Ze skrajności w skrajność. Okładka rekomendowanej płyty to – mówiąc oględnie – event w świecie muzyki klasycznej. A już w odniesieniu do barokowych reminiscencji opartych na Starym Testamencie – zupełne science – fiction. Wystarczy rzucić okiem (specjalnie dałem większą rozdzielczość, żeby nie było wątpliwości) – taki cover album to sobie może mieć każda inna rozrywkowa muzyka. Ale nie klasyka. Zwłaszcza TAKA.
Choć z drugiej strony – dlaczegóż by nie? Pieśni nad pieśniami, owa część Biblii która opowiada historię miłości Oblubieńca i Oblubienicy (na razie zostawmy na boku kwestie, komu te role powierzono) to – traktując ją dosłownie właśnie taka historia, jaką opowiada okładka. Odkryta pierś i rozmazany w tle widok reszty ciała to nic innego, jak pełna wielu znaczeń treść salomonowych (przyjmijmy, że to jego autorstwa są te wersy) peanów na temat miłości mężczyzny i kobiety (tak, tak, wiem, poprawność polityczna wymagałaby wzmianki o innej miłości, ale mam gdzieś tę poprawność!!).
Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust!
Bo miłość twa przedniejsza od wina.
Tak zaczyna swoją pierwszą pieśń Oblubienica, by zaraz dodać:
Pociągnij mnie za sobą! Pobiegnijmy!
Wprowadź mnie, królu, w twe komnaty!
Cieszyć się będziemy i weselić tobą,
i sławić twą miłość nad wino […]
Wracając do tematu – tytułowe Les Voix Baroques to nic innego, jak inspirowane księgą Pieśń nad pieśniami różne utwory napisane w zamierzchłych (choć nie tylko) czasach przez kompozytorów muzyki klasycznej. Album zaczyna się od motetu Veni in hortum meum Orlando di Lasso (w opisie płyty znajdziemy jego prawidłowy zapis nazwiska – Roland de Lasso). I tu znowu event. Bo di Lasso to … jeszcze renesans. Późny bo późny, ale jednak zdecydowanie NIE-BAROK. Jednak utwór pasuje do koncepcji, bo Veni… to już zdecydowanie fragment pieśni nad pieśniami. Motet wykonywany jest przez pięciogłosowy, akompaniowany basso continuo chór. Delikatnie, subtelnie wręcz. Zaraz po nim – znowuż nie barok – bo Giovanni Pierluigi da Palestrina to też renesans. Ino, że włoski. I tym razem pięciogłosowy chór, ino że tym razem śpiewający a capella. Ładnie.
Heinrich Schütz to już barok. Wczesny, bo wczesny, ale barok. I chyba najbardziej wzruszający dla mnie fragment albumu. Z jednej bowiem strony dostajemy świetne melodie, ale to nic dziwnego, w końcu Schütz do tego nas przyzwyczaił, a z drugiej … niezwykłe wrażenie robi zwłaszcza gra dwóch kornetów – podawana przezeń melodia aż wywołuje dreszcze na karku.
Zaraz po Schützu – barok z Włoch, czyli Domenico Mazzochi. Jego Dialogo della cantica oparte zostało na fragmentach pierwszej, drugiej, trzeciej i piątej pieśni. Śniada jestem, lecz piękna, córki jerozolimskie, jak namioty Kedaru, jak zasłony Szalma i to piękno słychać w głosach sopranistek. A gdy dalej głosy podejmują skargę: „Wstanę, po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów, szukać będę ukochanego mej duszy” … to aż mrozi żyły płaczliwe … „Szukałam go, lecz nie znalazłam”. Magiczne 7 minut.
A potem – niespodzianka. Najpierw Healey Willan w dwóch motetach: Rise Up, My Love, My Fair One i I Beheld Her, Beautiful as a Dove, a zaraz po nim William Walton w motecie Set Me as a Seal upon Thine Heart. Dziwne, że angielskie tytuły? Nie, no skąd. Dziwne, że w towarzystwie renesansowo – barokowych kompozytorów znaleźli się autorzy, których lata świetności przypadły na … XX wiek!! Na szczęście utwory nie odstają od reszty, toteż jeśli ktoś nie sprawdzi w załączonej do płyty książeczce – nawet się nie zorientuje, kto dla nas skomponował tę muzykę.
