Płyta, o której mowa nagrana została przez The Parley Of Instruments Renaissance Violin Band, prowadzony przez Peter Holmana. Tytuł: Michael Praetorius: Dances for Terpsychore. Niech was jednak nie zwiedzie nazwisko, wypisane w tytule recenzji i na okładce albumu grubą czcionką. Michael Praetorius – no i owszem, całkiem sporo utworów tego kompozytora na ten album trafiło, ale nie jest jedynym autorem muzyki zawartej na płycie Hyperionu. Towarzyszy mu kilku mniej znanych artystów, a niektóre tańce opisano hasłem anonymous co oznacza, że gdzieś tam zostały one przez Praetoriusa zasłyszane (może właśnie na ludowych zabawach), ale nikomu nie można ich było przypisać i w sumie tylko jego inwencji zawdzięczamy, że przetrwały one do dnia dzisiejszego. I dokładniej rzecz ujmując, tytuł albumu powinien brzmieć: A collection of French dances by Michael Praetorius, Francois Caroubel, Nicolas Vallet, Jean-Baptiste Besard, John Dowland and Thomas Campion. Długi, no fakt, a całą pewnością niekomercyjny. Ale najzupełniej prawdziwy.
Zatem, kolekcję francuskich tańców dla księcia Brunszwiku (bo taka w sumie jest geneza tego zbioru) zaczyna Pierre – Francisque Caroubel. Jego suita, składająca się z trzyminutowego passameze, następującej zaraz po nim dwie części galiardy i branles jako finał to typowe tańce z przełomu renesansu i baroku. Brzmią doskonale, co jest w znacznej mierze zasługą wykonawców, grających na instrumentach z epoki. Poszczególne tańce urokliwie oddają obraz jeszcze renesansowego przepychu dworskich zabaw i balów: tych ukłonów, przejść, delikatnych uśmiechów rzucanych nieśmiało przez damy. Prym wiodą rzecz jasna skrzypce, to ich brzmienie niesie słuchaczowi zarówno melodię, jak i rytm kompozycji. Czasami może zbyt marszowych, ale… przecież tak się wówczas tańczyło. Caroubel powróci ponownie jednym utworze – branle simple czyli branle pojedynczy, wywodzący się ze średniowiecza taniec prosty, charakteryzujący się naprzemiennym ustawieniem tancerzy i tancerek. Równie rytmiczny co poprzednie, zbliżony zarówno w formie jak i brzmieniu do wcześniej opisanych tańców. Idealny do … synchronicznego prezentowania swoich umiejętności.
Zaraz po Caroubelu przychodzi czas na mistrza gry na lutni renesansowej. Nicolas Vallet, holenderski kompozytor i specjalista od wspomnianego wyżej instrumentu prezentuje się nam w muzyce bardziej kameralnej. Jego tańce marcowe to już właściwie nie muzyka balowa. Raczej pobrzmiewa w niej popołudniowe spotkanie z przyjaciółmi, gdzie taniec i owszem, może i pojawia się, ale dyskretniej, z większym dystansem. Vallet zachowując układ tańców renesansowych stworzył bowiem kompozycję taką bardziej do kawy niż do zabawy. Spokojną, wyważoną. Melodyjną. Miłą dla ucha. Bez zbędnego epatowania nadmiarem nut czy harmonii.
Pavane de Spaigne Michaela Praetoriusa to powrót do skrzypiec w roli głównej. Ale… to też nie będzie bal, jak u Caroubela. Przynajmniej nie na początku. Już w tej muzyce pobrzmiewa nowe, barokowe komponowanie, i choć pierwsze trzy części kompozycji brzmią ciut jak zaproszenie do zabawy niż faktycznie jak taniec – to proporcje wyrównują się za sprawą rozkołysanej La Canarie. Perfekcja.
I tak już do końca.
Mija właśnie 400 lat, odkąd Michael Praetorius zebrał swoje tańce francuskie, dokooptował doń kilka cudzych kompozycji i wszystko to, z dedykacją dla swojego patrona opublikował. Możemy dzięki niemu cieszyć się muzyką tamtych czasów, odmienną od wszędobylskiej polifonii. Rozrywkową… swoistą muzyką POP, jakbyśmy dziś powiedzieli. A że na skrzypce tudzież lutnię – ojtam, nie bądźmy zbyt drobiazgowi. Pięknie brzmiąca, oryginalna i bezpretensjonalna muzyka. Rzadkiej urody.