Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2009

Ostatniej niedzieli naszła mnie chęć na szybki, nie – merytoryczny i nie – chronologiczny przegląd różnych klasycznych płyt. Trochę to trudne w realizacji, zwłaszcza w czasie śniadania (głupio tak ciągle biegać do gramofonu i przekładać płyty), ale jakoś dałem radę. Pomiędzy etiudami Chopina, granymi przez Bolesława Woytowicza, a fragmentami Jeziora Łabędziego w wykonaniu wiedeńskich filharmoników pod Karajanem dopadła mnie myśl: „czy aby muzyce klasycznej wypada brzmieć w tzw. składankach”. I to idąc za ciosem: w różnych składankach. Albo tych z rodzaju bliższego muzyce popularnej (czyt. poszczególne części utworów, najczęściej 3-4 minutowe wymieszane między sobą bez powiązania stylów, czasów, kompozytorów, i czego tam jeszcze kto zapragnie), albo też takich – powiedzmy – bardziej zaangażowanych: zachowujących stylistykę, czasami opierających się na chronologii lub też zbudowanych wokół jednego z tematów, rozpowszechnionego wśród kompozytorów tejże muzyki. Pytanie w gruncie rzeczy nie jest bezcelowe, bo częściowo wynika z rozmowy mailowej przeprowadzonej z sąsiadką (tak to już teraz jest – prościej wymienić maile, niż spotkać się w realu).

Nie odchodząc od tematu; zapytano mnie kilka dni temu, „co kupić osobie, która chciałaby jakąś płytę z klasyką, ale nie ma żadnych preferencji, bo dopiero zaczyna słuchać takiej muzyki?”. Kto pomyślał: „składanka” ?? – na tego rzecz siekierka. Słowo to ciśnie się na usta w sposób oczywisty, gdyż to jest jedyny cel wydawania takich płyt: stworzenie przeglądu, wypełniającego oczekiwania mało wybrednego słuchacza, szukającego znanych i lubianych melodii . Zaproponowałem więc osobie pytającej coś takiego, mimo, że składanek nie cierpię niezależnie jakiego rodzaju muzyki słucham. A w odniesieniu do muzyki klasycznej … oj, najeżam się chyba zbyt mocno. Czy pomysł się sprawdzi – zobaczymy. Szukać daleko nie musiałem, bo wyszło takie coś: The Best Classics … Ever!, i to nawet w kilku częściach. Parafrazując znaną przed laty reklamę: z pewną dozą nieśmiałości sięgnąłem po wydawnictwo EMI. Dlaczego? Ano, bo czy słuchanie płyty, na której następują po sobie kolejno Aria na strunie G Bacha, Lacrimosa Wolfganga Amadeusza i Adagio Sostenuto z drugiego koncertu fortepianowego Rachmaninowa jest w ogóle możliwe? Jak dotychczas, jedyne miejsce, w którym mogę bez irytacji (choć i bez specjalnego optymizmu) nastawić taką muzykę to… auto. Po kilkunastu odsłuchach sprawa wydaje się prosta: tak spreparowana muzyka klasyczna jest równie ekscytująca co kawa w plastikowym kubku, gazeta Fakt, czy sos pomidorowy ze słoika. Wszystko to można przeżyć, ale … no właśnie. Po co?

Składanki. Występują, jedne i drugie: te z totalnym pomieszaniem stylistycznym i te, na których jakiś artysta przekrojowo wykonuje dzieła różnych kompozytorów. Bardziej lub mniej, ale zawsze do siebie pasujących. I jak do takowych podchodzić?  Czy meloman (no bo nie fan, prawda?) z założenia raczej nie powinien gardzić takimi misz-maszem?

The Grand TourPrzed Best of Classic … Ever! lojalnie przestrzegam. Przekrojowe płyty, zawierające różne nagrania zbliżone stylistycznie – raczej polecam. Jak choćby wydane przez Harmonia Mundi The Grand Tour Andrew Manze & Academy Of Ancient Music. Grają… tak.