Do czasów baroku (no przynajmniej metrycznie) wracamy z kolejnym utworem. Thomasa Tomkinsa My Beloved Spake na pięciogłosowy chór i basso continuo przeniesie nas w czasy Williama Byrda (Tomkins to jego uczeń), Tudorów, wnętrz pięknej katedry w Worcester, czyli szesnastowiecznej Anglii. I choć autor tego opracowania Pieśni nad pieśniami bardziej w swojej twórczości skłaniał się ku przemijającemu stylowi renesansowej muzyki, to z całą pewnością jego canticus canticorum pięknie wpasowało się w koncepcję albumu o wyznaniach Oblubieńca i Oblubienicy.
I na koniec znowu Schütz w dwóch utworach, dwukrotnie Marc-Antoine Charpentier (akurat Charpentier wkrótce otrzyma swoją porcję pełnego wpisu, ale o tym sza!) i na koniec Henry’ego Purcella wersja My Beloved Spake. Można sobie porównać z Tomkinsem. Jak ktoś bardzo potrzebuje. Aha, no i zapomniałbym, że przez moment za sprawą muzyki cofnęliśmy się w … Średniowiecze.
O jak piękna jesteś, jakże wdzięczna,
umiłowana, pełna rozkoszy!
Postać twoja wysmukła jak palma,
a piersi twe jak grona winne.
Rzekłem: wespnę się na palmę,
pochwycę gałązki jej owocem brzemienne.
Tak! Piersi twe niech mi będą jako grona winne,
a tchnienie twe jak zapach jabłek.
Usta twoje jak wino wyborne,
które spływa mi po podniebieniu,
zwilżając wargi i zęby.
Ascetyczne, pełne umartwień średniowiecze i … taki fragment Pieśni nad pieśniami. Mówiłem, że ze skrajności w skrajność. Ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy TAKA okładka pasuje do TAKIEJ muzyki?
Chrisie drogi,
Sex sells, nawet klasyczną muzykę. Czy okładkę foliują na czarno w sklepach? Co do “kanoniczności” PnP – już i rabini się na ten temat kłócili aż do synodu w Jawne w 90 roku AD. (Rabin Akiba uznał jednak ją na najświętszą z Ksiąg). Oczywiście i judaizm, i chrześcijaństwo traktują ją nie jako erotyk, ale idą w interpretację głębokiej metafory – miłość Boga do Narodu Wybranego czy Chrystusa do Kościoła. Jak już się wymądrzam, to na całego – autorstwo Salomona to niestety raczej legenda. Temat na dłuższe pisanie; dość powiedzieć, że Biblia powstała paręset lat po Salomonie, na wygnaniu babilońskim, a sama PnP gdzieś w IV wieku BC. Ale niezależnie od wszystkiego płyta wygląda smakowicie i dla oka, i dla ucha. Jak mówią zbliżeni do pewnych kręgów – cymesik.
Nie zakonotowałem foliowania okładki w sklepach. Ale może to wynikać z tego, że klasyki w sklepach co kot napłakał. Głównie jakieś Chopiny, albo inne Cztery Pory Roku za 9,99 zł.
Moją płytkę mam z zaprzyjaźnionej Muzycznej Wyspy. Nawet, jak mi tam coś wmuszą, to i tak nabiera toto mocy sprawczej po dniach, albo tygodniach. Więc z czystym sumieniem polecam. I płytkę, i sklep, rzecz jasna…
Dyskusję na temat PnP może powinniśmy pociągnąć. Zwłaszcza w kierunku interpretacji (tu zdaję się na Ciebie Panie Bracie). Widzę w statystykach, jakie jest zapotrzebowanie na takową wiedzę. Normalnie, jakby lekturą się stały. Jeśli tak jest, a pomysł był naszego Ex-Mena Mr. Przystawki nr 2, to chylę czoła. Zarówno za pomysł, jak i za skrupulatności wykonania. Że się ‘nowa’ władza nie połapała jeszcze.
Płytka piękna. Choć… szczerze, nie brzmi tak, jak Stile Antico.
Z żalem muszę zawiadomić, że okładkę mojego wydawnictwa ocenzurowały ząbki mojej ośmiomiesięcznej córeczki, która stwierdziła, że strasznie smaczna ta klasyka…