Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Kwiecień 2009

Narzekało się ciut, że pustynią muzyczną jesteśmy. No i wypadałoby cokolwiek skreślić na temat, że jednak nie jest tak źle. Do Chopina jeszcze będzie niejednokrotnie czas podejść (a poza tym wszyscy go znają od zawsze, a jak nie znali, to sobie wyszperali w Internecie po skeczu o naszej, zdrowej Dorotce, co „doi krowy, pije mleko i słucha Szopena”). Inni kompozytorzy czekają. Może nie z pierwszego afisza, ale jednak . Niejako w odpowiedzi w zakładce recenzje wisi już tekst o płycie Ars Cantus, zdającej się być światełkiem w tunelu. Czy jedynym? Na szczęście – nie!

Temat pojawił się za sprawą stwierdzenia sąsiadki, że matury za moment. Tak, wiem, sporo już wody upłynęło w Warcie, odkąd i ja męczyłem się stawiając sztywne kroki do muzyki Ogińskiego. Tak, wiem, nigdy nie pomyślałbym, że po latach tak bardzo zmieni się punkt widzenia. Oczywiście w odniesieniu do Ogińskiego, a nie owych egzaminów. Też aż tak stresujące nie były.

I Rzeczpospolita

Skoro zatem matury, to Michał Kleofas Ogiński ciśnie się na klawiaturę jako pierwszy. Płyt, które można by polecić jest jak na lekarstwo. Mimo, że muzyka Ogińskiego to melancholia, smutek, liryzm, mimo, że melodie, które wyszły spod pióra księcia to jakby sentymentalny powrót do korzeni osiemnastowiecznej, przedrozbiorowej I Rzeczpospolitej – zapoznanie się z jego twórczością najczęściej sprowadza się do znajomości słynnego Pożegnania z Ojczyzną.  Czekam, aż ktoś wreszcie nagra (nie wiem, może uznani artyści się wstydzą??) jego polonezy. Póki co, być może dlatego, że muzyka podskarbiego Wielkiego Księstwa Litewskiego odznacza się nieskomplikowaną fakturą i dzięki owej prostej budowie  jest często wykonywana przez amatorów, żaden liczący artysta nie pochylił się niestety nad partyturami Ogińskiego. A szkoda, z upływem czasu kurz pokrywa coraz bardziej nuty jednego z najbardziej niedocenionych kompozytorów muzyki przełomu XVIII i XIX wieku. Płytę, którą mam w swoich zbiorach nagrał Ivo Załuski, potomek słynnego kompozytora. Dobre i to.

I drugie nazwisko. To już nie związane z maturami zupełnie. Nieznane zresztą do niedawna szerszemu audytorium (fakt, Newsweek pisał jakiś czas temu, no i Fryderyka 2008 przyznano płycie – tylko kto to ogląda??!!). Wydawnictwo bliskie mi podwójnie, ze względu na miejsce tworzenia muzyki. Józef Zeidler. Kompozytor tworzący na Świętej Górze (nie mylić z Jasną Górą) w Gostyniu. Zeidler (nie ma pewności co do daty urodzin – prawdopodobnie był to 1744 r.) wywodził się z rodziny wielkopolskiej. Prawdopodobnie ok. 1780 r. przybył do Gostynia, gdzie aż do śmierci w 1806 r. tworzył dla potrzeb Oratorium św. Filipa Neri na Świętej Górze, jako członek tutejszej kapeli. Zostawił po sobie bogatą spuściznę kompozytorską, liczącą ponad 30 kompozycji liturgicznych, w tym 7 mszy, requiem, 5 nieszporów, 11 litanii, 6 motetów i pastorałki. Rękopisy tych utworów zachowały się m.in. w zbiorach klasztoru w Gostyniu i na Jasnej Górze w Częstochowie. Ostatnio, podczas specjalnych festiwali, odbywających się w gostyńskim sanktuarium zarejestrowane zostały trzy wydawnictwa. Ich wartość, w zakresie poznawczym muzyki XVIII wiecznej jest ponadprzeciętna. Nazwisko warte zapamiętania. 

 

Dwaj kompozytorzy. Jeden świecki, związany z obozem patriotycznym, zapisujący muzykę, która bawiła salony współczesnej mu szlachty. I drugi – duchowny, czerpiący z kościelnej tradycji muzyki polifonicznej i barokowej, wpisujący się w brzmienie już odchodzącej wówczas do kanonu kameralistyki mozartowskiej. Dwa nazwiska. Prawie nieznane. Dwa światy. Przenikające się. Jeden czas. Koniec XVIII wieku.

