających po płyty tego „Szaleńca” (po prawdzie – tak go nazywali jego uczniowie). Mam jego kilka płyt, i jakoś nie mogę się zabrać za ich opisanie. A szkoda, bo muzyka ta z pewnością na parę dobrych słów zasługuje.
La Folia oraz inne koncerty i sonaty Geminianiego wydane przez Hyperion polecenia wymagają z kilku względów. Po pierwsze, The Purcell Quartet świetnie sobie radzi z tym repertuarem, a dwie skrzypaczki, Catherine Mackintosh i Elizabeth Wallfisch po prostu olśniewająco wykonują te partie solowe skrzypiec, które kiedyś przed laty Geminiani napisał dla siebie samego.
Płytę – mimo tytułu La Folia – rozpoczyna sonata triowa nr 3 F-dur, i to od no właśnie… od largo, co może zdziwić słuchacza przyzwyczajonego do dynamicznych początków. Przecież utwory zazwyczaj zaczynają się od allegro (nie mylić z wiadomo czym!) a fragment wolny czyli właśnie largo to albo druga, albo nawet trzecia część danej kompozycji. Mało kto odważy się dziś nagrać album (dotyczy to właściwie każdego rodzaju muzyki) gdzie początek to będzie rozmarzony podmiot liryczny tęskno wzdychający do ukochanej pod księżycem. A tak postanowił nas Geminiani rozckliwić na całego, w czym dzielnie mu pomogła Elizabeth Wallfisch. Muzyka zatem płynie swobodnym, wręcz leniwym nurtem, melodia wije się umiejętnie i słucha się tego utworu z dużą przyjemnością. Poziom zresztą zostaje zachowany w kolejnej na albumie kompozycji – tym razem już owym tytułowym concerto grosso – czyli La Folii. Dziesięć minut znakomitej kooperacji barw orkiestrowych i solowych popisów, wśród których znowuż prym wiodą na przemian skrzypce Wallfisch i Mackintosh.
I tak już pozostanie do końca. Niezależnie, która z Pań będzie nas czarować barwą swoich skrzypiec, czy wsłuchiwać się będziemy w melodyjne sola, czy otoczy nas swoją błogością brzmienie całej orkiestry, w każdej nucie odnajdziemy smak popołudniowej kawy, sączonej bez pośpiechu i w spokoju, z dala od zgiełku XXI-wiecznej cywilizacji. Świat był w XVIII wieku inny, a płyta nagrana przez The Purcell Quartet z utworami Francesco Geminianiego pozwala choć na chwilę się w tamte czasy przenieść.