W. A. MOZART: Piano Concertos 21 & 24, K.467 & K.491
Eugene Istomin, piano; Gerard Schwarz & Seattle Symphony Orchestra.

Mozart Concertos
Historia tych koncertów fortepianowych Mozarta w moim przypadku jest zwyczajna do bólu. Na jakiejś stacji benzynowej kupiłem Hi-Fi i Muzyka wraz z dodatkiem – płytką Tutti! Orchestral Sampler. Na płycie HDCD wydanej przez Reference Recordings znalazły się fragmenty zarejestrowanych dla tej firmy nagrań muzyki klasycznej, w tym również Andante z koncertu fortepianowego Mozarta, nagrane przez Eugene Istomina wraz z Seattle Symphony Orchestra pod dyrekcją Gerarda Schwarza.
No, a później to już samo poszło. Kursy walut zachęcały do sprowadzania płyt zza Wielkiej Wody, toteż nie było się nad czym zastanawiać. Płytka przyszła, posłuchałem, raz, drugi, dziesiąty… i zmroziło mnie z wrażenia.
Cóż, teraz to i ja wiem, że Reference Recordings to marka, której – zakładam być może naiwnie – nie trzeba przedstawiać zapalonym melomanom (bo słowo audiofil mi tu jakoś zupełnie nie pasuje, a poza tym – jak ja nie lubię tego słowa!). Jednak w kontekście niedawnych dyskusji na forach internetowych i blogach na temat śmierci płyty CD (a raczej wszelkich „zapisów dyskowych” w związku z rosnącą popularnością formatów muzycznych związanych z publikacją nagrań w Internecie) słówko trzeba im poświęcić. Amerykanie z RR wypracowali w ciągu kilkudziesięciu lat bycia w grze wysoki standard swoich produktów, w równym stopniu kładąc nacisk na jakość dźwięku, jak i precyzję (perfekcję) wykonania. Skutkiem tego wiele ich wydawnictw nie dość, że nagrodzono oficjalnymi laurami Grammy dla dla najlepiej nagranej płyty z muzyką klasyczną, to jeszcze stała popularność wytwórni wśród melomanów musi budzić szacunek.
Wydany w 1996 roku album z koncertami fortepianowymi Mozarta zachwycił mnie od pierwszego słuchania. Lekkością w grze Istomina, wyważonymi proporcjami pomiędzy liryzmem a matematyczną dokładnością. Nie ma w tych nagraniach ani jednej zbędnej sekundy, a każda nuta lub chwila ciszy jest dokładnie taka, jaką chcielibyśmy słyszeć zawsze. Brzmienie płyty jest prawdziwie high definition. I co tu dużo mówić – po wysłuchaniu nagrań zaczynamy dostrzegać, czy nasze stereo, to faktycznie zestaw dobrej jakości, czy jedynie kawałek grzejącego się klocka zużywającego prąd.
Nie dam rady pisać nic o tej muzyce. A Andante ze stacji benzynowej? Cóż, ono niech broni się samo, posłuchajcie. Zapraszam.