Ktoś jeszcze? Hm, pewnie, ale to już w kolejnym odcinku.

Read Full Post »

Kto by pomyślał, że tak się to potoczy. Krótki tekst o Alexandrze Borovskim spowodował odzew, na który zupełnie nie liczyłem (nie liczyłem w sumie na żadną odpowiedź). Zza wielkiej wody napisał pianista William J. Jones. Że pisze biografię, że posiada spory katalog nagrań swojego Mistrza, że w powstającej opowieści o Borovskim znajdą się wspomnienia ponad setki muzyków, mających przed laty przyjemność gry z wirtuozem fortepianu.

The Liszt Recordings. A. Borowsky: Hungarian Rhapsodies 1-15.Ostrzę sobie zęby. Ta „rosyjska” szkoła, z jakiej wyrósł Alexander Borovsky  wydała na świat wielu znakomitych pianistów. I niektórych z nich wkrótce postaram się skreślić parę słów, z dostępnością muzyki natomiast będzie znacznie gorzej. Паживем Увидим

Potęga Internetu? Oczywiście. Póki co, czekając na nowe nagrania i biografię Borovskiego zapraszam tu.  

Read Full Post »

Jak w tytule…

 Czy jesteśmy muzyczną pustynią? Ano jesteśmy. Bo kulturalnie, patrząc przez pryzmat (a właściwie słuchając) muzyki klasycznej – nie istniejemy. Przynajmniej w kategoriach europejskich. Nie ma nas. Prawie żadnych okoliczności łagodzących. Pozamiatane, ot, co! Nie no, zaraz, ktoś powie: a Chopin? No tak, jasne. Tyle, że to prawie-nikt. Proszę się nie obruszać, nie dezawuuję znaczenia muzyki naszego Wielkiego Kompozytora, po prostu stwierdzam fakt, że jeden wyjątek wiosny nie czyni.  Jak popatrzymy na osiemnasto-dziewiętnastowieczne Niemcy (przyjmijmy umownie taką nazwę) lub … Austrię (też nie szukajmy punktów do dyskusji w nazewnictwie państwowym), to aż skóra cierpnie z wrażenia. Dalej w historię?? XVII wiek? A proszę bardzo, wymienione wyżej kraje to potęgi (nawet, jeśli stwierdzimy z satysfakcją, że Niemcy w dzisiejszym kształcie nie istniały wówczas). A u nas? NIC…

Moment, powie kto inny. Przecież niewola, jedna i druga, wojny światowe obie plus szereg mniejszych konfliktów, które przez nasze zielone równiny się przetaczały wcale naszej kulturze, nie tylko muzycznej nie służyły. Nie można zatem zakładać, że w muzyce klasycznej stanowimy dno (to i tak lepiej, niż bezdenna przepaść!), skoro tak naprawdę wszystko sprowadza się do szkód, które poczynił nam świat bezlitosny. Ale – ja tu z kontrą: przecież Niemcy – jako kraj, o którym myślimy w kategoriach dzisiejszych też nie istniał przed wiekami. I proszę, wystarczy  wbić sobie w wikipedią hasło np. kompozytorzy baroku. Owszem – wśród różnych nacji i Polacy są reprezentowani, tylko pozostaje pytanie: kto dzieła tych autorów słyszał? alleluja

Nie oczekuję tu, że Grzegorz Gorczyca będzie znany jak, dajmy na to Vivaldi lub najsłynniejszy z Bachów, ale gdybyśmy zapytali szersze audytorium czy to o nazwiska, czy też … o poszczególne kompozycje, to pewnie cisza byłaby głośniejsza, niż po pytaniu „kto za dużo zarabia”.

Celowo przejaskrawiam sytuację. Tym bardziej, że muzyka klasyczna jest dziś lekko passe, więc lepiej raczej już nie będzie. Dodajmy do tego upływający czas, fakt, że klasyki źle się słucha w tramwaju lub na rowerze i mamy obraz naszej pustyni. Jak mawiał inż. Mamoń – nuda, nic się nie dzieje…

Chyba nikomu nie zależy, by było inaczej…

Read Full Post »

Niejako w opozycji dla wcześniejszych tekstów zachwycających się brzmieniem nagrań SACD teraz parę słów na temat albumu z rapsodiami węgierskimi Liszta, który wpadł w moje ręce ostatnio zupełnie przez przypadek za sprawą jakiejś śmiesznej aukcji na Ebayu. Poszczególne rapsodie spróbuję streścić w dziale recenzje, a tu tylko parę słów nakreślę o pianistach, uchylających nam rąbka swojego geniuszu. Ludziach zupełnie zapomnianych, wspominanych właściwie jedynie przez osoby, których rozumienie muzyki niedostępne jest nam, zwykłym zjadaczom chleba.

