
Arte Dei Suonatori & Dan Laurin
Cztery Pory Roku Vivaldiego to chyba najczęściej nagrywana w świecie muzyka klasyczna. Motywy poszczególnych koncertów są już na tyle ograne (zwłaszcza Wiosna i Jesień), że każdy, kto choć trochę muzyką się interesuje będzie w stanie rozpoznać dzieło włoskiego księdza (czy wymienić jego nazwisko, to już inna sprawa).
Jak to zwykle bywa w przypadku muzyki klasycznej, ciężko jest się zwykłemu „zjadaczowi chleba” poruszać wśród całej palety różnych płyt. Bo utwór, to utwór a wykonań – co niemiara. Ograniczone środki finansowe (bo zakładam cały czas naiwnie, że muzykę kupujemy, by jej posłuchać) powodują, że w całej palecie lepszych i gorszych koncertów wybór tej
„jednej” płyty nastręcza niespotykaną trudność. Na dodatek oprócz poziomu interpretacji poszczególnych dzieł, ważne jest również i źródło, na którym muzykę otrzymujemy i
oczywiście sama jakość nagrania.
Za Vivaldi’s Four Seasons (bo tak na zagranicznych portalach internetowych oznaczana jest ta płyta) przemawia cała gama argumentów. Pierwszy – pozamuzyczny nawiasem mówiąc – to fakt, iż album nagrała polska orkiestra Arte Dei Suonatori. Ich pierwsza płyta z Danem
Laurinem (Uwertura i 3 koncerty Georga Philippa Telemanna, nagrana dla BIS w 2000 roku) wyrobiła orkiestrze markę w świecie muzyki klasycznej. Kolejny argument – to fakt iż Cztery Pory Roku nagrano w transkrypcji na flet, a Dan Laurin perfekcyjnie wykorzystuje walory tego instrumentu w koncertach Vivaldiego. Dzięki jego grze, po wysłuchaniu pierwszych części koncertów z opusu 8 włoskiego księdza mamy wrażenie, jakby słynna La Primavera była
właśnie na flet napisana. Dalej idąc – realizacja nagrań jest naprawdę na wysokim poziomie, ale do tego BIS już nas przyzwyczaił. No i ostatnia sprawa – płytę wydano w wersji SACD. Co sprawia, że muzyka barokowa w wersji wielokanałowej po prostu zachwyca.
Znakomity to album. Jeden z tych, które wywołują dreszcze na karku i sprawiają, że muzyka, którą – zdawałoby się – znamy od wieków nagle okazuje się być niezwykle świeżą i przejmującą. Po prostu – wstyd nie znać!