Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2009

Przekopuję się powoli przez fotografie, które zrobiłem podczas wypadu do Saksonii. Dziś, gdy Kodak ogłosił koniec swojego sztandarowego produktu (nawiasem mówiąc, nigdy za żółtym gigantem nie przepadałem), a Newsweek wieści „koniec prawdziwej przyjemności w wywoływaniu zdjęć” czuję się lekko jak pomarańczowy krasnal w zielonym pokoju zielonego domu. Bo obróbka cyfrowa dostarcza równie wiele przyjemności, co dawne grzebanie w chemikaliach. Cóż, zmieniło się „narzędzie” służące do obróbki powstałych fotografii, ale żeby od razu reklamować koniec świata? Brzmi to trochę jak szukanie sensacji na siłę.

Wracając jednak do tematu – wyprawa drezdeńska to nie tylko wielkie miasto nad Łabą, ale przede także okoliczne zamki i pałace, położone najczęściej w niezwykle urokliwych miejscach. Jak choćby Moritzburg. Pałac pierwszego elektora Saksonii, Maurycego I, przebudowany dla … Augusta II Mocnego (ech, ten rozpanoszony Sas!) przez tego samego architekta, który zaprojektował Zwinger.

MoritzburgMiasteczko Moritzburg leży właściwie na obrzeżach Drezna, a sam pałac, pięknie położony na wyspie pośrodku jeziora. Mimo trwających obecnie prac renowacyjnych (co widać na załączonych zdjęciach), mimo konieczności uważania na … gęsie – leżące dosłownie wszędzie – odchody (i gdzie tu ten NIEMIECKI porządek??!!), całość robi niesamowite wrażenie. Zdecydowanie warte polecenia.

Moritzburg w całej okazałości.Wspomniany zabytek nieprzypadkowo wybrałem na kolejną część saksońskich przyjemności. Dotarła do mnie dziś wiadomość, że w letnie, niedzielne popołudnia będą odbywać się znowuż w zamkowym arboretum koncerty w ramach cyklu „Muzyka z Kórnika”. Program festiwalu – przyjmijmy taką nazwę – znajdziecie tu. I tak naszła mnie myśl porównawcza. Bo – że festiwal się znowu odbędzie – cieszy. Że wielu odwiedzających będzie mogło posmakować czegoś więcej, niż ramówki Radia Zet tudzież Eska Rock – cieszy podwójnie. Ale gdzieś niestety tli się we mnie tęsknota, by kórnickie festiwale (koncerty, cykle – jak zwał, tak zwał) miały i stosowną oprawę, i odpowiedni klimat, i repertuar, i muzyków, no i oczywiście rangę. Zresztą – dla porównania – proponuję spojrzeć na festiwalowe zapowiedzi koncertów w Moritzburgu. Festiwal odbywa się corocznie w sierpniu, w tym roku  od 8 do 23 sierpnia. Więcej informacji na stronie Festiwalu.

Oczywiście oprócz świetnej strony internetowej (!), w zamku rozdawane są znakomite kilkustronicowe reklamówki festiwalowe. Aż szkoda, że w przypadku „Muzyki z Kórnika” nie ma takiej promocji. I żeby nie było – nie jestem malkontentem – doceniam pracę, jaką wykonują osoby zaangażowane w letnie koncerty w kórnickim parku, ale … chciałoby się, aby było jeszcze lepiej.

Póki co – posłuchajmy. Najpierw z kórnickiego repertuaru, Antonín Dvořák i jego Humoreska, z op. 101, nr 7 Ges-dur.

A potem: Hilary Hahn, w Andante z … Concerto No. 1 A minor BWV 1041 for Violin and Orchestra Jana Sebastiana Bacha. Ech…

Read Full Post »

Wyjazd do kraju Sasów, od stuleci wtłoczonego w ramy niemieckiego porządku zaplanowany został znienacka, skromnym nakładem sił i środków, z niewielką pomocą paru znajomych. Czas był sprzyjający, choć ojro niestety drogie, pogoda taka sobie, ale co tam – nie można rozleniwiać się na fotelu surfując po sieci, tylko trza ruszyć się z miejsca w poszukiwaniu wrażeń.

Drezno. Ile z niego zostało po wizycie amerykańskiej 8 Armii – wszyscy wiedzą, więc nie ma sensu o tym pisać. Przyczyny tamtej wizyty były różne, skutek jeden – jaki, wiadomo. Ślad po wydarzeniach  nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku pozostanie już na zawsze – budynki pięknej starówki drezdeńskiej są najczęściej rówieśnikami starówki warszawskiej, choć np. Frauenkirche odbudowano ostatecznie po kilkudziesięciu latach, gdy tzw. przestroga przed tym,czym jest wojna przegrała z wizją pięknego, staroświeckiego miasta rodem z obrazów Bernarda Bellotto, szerzej znanego jako Canaletto.

W dzisiejszym Dreźnie, za naszej bytności znowu ślad Ameryki stał  się wyraźny. A to za sprawą Obamy, przebywającego w mieście Sasów z kurtuazyjną wizytą (czują się winni – to może też powinien wizytować stocznie w Yokosuce lub w Kobe, z pochylni których swego czasu na wodę spłynęły kadłuby lotniskowców admirała Nagumo??). W każdym razie banerów tyczących się wizyty Obamy w Dreźnie było co niemiara, co w gruncie rzeczy nie powinno dziwić uważnego obserwatora niemieckich sympatii z ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej.

