Musica Pacifica: Judith Linsenberg – recorder, Elisabeth Blumenstock – violin, Lisa Weiss – violin, George Thomson – viola, David Morris – cello, John Schneiderman – archlute & baroque guitar, Charles Sherman – harpsichord & organ.
Cóż, Wielki Post za nami, zimowe umartwianie się za nami, można zatem wreszcie sięgnąć po muzykę, która niesie w sobie radość dnia codziennego, słońce wiosennego południa i śpiew skowronków o poranku. Muzykę pozwalającą odetchnąć pełnią życia, jakiekolwiek by ono nie było.
Na afiszu zatem Mancini, tak na pierwszy rzut oka dzisiejszego człowieka ma więcej wspólnego włoską Serie A, niż muzyką klasyczną. Przynajmniej mnie tak kojarzy się jego nazwisko. Nawet jak wbijemy w wyszukiwarkę jego nazwisko, to kompozytora pokazuje daleko, daleko, poza główną listą (kto nie wierzy, voila, obrazek obok).
Gwoli zatem wyjaśnienia, choć w Klasycznej Niedzieli piłkarzami się przecież nie zajmujemy, to trzeba podkreślić, że Francesco Mancini, przedstawiciel szkoły neapolitańskiej we włoskim baroku, starał się onegdaj (ze zmiennym skutkiem) o posadę kompozytora i dyrygenta na tamtejszym dworze (i w końcu owe stanowisko otrzymał po to tylko, by zaraz je stracić na rzecz Scarlattiego). Ostatecznie funkcję tę otrzymał ponownie od Karola III Hiszpańskiego, ówczesnego władcy Neapolu, choć… nacieszyć się nią nie zdążył specjalnie, bo rok po mianowaniu na stanowisko dostał wylewu i tyle mu przyszło z funkcji i zaszczytów.
W tak zwanym międzyczasie zdążył skomponować trochę różnych koncertów i sonat barokowych, że o operach nie wspomnę (bo w sumie nie muszę skoro nie lubię, prawda?). Concerti da Camera to właśnie taka jego instrumentalna spuścizna kompozytorska. Zmierzyli się z nią Amerykanie z ansambla Musica Pacifica (specyficzna nazwa, nie powiem), więc jakoś początkowo nie miałem specjalnej atencji, by włożyć ich płytkę do odtwarzacza. Przeważyła jednak ciekawość za Mancinim i … dobrze, że przechyliła wagę na stronę właściwą, bo muzyka i jej wykonanie budzi respekt.
To właśnie taka wiosenne dźwięki. Popołudniowa kawa, jakieś nigdzie nie spieszące się minuty i godziny na tarasie w ogrodzie, to idealne uzupełnienie dla tych barokowych nut, jakie nam serwują muzycy z Ameryki. Grają zresztą znakomicie, melodyjnie, z wyczuciem, odpowiednio stopniując napięcie i uczucia. Przyjemnie się słucha zarówno partii zespołowych, jak i solowych popisów poszczególnych artystów. Prym wśród nich wiedzie – za sprawą rzecz jasna repertuaru – flet prosty Judith Linsenberg. Dzięki niej muzyka wręcz idealnie pasuje do naszych majowych krajobrazów, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie żółte pola rzepaku kontrastują z ciemnoniebieskim niebiem, okraszonym pierzastymi kłębami cumulusów.
Musica Pacifica zdobyli sobie moje uznanie tym albumem. Zaskakująco, bo jak napisałem wcześniej, z samej nazwy (no i dlatego, że to Amerykanie) jakiś taki uprzedzony byłem. Pewnie nie ja jeden – nam Europejczykom wydaje się, że muzykę klasyczną, zwłaszcza tę z czasów baroku czujemy najlepiej. Że potrafimy ją zagrać i zaśpiewać w jedyny w swoim rodzaju sposób, a reszta… to niech się uczy. A tu proszę – jaka niespodzianka. Gra zespołu pełna polotu, wysmakowanej elegancji, imponuje zarówno wirtuozerią, jak i wszechstronnością artystów. Smakuje – że użyję kulinarnych odniesień, tak bardzo niefachowych w recenzowania muzyki (a co mi tam, słucham i piszę dla przyjemności) – niczym lekko schłodzony, orzeźwiający, biały Landauer, sączony dla towarzystwa w sobotnie popołudnie.
Zdecydowanie polecam. Bez uprzedzeń, bez specjalnych przygotowań: to taka muzyka => wciśnij play, a piękne barokowe popołudnie samo się ułoży…