
Dokładniej – to album się zwie: Mozart Wolfgang Amadeus: Piano Concertos & Johann Christian Bach: Piano Sonatas
Gerrit Zitterbat: Piano
Thomas Fey & Schlierbacher Kammerorchester
Andante z koncertu fortepianowego nr 21 powinni znać wszyscy. To jeden z tych utworów, których się nie zapomina, a napisanie takiej melodii to przejaw Boskiej ingerencji i basta. Nawet gdyby Mozart nie napisał nic więcej, nie byłoby mitu genialnego dziecka, krótkiego życia, tysięcy nut zapisanych w jego trakcie, dziesiątek symfonii, koncertów, sonat i motetów, o operach nie wspominając – i tak za sprawą tych dziesięciu minut wszedłby do panteonu kompozytorów muzyki klasycznej.
I … zakładam, że ktokolwiek ma jakiś szerszy kontakt z muzyką, słucha jej namiętnie i jest ona dla niego czymś więcej niż wypełnieniem tła – wspomniane Andante znać musi. Nawet w wersji no-name (czyli takiej niekoniecznie uznawanej za mistrzowską). Bo kwestia wykonania – to już idea bardziej złożona – zależna od preferencji, upodobań a czasami uprzedzeń po prostu. Opisany przeze mnie koncert w wydaniu Eugene Istomina to perfekcja w każdej nucie, ale oczywiście ktoś może sobie pomyśleć inaczej. Jednak sama melodia powinna być znana każdemu, kto mieni się być melomanem.
Aby jednak nie ugrzęznąć rozważaniach na temat genialności tego kompozytora, to muszę otwarcie powiedzieć, że Mozart to nie tylko dwudziesty pierwszy koncert fortepianowy, ale cała lista wspaniałych lub mniej udanych kompozycji, które austriacki mistrz napisał. Wśród nich – poza operami (do których akurat ja nie dojrzałem jeszcze), muzyką kościelną (a na nią przyjdzie czas wkrótce), symfoniami i kameralistyką (na którą pewnie kiedyś też się zdecyduję) – dla mnie samego znaczące miejsce zajmują koncerty fortepianowe Wolfganga Amadeusza. Być może moja atencja dla tego rodzaju twórczości Austriaka wynika z uwielbienia fortepianu jako instrumentu: jego romantyczne inklinacje siedzą w moich myślach głęboko i chyba nie ma żadnej mocy, która mogłaby je stamtąd usunąć.
Powracając do Mozarta – zamierzałem zabrać się za recenzowanie „większych” koncertów fortepianowych (np. koronacyjnego tudzież marsyliańskiego – jak go nazwałem na swój użytek) ale… ciężko coś fajnego na rynku znaleźć ostatnio. Owszem, jest Pollini, jest Pires i Horowitz, zastanawiałem się też nad boxem Barenboima (ale chyba coś podejrzanie tani jest). Jest jeszcze Światosław Richter – też z fajnym wydawnictwem (10 płyt z różnymi koncertami fortepianowymi, włączając Mozarta) więc tak naprawdę marudzę tylko, że nie ma specjalnie w czym wybierać. Skoro zatem nie mogę się zdecydować, to doszedłem do wniosku, że zacznę od „małych” koncercików, zwłaszcza że akurat jeden taki album ostatnio notorycznie kręci mi się w różnych moich odtwarzaczach.
„Małe koncerty”… a co to za cuś, zapytacie. Ano Mozart – w ramach kaprysu, dobrej woli, nudy, jak tam chcemy sobie to uzasadnić – wziął sobie na warsztat sonaty fortepianowe Johanna Christiana Bacha (syna TEGO Bacha, gdyby ktoś pragnął wiedzieć, kto zacz) i stworzył z motywów bachowskich zupełnie nową jakość. Zamiast wirtuozowskich popisów pianisty dał publiczności dialog solisty z orkiestrą kameralną, a wszystko to z zachowaniem pięknych melodii stworzonych ręką najmłodszego z Bachów. Oczywiście utwory Mozarta nie niosą jeszcze owej romantycznej burzy uczuć i nie kontrastują, jak dajmy na to kompozycje Chopina, ba, nie mają nawet rozbudowanej, głębszej struktury późniejszych dzieł samego Mozarta, a jednak tkwi w nich niezwykła moc. Słucha się tych nagrań z przyjemnością, mając wrażenie, że czar osiemnastowiecznego dworskiego popołudnia na zawsze zastygł pomiędzy jedną a drugą filiżanką kawy.
Na albumie owe sonaty fortepianowe Bacha usłyszeć można w równie pięknej interpretacji pianisty, co wspomniane wyżej małe koncerty. To nie jest muzyka z wielkich sal koncertowych – przeciwnie: znakomicie brzmi ona w salonie, w niedzielne popołudnie, gdy nie słychać na zewnątrz nic, poza bzyczeniem owadów zmęczonych lipcowym słońcem. Pewnikiem zagranie tych utworów w niewielkiej, kameralnej sali naszego kórnickiego zamku zabrzmiałby równie idealnie, ale tego – póki co stwierdzić się nie da – można jedynie gdybać sobie.
Świetny to album. Zaskakujący, bo z jednej strony zawiera muzykę niekoniecznie popularną, a z drugiej strony, za sprawą świetnego wykonania melodii wpadających w ucho właściwie od pierwszego usłyszenia – daje się go wykorzystać choćby jako tło w trakcie bezinteresownego spotkania przy kawie i kawałku wiedeńskiego sernika. A temu też winna służyć muzyka. Kto nie wierzy, niech posłucha … Andante, ale tym razem z jednego z omawianych koncertów: środkowej części Koncertu na fortepian i orkiestrę D-dur oznaczonego w katalogu von Köchla numerem 107.