Napisałem kiedyś, że nie przepadam za składankami. I ta zasada ciągle obowiązuje, ale … od każdej reguły są wyjątki. Jak choćby w przypadku składaka Harmonii Mundi z muzyką z czasów romantyzmu. Ten album stanowił muzyczną ilustrację naszego pobytu w wawelskich murach, i choć nie zawiera muzyki wyłącznie polskiej, to jednak doskonale wpasował się w między tchnienie zmarłych królów, blade lica martwych wieszczów i zimne mury wawelskich sal. A że my naród cierpiętników potrafimy pewnie ogólnoświatowe cierpienia młodego Polaka przeżywać najpełniej ze wszystkich, to jednak monopolu na rozterki, żal i miłość w świecie nie mamy. I całe szczęście.
Album rozpoczyna schubertowski kwintet fortepianowy A-dur op. 114 w wykonaniu Stèphane Lagerot, Christophe Gauguè oraz Wanderer Trio. Melodyjnie, z odrobiną tajemniczości, poprawnie. Magicznie robi się przy kolejnym utworze. Pozostając przy Schubercie – najpierw niesamowicie Andantino z sonaty fortepianowej A-dur wykonuje Paul Lewis (zlinkowałem to już w innym wpisie, więc ponawiał nie będę), a potem … cóż moje ulubione schubertowskie dzieło: trio fortepianowe op. 100, w katalogu Otto Ericha Deutscha oznaczone symbolem D 929 po prostu chwyta za serce i nie pozwala o sobie zapomnieć przez wiele poranków. W linku – wykonanie inne, niż na płycie, ale równie niesamowite. Grają: znany nam z innego wpisu Eugene Istomin (fortepian), Isaac Stern (skrzypce) i Leonard Rose (wiolonczela). Brzmi to tak.
Oprócz muzyki kameralnej na albumie umieszczono też dzieła monumentalne. Kyrie Eleison, a właściwie Kyrie, autorstwa Gioachino Rossiniego (tak, tak, tego Rossiniego) z Małej Mszy Uroczystej (Petite Messe Solennelle) wykonana porywająco przez chór berliński pod dyrekcją Marcusa Creeda to jeden z tych momentów na albumie, w którym zamiera wszelka dyskusja. Ten uporządkowany pochód fortepianu, wsparty melodyjnym śpiewem chóru aż zapiera dech. Zresztą berlińczycy nie zwalniają ani na chwilę, intonując Glorię w sposób tak monumentalny, aż dziw bierze, że to nagranie jest tak mało znane. No i zwieńczeniem całości jest solowe Agnus Dei, przepięknie z towarzyszeniem chóru zaśpiewane przez Birgit Remmert. W linkach niestety podaję wykonanie lipskiej Gewandhaus Orchester, pod dyrekcją Riccardo Chailly’ego. Ale – wcale nie gorsze to wykonanie.
Poza Rossinim na L’Age d’or du Romantisme nie mogło oczywiście zabraknąć Schumanna. Dreszcze przechodzą człowieka, gdy słucha jego dzieł w interpretacji Brigitte Engerer. Najpierw słynne Sceny Dziecięce z opusu 15 zabrzmią w utworze Von fremden Landern und Menschen (w linku wykonanie Marthy Argerich) a zaraz po nim słynne „Marzenie” z tego samego cyklu (ale tym razem gra opisywana Brigitte Engerer).
No i na koniec – nie sposób wyobrazić sobie płytę romantyczną bez autora, który do dziś jest ulubieńcem kompozytorów muzyki filmowej na całym świecie. Rzecz jasna, mowa o … Chopinie. Jego preludia, tak pięknie i przejmująco zagrane przez Alaina Planès to jeden z powodów, dla których warto ten album posiadać w zbiorach.
Niewymienieni w tekście wykonawcy i kompozytorzy wcale się nie gniewają – ostatecznie Berlioz, Brahms a zwłaszcza Mendelssohn – Bartholdy jeszcze nie raz zagoszczą na łamach Klasycznej Niedzieli.