La Divina Armonia, Stefano Barneschi – violin, Lorenzo Ghelmi – organ.
Passacaille 953, 2008*
Józef Haydn. Jego “Stworzenie świata” zawisło w Klasycznej Niedzieli zaraz na samym początku funkcjonowania blogu, a potem… cisza. Kilka winyli tego kompozytora co prawda posiadam, ale nie miałem nań czasu i … co tu kryć – także i ochoty się z nimi mierzyć. Haydn nie oczarował mnie bowiem jak Bach, nie uskrzydlał jak Chopin, nie zdumiewał jak Buxtehude, nie… znalazł dojścia do mojego odtwarzacza w przeciwieństwie do kilkunastu innych, nawet współczesnych mu kompozytorów. I nawet dziś słucham go od czasu do czasu jedynie. Nie dlatego, że to zła muzyka (bo wręcz przeciwnie), po prostu czasami na wszystko nie wystarcza czasu.
Więc skąd nagle ten recenzowany klasyk wiedeński? Ano, planując tegoroczne wakacje ustaliliśmy, że będą to okolice Jeziora Nezyderskiego. Neusiedler See słynie z setek kilometrów tras rowerowych, winnic i winiarni z pysznymi austriackimi winami oraz … pałacu Esterhazych w Fertöd. A skoro mowa o tych magnatach węgierskich, nie można zapomnieć, że właśnie dla nich, przez prawie 30 lat tworzył i pracował właśnie Józef Haydn. I choć uznawany jest za jednego z trzech klasyków wiedeńskich, to sporą część życia spędził on właśnie w leżącym w pobliżu Jeziora Nezyderskiego pałacu w Esterhaza.
Jak się już w zapowiedzi napisało, podróż do Fertöd upłynęła przy akompaniamencie koncertów Józefa Haydna, granych przez La Divina Armonia. Nawiasem mówiąc wydanych z okazji 200 rocznicy śmierci kompozytora. I to była właśnie akuratna muzyka na owy czas – brzmienie zarówno organów Lorenzo Ghielmiego, jak i akompaniującego mu zespołu idealnie odpowiadało widokom za oknem: świecącemu na błękitnym niebie słońcu i jakiejś takiej sielsko – anielskiej atmosferze. I choć to Haydn, miałem wówczas wrażenie, że w tych utworach, zawartych na albumie wydanym przez Passacaille blisko było (a właściwie jest) do barokowych ornamentów Jana Sebastiana Bacha. Tak, tak, moim zdaniem to wcale nie klasycyzm przebija na pierwszy plan po odsłuchaniu dajmy na to koncertu na organy i orkiestrę, a barok. Bogactwo, przepych, wszystko podane ze smakiem i artystycznym błyskiem w oku, słowem – piękna i przyjemna muzyka. Spora zasługa w tej mierze spoczywa na wspomnianym wyżej mediolańskim organiście, choć żeby nie przesuwać akcentów w jedną stronę – to i skrzypcowe pasaże Stefano Barneschiego potrafią wywołać uśmiech na twarzy.
Album zawiera m.in dwa koncerty na organy i orkiestrę, będące świetną klamrą spinającą całość w zgrabną i urokliwą płytkę. Słuchając go odczujemy przyjemność w obcowaniu z muzyką, tak lekko i zwiewnie mknącą przed siebie z każdą nutą, że aż mamy wrażenie obcowania z ponadrzeczywistym światem, który nagle, za sprawą La Divina Armonia odnalazł się w naszym salonie. O nie, tej muzyki nie powinno się słuchać dzieląc uwagę między jej nuty a czynności np. rąbania drewna lub kopania ogródka – to Sztuka, a nie sztuka muzyki. W tych utworach nie ma ani taniego poklasku (bo jednak osłuchania od melomana wymaga) ani tym bardziej nie epatującej nad miarę pretensjonalności. I dlatego tak przyjemnie nastraja ona słuchacza.
Dobry, niezwykle udany album.
*postaram się na bieżąco pouzupełniać już opublikowane recenzje, bo od teraz będę również podawał wytwórnię, jaka wydała dany album.