Ars Antiqua Austria, Gunar Letzbor – violin, director
Przedostatni dzień naszych wyjazdowych wakacji miał nam upłynąć pod znakiem Haydna. I nawet plan ów się ziścił, jednak … za sprawą wydarzeń opisanych w zapowiedzi tej recenzji – zamiast z klasykiem wiedeńskim na zawsze będzie mi się kojarzył z muzyką Romanusa Weichleina. O którym, jak się rzekło wcześniej – do momentu wejścia do sklepu z winami – nic nie wiedziałem.
Sącząca się, niczym dobre wino właśnie w tle muzyka wywołała moją ciekawość od przekroczenia progu. Nieczęsto bowiem słyszy się muzykę klasyczną w takich miejscach – odwiedziłem ich trochę w Austrii, byłem w kilku na Węgrzech i szału nie było. Raczej rządziły jakieś tam lokalne stacje radiowe. W tej winiarni było inaczej. Klientów nie zbyt wielu (w sumie, to ze mną trzech), ale i pora obiadu specjalnie do zakupów nie zachęcała, no i muzyka baroku dobiegająca z głośników. Toteż troszkę pokręciłem się między półkami, rozkoszując się – teraz to wiem – wybrzmiewającą akurat sonatą nr 4 i jak już przyszło do wydawania pieniędzy, to oczywiście nie mogłem nie zapytać.
Właścicielka sklepu, choć po angielsku niespecjalnie się chciała porozumiewać, to na pytanie o muzykę rozpromieniła się i urosła. Oho, pomyślałem, lokalna duma i miałem rację, jak zobaczyłem okładkę płyty. Ars Antiqua Austria – tamtejszy ansambl grający muzykę barokową na instrumentach z epoki. Nazwa mówi właściwie wszystko, bo że lokalny, to jasne, że grając muzykę dawną – także, a po wysłuchaniu kilku sonat na miejscu i zapoznaniu się z albumem po powrocie do kraju – że wykonujący ją znakomicie, to również oczywista oczywistość. Na okładce widniało nazwisko kompozytora, który – nie czarujmy się – specjalnie znany nie jest. A szkoda…
Romanus Weichlein to dla mnie zupełnie nowa postać. W drugiej połowie XVII wieku mieszkał i tworzył w klasztorze benedyktyńskim w Lambach, potem przeniósł się za zgodą władz kościelnych do Säben, gdzie pozostał aż do 1705 roku. Na ostatni (wówczas, gdy się przeprowadzał, jeszcze o tym nie wiedział, rzecz jasna) rok życia przeniósł się do Kleinfreuenhaid, gdzie proboszczował krótki i gdzie zmarł w 1706 roku. Komponował i grywał na organach, a co więcej rzekomo w trakcie pobierania wykształcenia muzycznego Weichlein miał spotkać się z Heinrichem Ignazem Biberem, jednak ciężko to dziś dowieść. Będąc w gruncie rzeczy bardziej duchownym niż muzykiem Weichlein pozostawił po sobie kilkanaście utworów muzycznych. Wśród nich prym wiedzie recenzowane Encaenia Musices będącym jednym z dwóch zbiorów wydanych za jego życia.
Muzyka Weichleina to piękny, melodyjny, momentami wręcz uroczy barok. Zwłaszcza partie skrzypiec, rewelacyjnie wykonywane na opisywanym albumie przez Gunara Letzbora zachwycić powinny każdego melomana. Ars Antiqua Austria grają utwory kompozytora z wielką atencją: w większości przeważają wybijająca się na pierwszy plan skrzypce, a reszta orkiestry pięknie wypełnia tło mizernie tkanymi dźwiękami. Wrażenia podczas odsłuchiwania Encaenia Musices ma się podobne, jak podczas spoglądania ku zielonym stokom austriackich gór. Przestrzeń, piękno, harmonia przenikają się nawzajem i uzupełniają. Nie ma w tej muzyce ani jednej zbędnej nuty, podobnie, jak w panoramie tyrolskich kotlin górskich nie ma niepotrzebnych, zwyczajnych panoram. Wszystko tu ma swoje miejsce i … jestem przekonany, że niemała w tym zasługa grającego pierwsze skrzypce Gunara Lezbora. Wprawnie wykonuje on swoje partie prowadzącej jednocześnie orkiestrę, toteż brzmienie jego instrumentu po jednym już tylko odsłuchaniu zapamiętuje się na zawsze.
Niezwykła to płyta i w niecodziennych okolicznościach do mnie trafiła. Wszystko… to wina wina (no i zapominalskiej córeczki). Hm, jak dla mnie – oby więcej takich przypadków.