The Baroque Oboe Concertos. Kama Grott, Jan Stanienda, Wratislavia Chamber Orchestra.

Obojowe koncerty Kamy Grott pierwszy raz wybrzmiały w naszym domu chyba zimą 2006 roku. Cóż, za oknem wtedy zimna zimowa zima, ogień w kominku itd., a nasi Przyjaciele z łódzkiego desantu zaskoczyli nas zupełnie nową płytą polskiej oboistki.
Tradycyjnie TAKĄ muzykę testowaliśmy w niedzielny poranek (w końcu nazwa tej strony zobowiązuje). Pełne zaskoczenie. Wiem, można utyskiwać, że te dzieła muzyki klasycznej pojawiają się tu i ówdzie w różnych interpretacjach, a muzyka barokowa, mająca tak wiele do zaoferowania jest w świadomy mniej lub bardziej sposób spychana w przestrzeń zapomnienia. Ostatecznie bowiem wszystko sprowadza się do znajomości kilkunastu koncertów i tych samych nazwisk (obecnych też na tej płycie), więc pozostaje pytanie, czy nie można nagrać czegoś mniej znanego. Tak po prawdzie – nie interesuje mnie to. Gdy spojrzymy na przeciętnego odbiorcę muzyki (załóżmy na chwilę, że ktoś taki faktycznie istnieje), to jego znajomość w zakresie klasyki sprowadza się do… 4 Pór Roku Vivaldiego, V lub/i IX Symfonii Beethovena (głównych motywów – riffów, jakby to powiedzieli muzycy rockowi) i być może Requiem Wolfganga Amadeusza (?) Mozarta.
Mam tu na myśli oczywiście odbiorcę muzyki, a nie przeciętnego Polaka (a już chyba tym bardziej Wolaka!), bo jednak nie to samo. Więc co tu narzekać, że Kama Grott wraz z Janem Staniendą i Wratislavia Chamber Orchestra prezentują nam znane dwa koncerty na obój i trzy koncerty na obój i smyczki. Po kolei zatem: Antonia Vivaldiego koncert C-dur F VII nr 4, z prześlicznym Largo w środku (jedno z moich ulubionych nagrań z płyty) oraz Tomaso Albinioniego koncert d-moll op. IX nr 2 (znakomite, niesamowite wręcz Adagio).
Mniej znany Alessandro Marcello, szlachcic wenecki, komponujący muzykę dla siebie i swoich przyjaciół (żadne tam pisanie dla bogatych mecenasów sztuki, wyłącznie wino i dobra zabawa), będący trzecim na albumie kompozytorem, którego muzykę zagrano, pierwotnie zaskakuje. Najpierw niejako łamiąc wcześniejszy nastrój zastanowienia bardziej żywiołową formą w Andante e spiccato z koncertu na obój i smyczki d-moll, a następnie przywracając rozmarzenie urokliwym, łagodnym Adagio, z tegoż samego koncertu. Którego liryka wręcz urzeka bogactwem barw. Czwarty na płycie jest koncert na obój i smyczki C-dur Domenico Cimarosy.
Odrobinę późniejsze dzieło od wymienionych powyżej, ale w formie i brzmieniu zupełnie odpowiadające tematowi. Idealnie oddaje to rozpoczynające koncert Introduzione. Mimo tego, że Cimarosę zalicza się raczej do przedstawicieli klasycyzmu aniżeli baroku, to jednak zagrane przez Kamę Grott dzieło idealnie wpasowało się w brzmienie płyty. I na koniec – wracamy do umownego baroku za sprawą Georga Friedricha Händla. Jego Sarabanda-Largo z koncertu g-moll to połączenie dostojności i piękna. Muzyka delikatnie wiedzie nas przez zabytkowe wnętrza pałaców i sal koncertowych, choć początkowe Grave wcale tego nie zapowiada.
Ujmę to tak: za każdym razem, gdy słucham tego nagrania, mam wrażenie, że coś się stało i flet Kamy Grott, wsparty skrzypcami Staniendy stanowi głośną skargę lub może nawet żal za światem, którego już nie ma. Delikatnie smutne zakończenie płyty, a jednocześnie absolutnie ponadczasowe i piękne zarazem. Zachęciłem? Cieszę się, a jeśli nie, cóż… bywa.
Hm, tak sobie tego dziś słucham, jest 8 kwietnia 2009 roku, czterdzieści minut zostało do północy. Daleko za górami, za siedmiogórogrodem itd. ktoś za chwilę wstanie do pracy. Ktoś m.in. odpowiedzialny za moje spotkanie z Kamą Grott. Śląc pozdrowienia, Hats Off To MartaMarta…