Alexander Borowsky Aleksander Borowski – albo jak wolą źródła anglojęzyczne – Alexander  Borovsky urodził się w Rosji w 1889 roku. Pierwsze nauki pobierał w domu  rodzinnym w Jenisejsku, pod okiem matki (fanka Chopina, gdyby kto miał  wątpliwości skąd takie początki), na fortepianie pożyczanym … zimą od  kapitana statku, który na czas zamarzniętych lodowych szlaków kotwiczył w  pobliskim porcie. W wieku siedmiu lat (uwaga – oto pierwsze w tym cyklu  cudowne dziecko!) trafił do konserwatorium w Sankt – Petersburgu, gdzie pod  okiem Anny Essipovej (żona Teodora Leszetyckiego, który się jeszcze w tych opowieściach o pianistach pojawi) skończył konserwatorium z wyróżnieniem Artura Rubinsteina. Wyjechał w 1921 roku z Rosji Sowieckiej (całe szczęście!) najpierw do Polski, a następnie na Bałkany, by wreszcie trafić do Paryża. Był już wtedy gwiazdą pierwszego formatu, grając koncerty właściwie z każdą większą orkiestrą symfoniczną Starego Kontynentu – w ciągu pięciu sezonów odbył ponad 400 występów, zbierając najlepsze recenzje i odnosząc spory sukces.

Amerykanie – jak to Amerykanie – okrzyknęli go geniuszem po rewelacyjnych – wg źródeł pisanych (bo zapis muzyczny tegoż recitalu chyba nie istnieje…) koncertach w Carnegie Hall w 1923 roku. Jego perfekcja i żarliwość muzyczna znalazła uznanie u wielkich świata muzyki klasycznej, by wymienić tylko Siergieja Rachmaninowa, Claudio Arrau, Artura Rubinsteina czy Leopolda Godovskiego. Kolejne sukcesy przyszły niejako po tym – recitale (trasy koncertowe, jakbyśmy dziś powiedzieli) po Europie, Turcji, Ameryce Południowej i USA. Tam też zresztą – od 1941 roku na stałe Borowski zamieszkał. W 1956 roku objął katedrę fortepianu na Uniwersytecie w Bostonie.

Nazywany tytanem totalnego brzmienia, kładł nacisk na techniczną stronę interpretacji, nie stroniąc jednak od emocjonalnego i delikatnego stopniowania dźwięków. Przez 47 lat zagrał ponad dwa i pół tysiąca koncertów. Ile z tego zostało dla potomnych? Niewiele. Jeden album BOROVSKY PLAYS LISZT, wydany przez Pearl, na którym znajdują się owe rapsodie, uzupełnione koncertami klawesynowymi oraz Fantazją i Fugą Jana Sebastiana Bacha w transkrypcji na fortepian.  Plus wspomniany na wstępie album zapomnianych pianistów… Jak grał?? Ano – przepięknie. Trochę szumi, ale pamiętajmy, że to monofoniczne nagranie z 1938 roku…

Liszt Hungarian Rhapsodies – No. 1, C Sharp Minor. Gra Aleksander Borowski.

Read Full Post »

Nie tak dawno na innych portalach wiedliśmy dyskusję na temat zesłania formatu CD do lamusa. Wszechwładna sieć zarzuciła już dawno więzy na większość melomanów i sporo osób z wygody, z lenistwa, dzięki dostępowi (np. rapidshare) przerzuciło się właściwie wyłącznie na „taką” muzykę. Ta więc rozbrzmiewa w domach z komputerowych (notebookowych) głośniczków lub słuchawek i … tyle.