Read Full Post »

… kolejna porcja klasycznych „wielkich koncertów”. Tym razem w dziale recenzje – Concerti Grossi Francesco Geminianiego, nagrane przez Adrew Manze z towarzyszeniem orkiestry The Academy Of Ancient Music. Zajawka na głównej stronie pojawia się wyłącznie dlatego, że nadal pewne sprawy (np. tagi w podstronach) jawią się mi przeszkodą nie do ominięcia. Francesco Geminiani

Dzisiejszy niedzielny poranek sfokusował się właściwie wyłącznie na twórczości Ralpha Vaughan-Williamsa, ale bohater niniejszego wpisu (i recenzji) nie schodzi z piedestału „ulubionych” koncertów od wielu tygodni. Co tam Händel, co tam Bach, bez pana G. muzyka baroku byłaby doprawdy wyjątkowo uboga. Szczegóły – tu

Read Full Post »

Oryginalny nie będę. Mógłbym wywodzić co prawda, że moje zainteresowania historyczne nakierowały mnie niejako na postać tego kompozytora, ale to nieprawda. Muzyczne implikacje zasłyszenia przed laty w polskim radiu chóru chłopięco – męskiego z Westminsteru (chyba… pokroić się za to nie dam) w repertuarze mistrza Kaplicy Sykstyńskiej też nie dadzą się wyłożyć prostym ciągiem przyczynowo – skutkowym. Nie dotarłem do tego kompozytora też za pomocą moich ulubionych The Tallis Scholars, bo ich nazwa zupełnie do mnie nie przemawiała w kategoriach inspiracyjno – hołdowniczych: nazwisko Thomasa Tallisa zjawiło się w tej opowieści zupełnie przez przypadek i niech tak już pozostanie.

Henry Purcell

Brak oryginalności zatem spowodowany jest serialem. Serialem TV. Oglądając The Tudors podrapałem się po głowie nieraz i nie dwa, gdy dotarło do mnie, że właściwie jedyne, z czym kojarzę szesnastowieczną Anglię, to Rick Wakeman i jego The Six Wives of Henry VIII (muzycznie) oraz sir Francis Drake i sir Martin Frobisher, dwóch angielskich żeglarzy, którzy wsławili się w walkach z Hiszpanią. No dobra, no i Elżbieta I Wielka. Poszperałem więc co-nieco i tak doszło do odkrycia Henry’ego Purcella. Bohatera niniejszego wpisu i mam nadzieję, że przyczyny najbliższych wydarzeń koncertowych w mieście wartym poznania.

Kliczkow Castle

Wszystko to za sprawą Arte Dei Suonatori, o których już gdzieś wcześniej wspominało się w tym blogu. Poznański ansambl zagra w najbliższy czwartek, tj. 14 maja 2009 roku koncert w kościele oo. Franciszkanów w Poznaniu. W programie m.in. kompozycje angielskiego mistrza muzyki barokowej (I część) oraz koncerty fletowe Antonio Vivaldiego (II część). Oczywiście – dla osób z Dolnego Śląska – nie ma przymusu wyjazdu nad Wartę – spokojnie można dojechać na XXXVII Barokowy Zajazd na Kliczków. Dzień wcześniej, czyli 13.05. Przedsmak purcellowski, serwowany na zimno z wiadomego portalu i w innym wykonaniu brzmi tak.

Zapowiada się klasyczny koniec tygodnia. Bo już w sobotę kolejny (VIII wg rachuby) wieczór muzyczny na Zamku w Kórniku. Tym razem spotkanie z Bachem…

Read Full Post »

Przetoczyła się ostatnio przez media dyskusja na temat roszczeń rodziny Branickich dotyczących zwrotu pałacu w Wilanowie. Zbiegło się to wszystko z naszą majową wyprawą na południe Polski: jeździliśmy od zamku do zamku, od pałacu do pałacu, obserwując zmiany lub ich brak; porównując stan zastany z wspomnieniami sprzed lat, tudzież wskazaniami przewodników.

Dyskusja na temat Wilanowa, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, zawsze będzie sprowadzać się do argumentów pozamerytorycznych. Bo to o Wilanów, a na dodatek też o ‘tych’ Branickich chodzi. Więc prym biorą argumenty (choć to słowo brzmi tu górnolotnie – więc może nazwijmy je ‘nie-argumenty’) uzasadniając e wszelką niechęć do zwrotu. Niestety z naszym Państwem już tak jest. Jeśli można na coś liczyć, to na poza – argumentowe,  urzędnicze najczęściej, proste „N-I-E”.

