William Christie & Les Arts Florissants
Semi-opera Henry’ego Purcella The Fairy Queen napisana niejako w celu ilustracji muzycznej szekspirowskiego tekstu Sen Nocy Letniej została po raz pierwszy wykonana publicznie w 1692 roku, na trzy lata przed śmiercią kompozytora. Przedstawienie odbyło się w Teatrze Queen’s Dorset Garden w Londynie, 2 maja wspomnianego roku, a autorem libretta był prawdopodobnie kierownik tego teatru, Thomas Betterton. Przyjmuje się, że finałowy hymn opery został dedykowany obchodzącym wówczas 15 – letnią rocznicę małżeństwa Williamowi III Orańskiemu (królowi Anglii) i Marii II Stuart (królowej Szkocji).
Semi –opera… a co to takiego. Krótko mówiąc, coś w rodzaju opery (więc uwaga, będą śpiewać w ten dziwny sposób), gdzie partie wokalne połączono z tańcem aktorów. Forma ta, właściwa scenie angielskiej, oparta jest na założeniu wywodzącym się z tamtejszej tradycji teatralnej, a polegającemu na tym, że większość partii śpiewanych w operze wykonują postacie albo nadprzyrodzone (elfy, duchy, gnomy, co tam jeszcze wymyślimy) albo – jeśli już są to ludzie – to albo pijacy (jak choćby występujący w The Fairy Queen Pijany Poeta) albo pasterze zwierząt. Stąd całe przedstawienie nabiera charakteru ludowo – baśniowego, nic nie dzieje się „zwykłym” ludziom. Ot, takie muzyczne science – fiction.
Wykonanie The Fairy Queen, będące przedmiotem niniejszej recenzji nagrał w zamierzchłych czasach ubiegłego stulecia William Christie z zespołem Les Arts Florissants. Ta francuska orkiestra barokowa, założona przez Christiego w 1979 roku składa się z kameralnego zespołu grającego na instrumentach pochodzących z epoki oraz małej grupy wokalnej, wykonującej partie śpiewane. Mimo, iż obecnie skład orkiestry jest inny niż na początku, to Les Arts występują z powodzeniem w wielu „szacownych” salach koncertowych świata.
Christie zaczął nagrywać z orkiestrą utwory mniej znane. Rozgłos przyniosło im wykonanie w 1986 roku tragi-opery – dokładniej tragèdie en musique (czyli francuskiego operowego dramatu lirycznego) pod tytułem Attis, napisanego w drugiej połowie XVII wieku przez francuskiego celebrytę Jeana-Baptistę Lully’ego. Orkiestra podpisała kontrakt z Harmonią Mundi i w 1989 roku ukazała się płyta The Fairy Queen.
Album ten stanowi perfekcyjne zestawienie części orkiestrowych (np. rozpoczynającej Akt IV Symfonii), partii solowych śpiewanych przez poszczególnych artystów (vide aria Pijanego Poety w Akcie I) tudzież zespołowych, wręcz przesyconych patosem fragmentów śpiewanych przez złożony ze wszystkich artystów chór (jak choćby finałowy HYMN). Co zachwyca w wykonaniu tej opery, to frywolność i radość poszczególnych części. Niezależnie czy są to utwory wykonywane przez solistów, czy słyszymy chór lub tylko orkiestrę, to brzmienie Les Arts Florissants nabiera takich rumieńców, jakby rzeczywiście świat elfów, wróżek, gadających drzew i spersonifikowanych pór roku stał się światem realnym. Christie dyryguje całością lekko, jakby specjalnie zezwalając na pewnego rodzaju nonszalancję, której jednak daleko do bałaganu. Przeciwnie, całość wykonywanych arii i poszczególnych miniatur jest ułożona w doskonale brzmiącą maszynerię, gdzie każdy zna swoje miejsce i potrafi zagrać i zaśpiewać przypisaną mu rolę w sposób absolutnie ponadczasowy.
Samo brzmienie płyty również (mimo, że to jednak ponad dwadzieścia lat postępu technicznego) nie zestarzało się. Dźwięk jest ciepły, brzmienie orkiestry łagodne i pozbawione metalizującego pobrzęku współczesnych instrumentów, dzięki czemu słucha się The Fairy Queen z wypiekami na twarzy. A pojawiające się w Akcie I „Enough, Enough, we must play… we must plaaaaaaaaayyyy” śpiewane przez Poetę z faktycznie pijackim zacięciem nadal wzbudza śmiech. Słychać, że opera żyje. A przecież właśnie o to chodzi. I dlatego to tak dobry album.
Zapomniałbym! Że to w Królowej Wróżek jest słynna aria O let me weep! W Linku – Sylvia McNair i wiedeńscy symfonicy pod Harnoncourtem. Równie mocno polecam (a może kiedyś o nim napiszę). Jak kogoś nie zachwyci czysty i pełen żalu głos solistki – nie ma dla niego ratunku.