Rozsądny człowiek powinien podejść do kwestii dziejących się właśnie zmian ze spokojem i wysnuć jedyny właściwy wniosek. Jaki? Ano, że źródło dźwięku nie jest istotne. Dlaczego taki wniosek? Bo prawdopodobnie odwrotu nie ma. A liczy się przecież jedynie muzyka. Sieć powoduje upowszechnienie muzyki, technika powoduje upowszechnienie muzyki, coraz to więcej domowych kompozytorów powoduje upowszechnienie muzyki … więc odwrotu nie ma. Właśnie – owo upowszechnienie muzyki, to możliwość dostępu właściwie do nieograniczonych zbiorów dźwiękowych świata. Do setek, tysięcy koncertów, recitali, festiwali, które zostały czy to nagrane, czy to puszczone w eter, a dziś zalegają na pokrytych kurzem półkach w archiwach wytwórni płytowych, stacji telewizyjnych lub radiowych. Każdego rodzaju muzyki! I wszystko byłoby ok., gdyby nie jedna jedyna kwestia. Bo niestety w promocji (rozpowszechnianiu) muzyki główną rolę odgrywać zaczął format mp3. I tu zaczynają się schody. Nie zamierzam wytaczać tu artylerii, że coraz bardziej rosnący w siłę format mp3 to zło wcielone dla naszych uszu. Swego czasu problem ten wyłożył dość jasno Bartek Chaciński w Przekroju, więc powtarzać po nim nie będę.  Poza tym, sam przecież z tego formatu korzystam od czasu do czasu. Ale – no właśnie – ALE… dlaczego próba przekazywania słuchaczom dziedzictwa musi odbywać się ze stratą na jakości samej muzyki?

Oczywiście, zmiany dokonujące się na rynku wymuszane są także przez potencjalnych klientów. Skoro słuchacz oczekuje, że muzykę da się ściągnąć z sieci w kilkanaście sekund, to znaczy, że jest rynek, a jak jest rynek, to trzeba go zapełnić. Ludzie chcą nowych dźwięków, nowej muzyki, nowych doznań, zagłuszając odsłuchiwanymi piosenkami zgiełk wielkiego miasta. Słuchają w tramwaju, w pociągu, na rowerze i na przerwie w szkole (hm, na Jeziorze Łabędzim w Teatrze Wielkim w Poznaniu, w trakcie przedstawienia niestety też widziałem taki obrazek), więc liczą się tylko dwie rzeczy: ilość minut muzyki i jej głośność. Z  takim podejście do muzyki idzie zazwyczaj prawie-że pogarda dla słuchających inaczej. I tak powstaje obóz nabijający się z ludzi, którzy przykładają dużą wagę do jakości dźwięku.

Z drugiej strony mamy coś na kształt Okopów Świętej Trójcy. Audiofile (jak ja nie znoszę tego określenia!), a w każdym razie osoby przywiązujące wagę do jakości muzyki, której słuchają, ba, zwracający uwagę na sposób produkcji płyt CD (zajmijmy się na razie nimi) to wymierająca grupa. Oni słyszą różnicę, wolą wydać pieniądze na jedną dobrze nagraną płytę, niż na 100 równie kiepsko zrealizowanych, choćby nie wiem, jak przebojowych nagrań. I …  mają w pogardzie obóz empetrójkarzy.

W minionym Wielkim Tygodniu jakoś tak zupełnie zrozumiale częściej w odtwarzaczu bądź na gramofonowym talerzu gościła muzyka, która nie znosi hałasu. Taka, której brzmienie nie razi nadmiarem decybeli, a jeśli nawet orkiestra gra fortissimo, to dzieje się to niejako przy okazji i nie jest środkiem wyrazu samym w sobie.

Beethoven Sonatas

Beethoven Sonatas

Muzyki klasycznej fatalnie słucha się w słabej jakości formatach. Porównałem sobie ostatnio muzykę zawartą na płycie Arthura Rubinsteina – Beethoven Sonatas wydanej przez RCA jako SACD w serii Living Stereo z tymże samym dziełem skonwertowanym do formatu mp3 320 kbps. I co? Oczywiście bardzo niekorzystnie wypada format internetowy.  Metaliczny dźwięk, podbita sztucznie dynamika wręcz niszczy subtelność, z jaką Arthur Rubinstein tworzył oryginalnie nastrój sonaty Księżycowej. Na dobrym sprzęcie stereo słuchać różnicę i to w zatrważający sposób. Niestety. Trochę to tak, jak obraz i dźwięk z youtube porównać z obrazem z DVD…

Nie to mnie jednak martwi. Bardziej niż fakt, że ludzie będą zgrywać płyty CD / SACD  do formatu mp3 przeszkadza mi świadomość, że spora ilość muzyki, o której pisałem wyżej, tych koncertów czy recitali z archiwów wytwórni płytowych będzie za chwilę udostępniana w … tym paskudnym formacie. Dlaczego tak uważam? Sprawdźcie na stronie Deutsche Grammophon

Read Full Post »

