Magdeburger Barockorchester
Director: Lothar Hennig
Się obiecało, się należy wywiązać z danego słowa. Zapowiedź recenzji albumu Georga Philippa Telemanna pojawiła się kilka tygodni temu, ale jakoś tak się porobiło, że nie miałem kiedy skończyć pisaniny. Ostatecznie więc Telemann musiał ustąpić innej muzyce (z niechęcią, co przyznaję), ale ostatnio coraz częściej wracam do tej muzyki, więc trzeba nadrobić opóźnienie.
Telemann, taki trochę McCartney XVIII wieku (genialny samouk, ponoć niezwykle zdolny organista i kapelmistrz, skomponował prawdopodobnie ponad 3000 różnych utworów) pisał sobie te motety, jak inne dzieła w ilościach wręcz zatrważających. Niestety potem przez Europę przewaliło się kilka wojen, Niemcy najpierw nie istniały jako państwo, a jak już zaistniały, to zarobiły szybko na nienawiść sąsiadów. Skutkiem tego nie wszystko ze spuścizny Telemanna zachowało się dla potomności. Jednak i to co jest, może cieszyć uszy w niejeden letni wieczór. Jak choćby muzyka z recenzowanej płyty.
Opisując różne dzieła muzyki klasycznej na blogu dochodzę do wniosku, że o ile czasami zdarzają się albumy z muzyką, na której przyswojenie potrzeba czasu, tak motety Telemanna w moim przekonaniu nie potrzebują żadnego vacatio legis, by oczarować słuchacza. Oczywiście mógłbym powielić klasyczne stwierdzenie i napisać, że za sprawą Das is mein Freunde album Raumklangu zaczyna się od swoistego „trzęsienia ziemi”, ale po co? Muzycznie bowiem – utwór otwierający to idealny przykład połączenia barokowego przepychu z zaczątkami klasycystycznej mody, jaka w połowie XVIII wieku zaczęła gościć w kulturze europejskiej. Wielogłosowy chór, naprzemiennie żeńsko – męski, z monumentalnymi wstawkami wszystkich śpiewaków, tworzący nastrój podniosłego, wręcz kipiącego patosem hymnu pochwalnego. Słowem – CUDO. Zresztą nie inaczej jest w kolejnym utworze. Der Gott unsers Herrn Jesu Christi. Znowuż tu rządzi melodyka, znowuż naprzemiennie chóry żeński i męski tworzą harmonijne dźwiękowe plamy.
Moje ulubione utwory na płycie to … tak się składa, że jest ich cała masa. Co oczywiste, są to głównie te fragmenty, które zarazem są najdłuższymi nagraniami na albumie. Halt, was du hast z męskim chórem ciągnącym główny motyw i wywołującymi dreszcze na karku żeńskimi partiami. Prawdziwa muzyczna uczta. Przepiękne Laudate Dominum. Perfekcyjne Komm, heiliger Geist – to siła tego albumu. Ale o sile telemanowskich Motetów stanowią również te krótsze utwory. Którym ani piękna, ani melodyki, a tym bardziej perfekcyjnej harmonii odmówić nie można. Całość brzmi rewelacyjnie, od pierwszych nut wspomnianego Das is mein Freunde aż po symfoniczny, patetyczny wręcz rozmach finałowego Ein feste Burg ist unser Gott.
Po wysłuchaniu płyty pierwszy wniosek, jaki się nasuwa, to ta zadziwiająca wręcz ilość znakomitych melodii, rządzących w motetach Telemanna. Niby wiemy, że te nagrania to bardziej liturgia niż muzyka do popołudniowej kawy, ale właśnie za sprawą takiego nagromadzenia śpiewnych tematów, wspartego świetnym wykonaniem (dla śpiewaków ogromne brawa!!!) i doskonałą realizacją dźwiękową albumu słucha się przyjemnie również w niedzielne popołudnie (a nawet w niedzielny poranek J). Ze spokojem zatem polecam, bo jak dla mnie – to jedna z tych płyt, które zmieniły moje podejście do muzyki (vide wpis w zapowiedzi recenzji).
