Ensemble Rhapsody: Michael Niesemann (oboe), Pauline Nobese (violine), Rachel Isserlis (viola), Nicholas Selo (violoncello)
To było pod koniec czerwca. Już zapomnieliśmy o majowych chłodach, a lipcowe gorączki jeszcze nie nadciągnęły. Dzieci kończyły szkoły, na ulicach zrobiło się natychmiast mniej tłoczno (zawsze mnie to zastanawiało: z końcem roku szkolnego rozładowują się w Poznaniu wszelkie korki); a wieczory nagle okazały się być niesłychanie długie i przyjemne. Jak to latem.
Na lato zachciało mi się lekkiej muzyki. Z takim właśnie założeniem zajechałem któregoś dnia do Music-Island. Poproszę o lekką, instrumentalną muzykę. Taką na lato, najlepiej do kawy na tarasie. Klient chce – klient ma. Poprosiłem i dostałem. Nawet wizualnie okazała się pasować. Ale o tym na koniec.
Album z wiedeńskimi kwartetami na obój o jakże wdzięcznym tytule J (w wersji SACD oczywiście) zawiera muzykę nagraną przez Ensemble Rhapsody. Muzycy tworzący grupę przewijają się w różnorakich konfiguracjach przez różne europejskie orkiestry. Grający na oboju Michael Niesemann, członek kolońskiej Musica Antiqua, współpracował również z orkiestrą sir Johna Eliota Gardinera (słynną Revolutionnaire et Romantique) przez którą zresztą „przewinęła się” (tak, wiem, to brzydkie słowo, ale wśród naprawdę wielu dokonań niemieckiej instrumentalistki wydaje się właściwe) Pauline Nobes, grająca na skrzypcach. Dwa pozostali muzycy też znani w świecie klasyki: Rachel Isserlis na altówce i Nicholas Selo na wiolonczeli zapisali się w historii wielu projektów muzyki barokowej, że wspomnę choćby o Amsterdam Baroque Orchestra czy Akademie Für Alte Musik.
Repertuar Kiss me Amadeus jak przystało na muzykę na lato – jest zdecydowanie lekki. Oczywiście Mozart, bo nikt chyba nie wyobraża sobie osiemnastowiecznej muzyki bez utworów tego geniusza. Tu posłuchamy jego kwartetu F-dur na obój i skrzypce, oznaczonego symbolem KV 370. To czysty klasycyzm. Jest melodyjny, przyjemny, łatwy i zdecydowanie letni. Wykonanie nie budzi zastrzeżeń. Podoba mi się niezwykle klarowne brzmienie całego kwartetu jako zespołu. Muzycy grają czysto, z pietyzmem i swobodą zarazem, dzięki czemu możemy rozkoszować się pięknymi melodiami tegoż koncertu. Nie inaczej zresztą jest też z pozostałymi utworami. Zaczynający album obojowy kwartet Franciszka Adama Micy to jedno z tych dzieł, które po wysłuchaniu wywołują w nas wrażenie, jakbyśmy dany utwór znali od zawsze. I nie ma się co dziwić, gdyż ten czeski kompozytor napisał sporo utworów, które oczarowały samego Wolfganga Amadeusza Mozarta. Kwartet C-dur jest znakomitym przykładem takiej właśnie „mozartowskiej” popołudniowej muzyki.
Nie inaczej prezentują się dwa pozostałe koncerty. Utwór Franciszka Kramarza, albo raczej – przyjmując zniemczoną wersję jego nazwiska – Franza Krammara (widać nie tylko u nas ciągotki do nacji zza zachodniej granicy występowały) to połączenie zgrabnej melodii, swobodnej gry instrumentalistów i … klimatu wiejskiego, niczym nie zmąconego popołudnia. Sielsko – anielski klimat, bez udziwnień, bez wodotrysków: ot, po prostu muzyka, która ma cieszyć uszy każdą frazą. Prześliczne jest zwłaszcza prawie siedmiominutowe Allegro z Kwartetu nr 2 F-dur. Kwintesencja popołudniowej drzemki i basta.
I ostatni na albumie kompozytor. Jan Křtitel Vaňhal, nazywany czeskim Haydnem. Niezwykle utalentowany kompozytor, który samych symfonii napisał pond siedemdziesiąt, a kwartetów ponad setkę. Ensemble Rhapsody wybrało na Kiss Me Amadeus kwartet na obój, skrzypce, altówkę i wiolonczelę, C-dur, jeden z sześciu opublikowanych przez Vaňhala pod nazwą Quartetto Concertante w Paryżu. Brzmi niezwykle dostojnie. Oczywiście prym wiedzie melodia, której stopniowanie przypomina zawijasy Dunaju. Muzyka wręcz płynie, z wielką swobodą wykonywana przez orkiestrę, a nastrój letniej popołudniowej kawy na wiedeńskim Praterze wręcz puka do drzwi słuchacza, przenosząc go w czasy osiemnastowiecznego klasycyzmu. Jednym słowem: perfekcja.
I miało być na koniec o wizualnym dopasowaniu albumu do „kawowego popołudnia”. Już wyjaśniam. Okładkę widać powyżej, a dodatkowo w pudełku płyty dźwięczą ziarna kawy, z pomysłem zapakowane w miejsca wydające się być stworzonym do takich zadań. Przynajmniej tak uważa moja maleńka córeczka, dla której grzechotanie różnymi przeszkadzajkami jest ostatnio najulubieńszą muzyką.
Cóż, mimo, że już wrzesień, to lato tego roku upłynęło mi właśnie pod znakiem takiej lekkiej i przyjemnej muzyki. Więcej jej było, niż to, co na Kiss Me Amadeus, ale o tym już następnym razem.