
The Complete Symphonies Roberta Schumanna w wykonaniu Leipzig Gewandhaus Orchestra pod dyrekcją Riccardo Chailly’ego dotarła do mnie w sposób zupełnie niezamierzony – nie wybrałem jej do słuchania licząc, że trafię na dzieło epokowe. Ot, oczywiste jest, że Schumann kojarzył mi się (i nadal kojarzy – tym bardziej po wysłuchaniu Jego symfonii, ale o tym za chwilę) ze słynnym „Marzeniem”. Owa romantyczna miniatura fortepianowa, przesiąknięta wersami poezji Goethego i Byrona wydawała mi się spełnieniem wszystkich dziewiętnastowiecznych uniesień, jakie przyniósł romantyzm w sztuce. Myślałem sobie, że cokolwiek spłynie spod lasera mojego odtwarzacza, tudzież wybrzmi wyciśnięte z rowka lśniącego winylu – będzie li-tylko … popłuczynami po ckliwym i romantycznym fragmencie słynnych Scen dziecięcych z opusu 15. Hm, nie mogę sobie odmówić małego wtrętu nie na temat z Lang Langiem w roli głównej. Zapraszam.
Wracając do tematu… Riccardo Chailly, biorąc na warsztat symfonie Schumanna, posłużył się partyturami, w których wygładzaniu brał udział Gustav Mahler. Nie miejsce tu na wspominanie przyczyn takiej ingerencji jednego kompozytora w dorobek drugiego – można jednak bezsprzecznie stwierdzić, że to właśnie symfonie w wersji Mahler Edition brzmią perfekcyjnie. Ale do rzeczy.
Zwykło się zestawiać symfonie Schumanna parami. Jedynkę z Trójką (czyli Wiosenną z Reńską) a Dwójkę z Czwórką. Na płycie wydanej przez Deccę ten podział został złamany na rzecz kolejności numerycznej. I dobrze. Dzięki temu można obserwować, jak rozwijała się u Schumanna myśl symfoniczna i czy z każdym utworem, z każdą nutą kompozytor proponuje słuchaczowi nowe spojrzenie na muzykę mu wspóczesną. Na szczęscie każda z symfonii ma w sobie ten zasób melodyki dziewiętnastowiecznej, która niżej podpisanemu absolutnie odpowiada. Wspomniane wyżej Marzenie odżywa w dźwiękach Larghetto z symfonii Wiosennej. Nie jest to tak wyraźny cytat, jak obecnie zdarza się np. w muzyce popularnej czy rockowej, ale jednak blisko, bardzo blisko padło jabłko od jabłoni. Melodyjnie, romantycznie, po prostu zwiewnie. Mimo tego, że cała symfonia ma swego rodzaju beethovenowskie korzenie. Dlaczego wspominam wielkiego Ludwiga? Bo monumentalizm zwłaszcza części początkowej i finałowej nieodmiennie mi się z nim kojarzy. Zresztą taka forma (patetyczne momentami brzmienie orkiestry w Allegro) powtarza się przez prawie wszystkie symfonie.

O Ile jednak Wiosenna i Reńska brzmią bardziej radośnie i lekko (w końcu to romantyczne symfonie, a nie obrazy maszerujących naprzeciw siebie wojsk pod Austerlitz), o tyle symfonie II i IV są bardziej emocjonalne i skomplikowane. Ale i tam, mimo wcześniejszej burzy dźwięków znajdzie się moment zastanowienia, wręcz rozmarzenia w moim ulubionym Adagio espressivo. Wyjątkowej urody fragment, dla którego warto sięgnąć po schumannowskie symfonie.
Brzmienie orkiestry i sposób realizacji dźwięku jest naprawdę wysoki. Chailly prowadzi orkiestrę w sposób perfekcyjny, dynamicznie a zarazem z pewną dozą romantycznego zastanowienia. Gewandhausorchestrer Leipzig to niemiecka orkiestra symfoniczna z Lipska, nosząca swoją nazwę od zabytkowych kamienic, w których występowała od XVIII wieku. Obecnie liczy ona 175 muzyków, co czyni ją jedną z największych orkiestr symfonicznych na świecie.
Realizacja płyty CD oddaje rozmach sali koncertowej w Lipsku, dzięki czemu możemy choć na chwilę przenieść się w czasy dziewiętnastowiecznych romantycznych uniesień, przy których świat nabiera barw, jakich obecnie nie da się wyczarować żadnym mistrzom gitary. Zaskoczył mnie ten album. I wykonaniem i realizacją. Cóż, może dlatego ta niespodzianka tak smakuje.