Psalm 51, albo … Miserere Mei…

Batszeba w kąpieli.  Mówi się, że to król Dawid jest autorem tego psalmu błagalno – pokutnego. Daleczgo? Ano uwiódł on żonę swojego wojownika, Uriasza Hetyty, który w tym czasie walczył dla niego z Ammonitami pod Rabbą. Gdy Dawid zorientował się, że Batszeba (owa uwiedziona niewiasta) jest w ciąży, wezwał z pola bitwy swojego wojownika, licząc, że ten po długim pobycie w „okopach” skusi się wdziękami swojej żony. Jednak prawo religijne (na mój gust zupełnie zapomniane obecnie) nakazujące powstrzymanie się wojowników od seksu w czasie działań wojennych nie pozwoliło Uriaszowi na spędzenie nocy z żoną. No i pozamiatane. Żeby więc rzecz się nie wydała, Dawid wysłał swego wojownika na wojnę z rozkazem, by ten wziął udział w najcięższych walkach. A że ten był dzielny i słuchał się rozkazów, to poszedł i ustrzelili go skutecznie Ammonici z łuków. Po upływie żałoby Dawid ożenił się z Batszebą i … wcale nie żyli długo i szczęśliwe. We wszystko wmieszał się prorok Natan, który swoim proroctwem napiętnował króla i jego małżonkę. Efekt proroctwa był dość makabryczny: ich pierworodny syn zmarł, jak zostało to przez Natana zapowiedziane.

Gregorio Allegri

Psalm 51, znajdujący się w Księdze Psalmów zaczyna się od słów Miserere Mei  i jest to klasyczny przykład incipitu, czyli formułki, oznaczającej początkowe wyrazy lub całe pierwsze zdanie tekstu samego utworu (od incipere – zaczynać). Psalm ten był wykorzystywany przez wielu kompozytorów jako tekst utworów wokalno-instrumentalnych wykonywanych w czasie liturgii w Kościele katolickim na przestrzeni wieków. Najsłynniejszym i najpiękniejszym jest Miserere Mei kapelmistrza katedry sykstyńskiej Gregorio Allegriego.  Skomponowane na dwa chóry, zachwyca zwłaszcza partiami solowymi śpiewanymi przez chłopców z chóru chłopięcego. Współczesny Allegiemu papież zastrzegł, że dzieło to – tak silnie oddziaływujące na słuchacza – może być wykonywane jedynie w Katedrze Sykstyńskiej i tylko w Wielkim Tygodniu.

Zachwycająca  mnie nieodmiennie od kilku już lat wersja The Tallis Scholars jest do posłuchania tutaj. Zwłaszcza sopran Deborah Roberts to muzyczna uczta wszech czasów, niedostępna żadnemu innemu utworowi muzyki klasycznej. 

Read Full Post »

Cyfra na dziś: 768.

9 kwietnia 1241 roku

Zapomniana data, a mająca spore konotacje również w dzisiejszej Polsce. Co prawda trudno przewidywać, jak ostatecznie potoczyłyby się losy tworzącego się państwa śląskich książąt, a następnie rozbitej na dzielnice Polski gdyby nie śmierć Henryka Pobożnego na polu bitwy pod Dobrym Polem, znanej nam współczesnym jako Bitwa pod Legnicą.

Czesi nie zdążyli, Opolanie uciekli … a rycerze śląscy wspierani przez templariuszy i joannitów nie byli w stanie pokonać kilkakrotnie silniejszego przeciwnika, który na dodatek – wg różnych źródeł użył przed walką … broni chemicznej (wszystko  to wina Chińczyków – z dedykacją dla M&M’sów).

Nie ma co ukrywać, że gdyby powstrzymano Mongołów pod Legnicą, a Henryk Pobożny wyszedłby z tego konfliktu zwycięski i żywy (choć może Batu-Chan w następstwie klęski ruszyłby na księstwa śląskie ze zdwojoną siłą), Śląsk stałby się wiodącą siłą w zjednoczeniu Polski. Czesi być może sześćdziesiąt lat później nie splądrowaliby Wielkopolski, nie mieliby aspiracji do spiskowania z Zakonem Krzyżackim, a jeden z najsilniejszych gospodarczo regionów pozostałby w granicach naszego kraju na lata i po 1945 roku (o ile wtedy ta data cokolwiek by znaczyła!) nie traktowalibyśmy tych terenów jako „ziem odzyskanych”. Wszystko to „gdyby”.

Dziś mija 768 lat od tego wydarzenia. 

Read Full Post »

Older Posts »