Cantus Cölln & Konrad Junghänel
Deutsche Harmonia Mundi 1992
Taki Bach albo Händel to mają szczęście. Oczywiście zapracowali sobie na to, ale… jak słusznie napisał Paweł Franczak cytując Larry’ego Kinga: ci, którzy odnieśli sukces w czymkolwiek i nie wspominają o łucie szczęścia, sami siebie oszukują. Zatem szczęście się przydaje, ba, wręcz musi się pojawić, by w naszym pędzącym ku wieczności świecie zostać zauważonym na dłużej. Bach zresztą owego braku szczęścia doświadczył: jego dzieła popadły w niełaskę zapomnienia na długie lata i gdyby nie zapalczywość pana od marsza weselnego, różnie mogłoby się bachowskie losy potoczyć. Pewnie wcześniej niż później ktoś by się na dziełach kantora lipskiego poznał, ale … to też w gruncie rzeczy zależało od szczęścia.
Nasz dzisiejszy kompozytor takiego uśmiechu fortuny nie doświadczył. Urodził się w 1619 roku –dnia nie znamy, a dlaczego, to już łacno wyjaśnił narrator rozpoczynający opowieść Narrenturm Andrzeja Sapkowskiego. Zmarł – 10 września 1684 roku (jak widać, data śmierci dokładnie zapisana – co też skrupulatnie objaśnił słowami narratora polski pisarz, autor słynnego Wiedźmina). I to właściwie wszystko, co wiemy o życiu niemieckiego kompozytora. Owszem, jest i parę informacji (zdanie!!) gdzie studiował, jest słówko na temat, gdzie pracował i mieszkał… ale to strzępy informacji. Jedynej eventowej wiadomości przytaczał nie będę, bo primo: to nie ten rodzaj blogowania, a secundo – ani mnie to ziębi, ani parzy.
Rosenmüller pozostawił po sobie całkiem sporo ciekawych kompozycji, w znacznym stopniu dziś zapomnianych i rzadko wykonywanych. Królują wśród nich utwory religijne, a z racji tego, iż to kompozytor z czasów przedbachowskich, większość tekstów do nich napisana została po łacinie. Bliżej im zatem do Schütza i Buxtehudego niż samego Bacha, jednak myliłby się ten, kto szukałby w Rosenmüllerze naśladowcy bardziej znanych artystów z czasu baroku. Kompozycje puzonisty u św. Marka w Wenecji (bo tam trafił, uciekając przed więzieniem lub katem… takie to były czasy) noszą swój własny ryt, swobodnie czerpiąc tak z niemieckiej, jak i z włoskiej szkoły muzycznej.
Takie też są utwory z płyty Sacri Concerti nagranej przez Cantus Cölln pod wodza Konrada Junghänela. Te kantaty zachwycają właściwie od pierwszej do ostatniej nuty. Piękne melodie, wyśpiewywane przez solistów wspierają instrumenty traktowane niezwykle oszczędnie. A to skrzypce, a to trąbki, a to organy delikatnie uzupełniają główne partie wykonywane przez śpiewaków – wszystko w takim perfekcyjnym wręcz połączeniu melodii i harmonii. Takim ideałem kompozycji jest m.in. Benedicam Dominum. Współgrające głosy, do tego lekko akompaniujące organy. Wszechwładna melodia, która płynie niesamowicie szerokim pasmem i harmonie, anielsko wręcz spasowane przejścia pomiędzy głosami artystów.
Genialna muzyka. Powiedziałbym, że nosząca Bożą pieczęć, bo takie brzmienie, melodie i stylistyka w baroku trafia się rzadko. A że genialnie też wykonują te utwory członkowie Cantus Cölln (kontratenor, bas – to wzorce) – to nic dziwnego, że chciałoby się takiej muzyki słuchać na okrągło.