Collegium Vocale Gent & Philippe Herreweghe.

Zdjęcie z oficjalnej strony CVG
Israel hoffe auf den Herrn;
denn bei dem Herrn ist die Gnade
und viel Erlösung bei ihm.
Und er wird Israel erlösen aus allen seinen Sünden.
Phillipe Herreweghe kontrowersyjnym dyrygentem jest. A przynamniej za takowego uważają go znawcy muzyki. Kształtowany przez Harnoncourta i Leonhardta, jak każdy uczeń w którymś momencie przestał się wzorować na swoich mistrzach i zapragnął samodzielności (a to pewnie zdrada…). Co owo pragnienie wolności przyniosło – w moim przekonaniu faktycznie niewiele, poza jawnym, acz słownym odcinaniem się belgijskiego dyrygenta od swoich mentorów. Bo nadal Herreweghe nagrywa muzykę tak, jak protoplaści muzycznego barokowego odrodzenia, czerpiąc w znacznej mierze z dawnych prawideł wykonawczych. Dalej – Herreweghe nagrywa Bacha, mimo, że gdzieś kiedyś wypowiedział się, że barok to lata chudych krów. Że między renesansem a późnym romantyzmem nic się nie wydarzyło, bo to czas jałowy. I mimo, że Bach to w sumie barok, ale taki ponad klasyfikacyjny, to Belg powraca co i rusz z kolejnym dziełem lipskiego kantora.
Ale kontrowersyjność Herreweghego zostawimy muzycznym akuszerom, doszukującym się a to akademizmu jednych artystów, a to wygładzenia i muzycznej papki innych; jakkolwiek by nie podejść do muzyki klasycznej, zawsze próba jej odtworzenia po latach, znajdzie jakichś oponentów.

Philippe Herreweghe & Collegium Vocale Gent
Sedno. Album Bach – Cantates BWV 131, 73, 105, 39,93, 107, wydany nakładem Harmonia Mundi to muzyka wykonywana przez Collegium Vocale Gent prowadzone właśnie przez belgijskiego dyrygenta. I co tu się dużo rozwodzić – już od pierwszego słuchania zadziwia z jednej strony lekkość, z jaką Bach tworzył melodie tych swoich miniatur. Przykładając miarkę współczesną, chyba tylko duet Lennon / McCartney naprodukowali taką ilość przebojowych melodii, które można nucić tu i ówdzie. Wiem, to nie ten sam kaliber obecnie – melomanów może oburzyć stosowanie takiej paraleli, ale przecież to dopiero dziś muzyka klasyczna stała się synonimem blichtru i wywyższania się ponad ‘zwykłych’ śmiertelników. Kiedyś – może nie była dostępna dla każdego, ale w każdym bądź razie traktowano ją jako muzykę do zabawy i słuchano dla przyjemności, jak dzisiejszą muzykę pop(ularną) . Z drugiej zaś strony olśniewająco wręcz brzmi Collegium, serwując słuchaczowi muzykę dopracowaną w każdym szczególe. Nie ma tu mowy o jakieś improwizacji, jest za to pełna niezwykłej żarliwości pasja wykonawcza, powodująca, że duch lipskiego kantora unosić się będzie tuż obok, gdy z głośników wybrzmią pierwsze nuty jego kantat.
Nie chciałem wyróżniać żadnej z kantat, bo każda z nich podoba mi się z innego powodu. A to pięknie brzmi chór, a to partie skrzypiec ckliwe do bólu wywołują dreszcze, jak solówki Steve’a Hacketta. Więc nie da się powiedzieć, która z wykonanych na tym albumie części jest lepsza od innych. Słucham całej płyty z wypiekami na twarzy, chłonąc XVIII wieczne klimaty i zastanawiam się, czy wystarczy mi życia, by wszystkie dzieła Bacha poznać. Już nawet nie zapamiętać, ale poznać i uchwycić z nich choć odrobinę nieskończoności. Ale skoro na początku recenzji pojawił się fragment tekstu kantaty BWV 131, skoro ta kantata zaczyna się tak – link – to nie będę ukrywał, że to jedno z moich ulubionych dzieł niemieckiego kompozytora.
Zapomniałbym. Collegium Vocale Gent wystąpią trzykrotnie w tym roku w Polsce.