Paul McCreesh
Jesień przyszła tak, jak tego oczekiwaliśmy. Nieubłaganie, mgliście o poranku, wśród złotych refleksów na opadających liściach i obdarzając wszystkich babim latem, wplatającym się w anteny samochodów i w twarze spacerowiczów błądzących w parkowych alejkach. Jesień, ta złota polska: ciepła, za dnia i budząca do życia kominki nocą pięknie nam od tygodnia przemyka za oknem i … zwiastuje nadchodzącą zimę. Jeszcze delikatnie, ale już zaprasza ją do nas coraz krótszymi dniami, postaciami stojących przy drogach na obrzeżach lasów handlarzy grzybów i puchatym futrem naszego kota, coś często ostatnio unikającego nocnych wypraw w nieznane.
Ani się obejrzymy, jak minie pierwszy listopada, słońce zapadnie się za zasłonę słotnych dni, potem zaprószy śnieg i … prześladować nas zaczną wszechobecne w marketach white-christmasy i inne badziewne przyśpiewki świąteczne. Że o kolędach, granych i śpiewanych ku chwale sprzedaży promocyjnej z łaskawości nie wspomnę. Oczywiście nie zamierzam się tu zżymać na ten świat, bo jest on jaki jest tylko dlatego, że my go TAKIM uczyniliśmy. Nie jacyś mityczni ONI (‘others’?), ino my. Stwierdzam jedynie, że tak będzie lada moment wyglądała nasza sprzedażowa rzeczywistość i tyle. Na szczęście jednak daleko jeszcze do grudniowych nocy, w czasie których, jak co roku tak wiele się wydarzy, a i potencjalne „dobrodziejstwo” przebojów grupy Wham też na razie nas nie czeka.
Ale skoro już temat Bożego Narodzenia się pojawił, to spieszę wyjaśnić skąd to się wzięło. Otóż, z dwóch powodów. Pierwszy jest prosty. Jak już Święta nadejdą, to pewnie czasu nie wystarczy na skreślenie paru zdań na temat muzyki wartej poświęcenia jej owego czasu, co to zawsze jest brak. Bo już teraz mam kilka takich albumów na podorędziu, które aż proszą się, by nuty w nich zawarte zmieścić wśród chwil naznaczonych spotkaniem z Jezusem, a jednocześnie oddanych rodzinnym podwieczorkom przy kawie. By zamiast Kevina samego w domu na chwilę choć zanurzyć się w muzykę tak pięknie obrazującą Boże Narodzenie. A istniejąca od kilkuset lat…
Drugi powód jest jeszcze bardziej prozaiczny. Album, którego recenzję czytacie dotarł do mnie w ostatnich dniach w sporej paczce z płytami. Prym wśród nich wiódł Monteverdi, którego madrygały jeszcze jakoś nie mogą się przegryźć przez moje wewnętrzne zniechęcenie (choć są kawałki, których ilość odsłuchów zaczyna niezmiennie świadczyć o – swego rodzaju – przebojowości). Płyta zaś, o której mowa jakoś tak zanikła w tłumie, a bo to mniej poważana wytwórnia (jakoś wewnętrznie u mnie więcej zyskuje OPUS 111 niż Archiv, ot – takie zboczenie), a bo to okładka, jakaś taka szara i nie rzucająca się w oczy. I nawet muzycy – mimo iż znani i lubiani, też specjalnej atencji tej muzyce nie przynieśli.
A Mass for Christmas Morning autorstwa Michaela Praetoriusa to dzieło porywające. Przypadek sprawił, że pierwsze – w moim przypadku – słuchanie odbyło się właśnie w taki jesienny, mglisto – złocisty poranek. W samochodzie, w drodze do pracy. Oj, działo się. Dawno nie było tak głośno w moim aucie, bo Gabrieli Consort & Players, pod batutą Paula McCreesha zagrali i zaśpiewali absolutnie porywająco. Dynamicznie, z werwą, ba, momentami po prostu monumentalnie. Właściwie aż do cudów mógłbym zaliczyć, że w czasie, gdy z głośników wybrzmiewało Puer natus in Bethlehem nie wpadłem do rowu albo nie zaliczyłem jakiegoś mandatu. Tak żywiołowa, uskrzydlająca i fantazyjna jest to muzyka. Trzeba oddać kompozytorowi, że choć tworzył na przełomie renesansu i baroku, to jego dzieło może wręcz stanowić wzorzec dla największych kompozytorów epoki: Jerzego Fryderyka Haendla i Jana Sebastiana Bacha. Bo w brzmieniu „mszy luterańskiej na Boże Narodzenie rano” umieszczono sporo – mówiąc oględnie – ekstrawaganckich partii solowych i spektakularnych uderzeń chórów, które swoim śpiewem potrafią wprowadzić słuchacza w stan duchowej ekstazy. Wspomniany wyżej utwór (nie mogę się oprzeć i podlinkuję go na koniec) to jednak nie jedyny niezwykły fragment. Na dobrą sprawę takich dialogów partii solowych i zbiorowych jest na tym albumie sporo, a każdy z tych utworów wywołuje dreszcze na karku i gęsią skórkę na ramionach. Podniosły nastrój, świetna instrumentacja i głosy, anielskie z naciskiem na rajskie – oto recepta na znakomity album. Płyta Gabrieli Consort& Players oraz Paula McCreesha z pewnością na takie miano zasługuje.
