Harry Christophers & The Sixsteen
Nie chciałem zaczynać tej recenzji od zdania „Na mojej półce z płytami od jakiegoś czasu stoi box wydany przez …” bo to kogo obchodzi, co tam stoi. Nie zamierzam też cytować biografii de Victorii, bo tę każdy może sobie znaleźć w popularnej sieciowej encyklopedii i taka wiedza mu wystarczy. Jeszcze bardziej irytująco zabrzmiałoby jakieś „na wstępie mojego wpisu…”, bo po takim początku raczej trudno oczekiwać w tekście porządnego odniesienia do muzyki. Jakiejkolwiek. A co dopiero klasycznej. Jak zatem opisać album Tomasa Luisa de Victorii z muzyką renesansu? Może poprzez emocje, które docierają do słuchacza za sprawą niezwykłych dźwięków piętnastowiecznej polifonii.
Ten… box, o którym mowa wyżej – bo to faktycznie jest czteropłytowy box (w moim posiadaniu od jakiegoś czasu) – to w sumie nagrania znane od lat, choć wydane pod nowymi obwolutami. Funkcjonuje bowiem taka tendencja w wytwórniach płytowych, że co jakiś czas odnawiają one swoją ofertę, przypominając nagrania, które zarejestrowane zostały przed laty. Można zrobić wtedy promocję, przecenę, cokolwiek, byleby wypchnąć towar na rynek i znaleźć kolejnego kupca. I nie zżymam się tu na prawa owego rynku – przeciwnie, doceniam je, gdyż inaczej pewnie bym na zbiór de Victorii nie trafił.
Nie zamierzam jednak pochylać się dziś nad całą paletą nagrań, jakie nam The Sixteen i Harry Christophers serwują we wspomnianym boxie. Skupię się tylko na jednej z nich (pozostałe w przyszłości – bezwzględnie – bo też warto); wydanej w formacie SACD płycie Requiem 1605 / Officium Defunctorum. Bo to niezwykłe wydawnictwo.
Usiądźcie wygodnie w fotelu. Zamknięcie oczu oczywiście nie zaszkodzi; dźwięk podkręćcie tak, aby uwolnić się od innych zgiełków tego świata. Zanim jednak zanurzycie się w barwne tony muzyki hiszpańskiego mistrza, lojalnie ostrzegam, iż słuchanie tej muzyki bezpieczne nie jest. Nie tylko w nadmiarze, ale w ogóle. Oczywiście – zapyta ktoś – a co w niej takiego wyjątkowego, co zagraża słuchaczowi? Ano, może ta kosmiczna przestrzeń, jaka wyłania się już z pierwszych nut Salve Regina. To dziesięć minut absolutnego piękna, Boskiej wręcz ingerencji w ludzką naturę, próby opisanie nieopisywalnego, zgłębienia nieskończoności i takich tam kwestii. De Victoria, a The Sixteen w wykonaniu przedstawiają nam inną rzeczywistość: muzyka renesansu jest na tym albumie tak absolutnie ponadczasowa, że istnieje ryzyko zapomnienia o codziennych obowiązkach. Ja wpadłem w otchłań tych nut z siłą kamienia rzuconego w głębiny – pogrążyła mnie zupełnie olśniewająca czystość partii chóralnych, jaką The Sixteen zaprezentowali na tym albumie. Nawet nie chcę wyróżniać poszczególnych części utworów, bo każdy z nich ma w sobie tyle piękna, wyczekiwanego majestatu, radości i smutku zarazem, aż trudno od nich odejść choćby na marną godzinę. Słuchacz, omamiony owymi wizjami będzie siedział przez te kilkadziesiąt minut, chłonąc muzykę bliską ideałowi. I dobrze, tak być powinno.
Na osobny akapit zasługuje warstwa realizacyjna. Jakość dźwięku wręcz poraża; przy dobrym sprzęcie poczujecie chłód strzelistych kościelnych wnętrz, gdzie taka muzyka onegdaj była pisana i wykonywana. Przestrzeń – niewymownie rozległa i cisza, właściwa kolegiackim wnętrzom idealnie współgrać będzie z partiami wykonywanymi przez artystów. Nie ma się co rozwodzić – właśnie dzięki The Sixsteen ten odległy muzyczny wszechświat może dziś zawitać do naszych wygodnych salonów, niczego nie tracąc ze swojego piękna.