Ensemble Alte Musik Dresdner
Hans – Christoph Rademann
Wróciłem sobie ostatnio do tego zbioru płyt, który swego czasu zawładnął zupełnie moim odtwarzaczem. Wśród nich prym wiódł onegdaj album Dresdner Kammerchor wydany przez Raumklang, z „Łabędzim śpiewem” Heinricha Schütza. Wówczas i teraz – gdy po przerwie posłuchałem go ponownie – oczarował mnie równie mocno i co tu dużo kryć - jest to jedno z tych dzieł, bez których barok w muzyce nie istnieje. Przynajmniej dla mnie.
Schütz, urodzony równo sto lat przed Bachem swoje dorosłe życie spędził właściwie wyłącznie na dworze elektora saksońskiego. No, trochę podróżował do Włoch (studia u Gabriellego) trochę przebywał w Kopenhadze (emigracja przymusowa za chlebem po wojnie trzydziestoletniej), ale ostatecznie to właśnie stolica Saksonii stała się jego domem i tam też powstały najwspanialsze dzieła. Der Schwanengesang – muzyczne opracowanie Psalmu 119 powstało rok przed śmiercią kompozytora w 1672 roku i uznawane jest za pożegnalne dzieło Niemca. Kompozycja powstała w oparciu o Księgę Psalmów, zaś muzycznie stanowi zbiór wielogłosowych motetów, perfekcyjnie oddających ducha epoki baroku tamtych czasów, a jednocześnie kierujących myśli słuchacza ku Najważniejszemu – ku Bogu. Całość opleciona uciekającym czasem: choć wiem, że w pewnym wieku człowiek raczej już godzi się ze swoim losem i wie, że żyć wiecznie nie będzie – to jednak taki rozrachunek wywołuje swego rodzaju dreszcze na karku.
Szczęśliwi, których droga nieskalana,
którzy postępują według Prawa Pańskiego.
Szczęśliwi, którzy zachowują Jego upomnienia,
całym sercem Go szukają,
którzy nie czynią nieprawości,
lecz kroczą Jego drogami.
Kompozytor zestawia swoje dzieło poprzez dialog dwóch chórów – nie ma tu (w każdym razie nie one stanowią o sile Der Schwanengesang) arii rozpisanych na głosy wzorem np. takich Pasji. Za to podobnie jak drzewiej w renesansie bywało, dostajemy w Łabędzim Śpiewie wokalne śpiewy, doskonale harmonizujące się ze sobą. Chóry ciągną swoje kwestie tylko pozornie samodzielnie – po pewnym czasie okazuje się, że brzmienie się splata i uzupełnia, a muzyka otacza słuchacza niczym szum zimnego potoku w górskiej dolinie.
Tak sobie myślę, że byłoby dobrze, gdyby słuchacze muzyki klasycznej mogli spojrzeć szerzej na spuściznę barokową. Nie tylko poprzez dzieła Jana Sebastiana Bacha, które i owszem, stanowią taki fundament dla muzyki chrześcijańskiej, jakiego próżno szukać w sferze działania Polihymnii wcześniej i później nawet, jednak nie samym Bachem żyje człowiek. Owszem, Vivaldi, owszem Corelli, Monteverdi nawet się tu i ówdzie przeplata, ale generalnie mówisz barok, myślisz Bach. A szkoda, bo przez to ucieka nam cała gama muzycznych dzieł, które zdecydowanie wywołują uśmiech na twarzy.
Der Schwanengesang jest właśnie takim utworem: melodyjny, wielkowątkowy, naznaczony i tęsknotą za teraźniejszością, i radością myśli o życiu wiecznym. Muzyka prowadzi nas ku tej wieczności bez wahania – dojść tam musi każdy, ale nie po każdym zostanie takie piękne wspomnienie, jak schützowy Łabędzi Śpiew. Niezwykły album, polecam.