 Pałac Potockich w KrzeszowicachDlaczego? Ano popatrzmy. Pałac Potockich w podkrakowskich Krzeszowicach. Decyzja o zwrocie zapadła w 2008 roku (nie wiem, czy jest prawomocna). Pałac wygląda dziś tak: zagrodzony zardzewiałym płotem z siatki, okna zalepione folią, zarośnięty park. Może, gdy pojawi się „właściciel”, stan ten ulegnie zmianie. Póki co – po dawnej świetności nie zostało prawie nic – toteż na fotografii obok najbardziej aktualne zdjęcie majątku zrobione w podczerwieni. 

 Zamek Tęczyn

Jedźmy dalej. Tęczyn. Zamek położony we wsi Rudno. Spalony przez Szwedów, odbudowany, znowuż spłonął (tym razem od pioruna). Dziś malownicze ruiny górują nad okolicznymi miejscowościami. Też po kilkudziesięciu latach wrócił do rodziny Potockich. Dziś wędruje się zacienioną ścieżką z parkungu u stóp zamku (choć można prawie pod sam zamek dojechać samochodem na drugi parking) i po dotarciu na szczyt ogrom tej budowli aż wbija w ziemię z wrażenia. 

I na koniec – Mirów i Bobolice. Orle gniazda, mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Częstochową.

Zamek Mirów

Stare zamczyska, tym razem nie wróciły do dawnych właścicieli, ale zyskały nowego. W Bobolicach prace remontowo – budowlane idą w najlepsze. Więc zdjęcie zamku z perspektywy (rusztowania widać – widać); pod samym zamkiem, na tablicy wypisana historia, ta stara i ta najnowsza, kończąca się słowami: „Termin zakończenia prac – ze względu na możliwość ingerencji urzędniczej – niemożliwy do określenia”.

 

Bobolice. Zamek.

   Sama prawda…

Read Full Post »

A dokładniej: Requiem aeternam dona eis Domine et lux perpetua luceat eis, czyli Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci…

Msza za zmarłych albo inaczej muzyczna msza żałobna będąca kompozycją wykonywaną początkowo w Dzień Zaduszny, a później także podczas zwykłych (choć nie dla zwykłego człowieka pewnie) uroczystości żałobnych. Należy do typu tzw. mszy wotywnych, czyli takich, które były zamawiane przez wiernych w intencji ulżenia cierpienia duszom pokutującym w Czyśćcu. Po jakimś czasie forma ta uniezależniła się od religijnych odniesień – tzn. nadal traktowana była jako msza żałobna, ale kompozytorzy pisali Requiem traktując je jak kolejną formę muzyczną, dzięki czemu soliści, chóry i orkiestry wykonywali je już nie tylko w kościelnych nawach, ale i w salach koncertowych.

Dziś, wiadomo z jakim kompozytorem słowo to łączy się nieodzownie. Jednak nie o Mozarcie będzie mowa, a o Requiem Gabriela Fauré. Inaczej brzmiące, z inną myślą skomponowane, Requiem Fauré brzmi niesłychanie… radośnie. Wynika to pewnie z samego podejścia kompozytora do tematu śmierci.  Francuz powiedział kiedyś, że właśnie tak widzi śmierć: jako radosne uwolnienie, raczej dążenie do szczęścia ponad grób niż bolesne doświadczenie i smutek. I to słychać w jego muzyce. Mimo tego, że był on długoletnim organistą w paryskich kościołach, w muzyce nie słychać lamentu, tak typowego dla religijnych mszy żałobnych. Jest raczej zupełnie swobodne potraktowanie tematu, z pięknym, porywającym punktem kulminacyjnym (Pie Jesu), do którego i od którego zdają się prowadzić wszystkie tematy muzyczne, proponowane przez kompozytora. Szerzej w zakładce Recenzje.

A że tekst Pie Jesu – przynajmniej początkowe wersy – śpiewali mnisi walący się w czoło w filmie Monty Python and The Holy Grail… to już zupełnie inna historia.

Read Full Post »