Kristin von der Goltz – violoncello, Lee Santana – lute, Hille Perl – viola da gamba
Barok zupełnie nieznany. I na dodatek groźny. Ale po kolei.
O Jacobie Kleinie nie zostało zbyt wiele informacji. Ani życiorysu specjalnego, ani dzieł zbyt wielu; nie ma też praktycznie żadnych wspomnień / biografii tego kompozytora. Wiadomo, że urodził się w Amsterdamie w 1688 roku. Skąd pochodził – tego już nie wiadomo – brak śladów w księgach kościelnych (no, pewnie gdzieś są, ale aby do nich dotrzeć, trzeba wiedzieć gdzie szukać) amsterdamskich świątyń po jego przodkach. Tam się ożenił, tamże urodziło mu się dziecko i ostatecznie tam też zmarł w 1748 roku. I to cała historia. Za życia opublikował kilka prac, z których do naszych czasów zachowała się część. Wśród nich – sonaty wiolonczelowe z op. 4, wydane na 2 lata przed śmiercią. Będące niezwykłym przykładem, jak niebezpieczna może być … muzyka klasyczna.
Wydaje się, że omawiane dzieło Klein napisał po nawiązaniu znajomości z przybyłym do Amsterdamu Pietro Locatellim. Włoski skrzypek, uczeń Corellego zasłynął tak wysokim stopniem wirtuozerii w swoich utworach, że właściwie niewielu było i jest muzyków, którzy jego kompozycje potrafili (poza nim samym) wykonać. Klein – idąc tą samą drogą skomponował swoje sonaty wiolonczelowe z op. 4 tak, iż wykonanie ich wymaga od muzyka primo – niezwykłych umiejętności w palcowaniu lewą ręką , secundo – zdrowia, bo rozpisana przez kompozytora technika gry może skończyć się trwałym uszkodzeniem ręki). Zerwania ścięgien, zwyrodnienia palców i co tam jeszcze sobie zamarzymy. Słowem – NIEBEZPIECZNA muzyka.
Sześć sonat na wiolonczelę napisanych przez Kleina na płycie Raumklangu wykonuje Kristin von der Goltz. Starsza siostra skrzypka i dyrygenta Gottfrieda von der Goltz (jego album – jak widać nie ma przypadków – nagrany z Freiburger Barockorchester znajdziecie tu) radzi sobie z repertuarem Kleina bardzo dobrze. Podoba mi się zarówno brzmienie, jak i melodyka i sposób stopniowania emocji. W tym zakresie idealnym uzupełnieniem jest brzmienie lutni Lee Santany. Te „środkowe” fragmenty sonat: np. Adagio z ‘Dwójki’ czy też Largo z ‘Czwórki’ to muzyka do popołudniowej kawy w parku. W środku lata lub wczesną jesienią, wśród świergoczących ptaków i pasemek babiego lata czepiających się traw. Ale ta muzyka to nie tylko takie leniwo – senne chwile: posłuchajcie sobie choćby rozpoczynającego sonatę nr 3 Allegro: dzieci bawią się między drzewami w chowanego, damy spacerują z gracją, a panowie, spacerują ze szpadami u boku, gotowi w każdej chwili udowadniać, czym jest honor. A tak serio – każda właściwie z sonat (trzyczęściowa, jak przystało) to połączenie fragmentów szybszych i wolniejszych, idealnie zgranych melodycznie i nastrojowo. Muzyka na popołudnie, choć, za sprawą tych niezwykłych palcowań ciężko ją będzie usłyszeć w parku w Kórniku. Szkoda.
A płyta przednia. Ładnie wydana (jestem z tych, co wolą namacalny wyraz w postaci opakowania, książeczki i krążka CD, niż zapis zer i jedynek śmigający przez sieć), bardzo dobrze nagrana (w końcu to Raumklang). Więcej takich poproszę…
A muzyka – na próbkę – brzmi tak: