The Tallis Scholars Finest Recordings 2000-2009
Trzeci box Tallisów. Obejmujący nagrania zrealizowane w już w XXI stuleciu. Niby zróżnicowany, niby dobrze znany, a jednak przemycający sporo muzyki kompozytorów, o których zbyt wielu informacji w sieci nie znajdziecie.
Jak choćby zaczynający trzecią część renesansowych podróży Tallisów Si bona suscepimus Philippe Vendelota, o którym nie wiadomo nawet dokładnie, w jakich latach żył. Peter Phillips wspomina we wkładce do płyty, że Vendelot spędził większość swojego zawodowego życia we Florencji (choć to Francuz). Przyjaźnił się z Makiawelim, podpadł Medyceuszom, był prawdopodobnie w tym mieście w czasie jego oblężenia przez wojska Franciszka Walezjusza (i czy zginął podczas walk, czy też zabiła go zaraza, nieodmiennie towarzysząca ówczesnym działaniom wojennym – tego się nie dowiemy). Motet, którym The Tallis Scholars zaczynają płytę nr 1 nosi swego rodzaju znak owych czasów. Mamy w nim z jednej strony piękną, melodyjną muzykę, jakiej bogactwo mogło ukształtować się właśnie w którymś z włoskich miast (Florencja tu nadawała się znakomicie), a z drugiej, pewna surowość konstrukcji, jasno zaznaczone podziały faktury sugerują, że czas współczesny kompozytorowi był dość niespokojny. Nakładając na utwór Verdelota niezwykłe głosy Tallisów otrzymujemy utwór wyjątkowej urody. Niezapomniany wręcz początek albumu. Aż szkoda, że francuski kompozytor na tej płycie / w tym boxie prezentuje się tylko tym jednym dziełem.
Reszta płyty nr 1 oraz początek albumu nr 2 to już Magnificat Nicolasa Gomberta. Ośmioczęściowa kompozycja – niełatwa w pierwszym podejściu – stanowi ponoć łabędzi śpiew flamandzkiego mistrza. Gdyby była łatwiejsza w odbiorze (współcześnie rzecz jasna, bo o czasach renesansu nie można tu rozpamiętywać wg dzisiejszych wyobrażeń) to pewnie stałaby się swoistym wydarzeniem, ba, powiedzielibyśmy dziś hitem dla muzyki nie tylko ze szkoły flamandzkiej, ale w ogóle czasów renesansu. W każdym razie sprzedałby ją każdy sklepik z bułkami, niechby tylko jakiś Fakt albo inny tabloid napisał, że gombertowskie Magnificat to dzieło powstałe w więzieniu, do którego kompozytora wtrącono na rozkaz Karola V za … molestowanie ministranta. Ot event, który dziś wszystko by sprzedał! Flamandczyk, pisząc swoje podsumowujące dzieło zawarł w nim ową sytuację w jakiej się znalazł. Słychać bowiem w Magnificat to zrezygnowanie i utrapienie, jakim z pewnością mury turmy były dla muzyka, a z drugiej strony mamy też w poszczególnych częściach sporo takich melodii, jakby sami aniołowie przyłożyli się do pisania tychże chorałów. Nie wyróżnię żadnej z części – choć chyba najbardziej przemawia do mnie Octavi Toni, ostatnia część tej kompozycji, gdzie Tallisowie pięknie balansują w niej pomiędzy subtelnością partii solowych, a wielogłosowymi chórami. Oczywiście zasługa w tym największa mistrza Gomberta, którego melodie sprawiają wrażenie nieziemsko pięknych.
Album nr 2 to również John Browne. Za sprawą m.in. The Tallis Scholars kompozytor ten wrócił do życia kulturalnego na przełomie XX i XXI wieku, po całych stuleciach zapomnienia. Słusznie oczywiście, kto ma wątpliwości niech usiądzie z dobrą kawą i wysłucha w spokoju Salve Regina I: trzynaście minut cudnej polifonii, tak urokliwie splecionej z partii solowych (ach te alty!) i zespołowych śpiewów pełnych harmonii i wręcz monumentalnego brzmienia. Właśnie Salve Regina I jest takim najpełniejszym obrazem geniuszu Browne’a: mając tak podane tematy Tallisom pozostaje jedynie zaśpiewać. Co czynią z najwyższym kunsztem.
Płyty nr 3 opisywać nie trzeba. Palestrinowska Missa Papae Marcelli i Stabat Mater, plus oczywiście obowiązkowo Miserere Gregorio Allegriego to repertuar sam w sobie obowiązkowy i każdy wyznawca muzyki dawnej powinien te utwory znać na pamięć. Kto nie zna, zawsze może sobie sprawić opisywany właśnie box – oprócz wcześniej opisywanych kompozytorów będzie mógł się zapoznać z muzyką wspomnianych wyżej mistrzów renesansu. Właściwie, to powinienem napisać, że MUSI się zapoznać. I basta!
Zbiór płyt wydanych na 30-sto lecie The Tallis Scholars kończą dwie msze autorstwa Josquina Des Prez. Te kompozycje pojawiły się w repertuarze brytyjskiego chóru w 2009 roku. Każda z nich składa się z pięciu klasycznych części: po czasie mogę powiedzieć, że częściej słucham wybranych fragmentów z obu Mszy, natomiast rzadko wybieram którąś z kompozycji Flamandczyka w całości. I tak Kyrie przemawia do mnie bardziej z Missa Malheur me bat, być może dlatego, że przypomina swoją melodyką i ornamentacją kompozycje Hildegardy z Bingen, a do Jej muzyki mam słabość J. Za to Sanctus & Benedictus częściej wybieram z Missa Fortuna Desperata, bo wielogłosowość tej części została tu potraktowana z niezwykłym wręcz zamiłowaniem do uzupełniania i przenikania się czy to śpiewów chóralnych czy też partii solowych. Obie msze jako całość to wręcz misterium, pełne pasji i żaru, poruszające słuchacza wymagającego, a i dla tych, którzy z muzyką renesansu spotkają się po raz pierwszy – wyznaczające ramy doskonałości, jakiej od polifonicznych dzieł oczekiwać będzie się w przyszłości. Perfekcyjny finał znakomitego zbioru.
Bo całość, jak zwykle u Talllisów zarejestrowana w miejscach zapewniających niezwykłą wręcz akustykę, dzięki czemu muzyka sprawia wrażenie śpiewu z zaświatów. Najwyższa klasa dźwięku, z pewnością powinna zadowolić każdego melomana. No, ale jak się nagrywa w Merton College Chapel w Oxfordzie to czegóż innego można się spodziewać?