Jednak wizyta w Dreźnie, to przede wszystkim spotkanie z historią (również I Rzeczypospolitej) XVII i XVIII wiecznej Europy, dla której miasto rządzone przez Wettynów było pewnie jednym w ważniejszych centrów kulturalnych ówczesnego świata. Ameryka była wówczas jedynie krajem kolonialnym, podzielonym pomiędzy mocarstwa ze Starego Kontynentu i tyle. I … nie zajmujmy się już nią więcej.

Dresden, SemperoperaSemperopera, słynna z wielu względów, których tutaj nie wspomnę, to miejsce, robiące na wejście (bo automapa prowadzi auto właściwie na jej parking podziemny – taki już teraz jest świat!) niesamowite wrażenie. Idąc dalej – katedra Św. Trójcy i zamek Wettynów połączone galerią, którą chodzi się ponad głowami przechodniów. Wspomniane Frauenkirche (trochę landrynkowe w środku) czyli kościół Najświętszej Marii Panny, zbudowany w stylu barokowym, odbudowany już w XXI wieku z powojennych zniszczeń. No i oczywiście… Zwinger. ZwingerW pałacu wybudowanym dla Fryderyka Augusta I, zwanego w naszej historii Mocnym, spędzić można cały dzień, oglądając jedynie Muzeum Starych Obrazów. A przecież jest jeszcze Rüstkammer, czyli  Königliches Historisches Museum – założone w 1932 roku muzeum starej broni i militariów, pochodzących w znacznej mierze z dawnej zbrojowni książęcej, mieszczącej się w tymże pałacu za czasów saskich. A na zakończenie jeszcze spora kolekcja porcelany.

Chodząc po późnobarokowych galeriach saskiego zabytku z zazdrością patrzy się na przepych i bogactwo tegoż pałacu. I tylko można westchnąć, że nasz, warszawski Pałac Saski już nie dotrwał do naszych czasów. Jakiś chichot historii w tym jest – Sasi Augusta II Mocnego go budowali, a Niemcy Adolfa H. wysadzali.

Ale gdyby komuś nudziło się w Dreźnie – zawsze może podjechać do pobliskiego Lipska, gdzie Anne – Sophie Mutter z tamtejszą Gewandhausorchester zagra mu koncert skrzypcowy Mendelssohna e-moll op. 64.

Choć … bliżej samego Drezna leżą zdecydowanie piękniejsze i warte odwiedzenia miejsca. Ale o tym następnym razem.

Read Full Post »

Zaletą (a może i wadą) wordpressowskich blogów jest możliwość podpatrzenia pytań, jakie internauci wpisują w wyszukiwarki sieciowe, skutkiem których są przekierowania do poszczególnych stron – w tym również i mojej. Pytania są różne (w „Klasycznej niedzieli” króluje zwrot „Wielki Piątek”), co w gruncie rzeczy mnie wcale nie dziwi. Jednak niektóre z nich są z lekka zastanawiające. Już jakiś czas nosiłem się z przytoczeniem kilku, ale zawsze coś wypychało temat z ramówki. Dziś, po powrocie z saksońskich wojaży dopadła mnie kwestia, obok której nie da się przejść (przeczytać, przesurfować, … co tam jeszcze?) obojętnie.

dlaczego Jan Sebastian Bach* nie nagrywał …” nie ukrywam, poczułem się malutki przy tym pytaniu. Miotając się pomiędzy malowanymi w podczerwieni, barokowymi ogrodami Großsedlitz, Barockgarten Grosssedlitza panoramą Elby, utrwaloną z twierdzy Königstein usiłowałem cały wieczór dojść przyczyny postawienia takiego pytania.

Odpowiedzi nie ma. Przynajmniej ja jej nie znam. Może jednak autor owego hasła przeczyta ten tekst i podzieli się odkryciem. I dowiemy się, „dlaczego Jan Sebastian Bach nie nagrywał“…

A podczas oczekiwania niech zabrzmi związany z Saksonią, a zwłaszcza z Dreznem Jan Dismas Zelenka. Dla pewności dodam, że on również NIE NAGRYWAŁ. Ale muzykę napisał znakomitą. Próbka tu

(więcej…)

Read Full Post »

Benno Moiseiwitsch

Wracamy do Liszta. A konkretnie do rapsodii węgierskich. A także do wielkich pianistów, o których już właściwie nikt nie pamięta. W końcu przecież tytuł wpisu zobowiązuje. O Alexandrze Borovskim pisało się wcześniej, teraz czas i miejsce dla Benno Moiseiwitscha. Na albumie 19 Great Pianist przypadła mi w sumie rola i łatwa, i trudna zarazem. Ale … po kolei.

Benno Moiseiwitsch – za każdym razem, gdy wypowiadam jego nazwisko, przypomina mi się fragment wiersza Jacka Kaczmarskiego, wywołujący pewnie niejednokrotnie wstydliwy rumieniec na twarzach słuchaczy (Opowieść pewnego emigranta) – wywodził się z tej samej szkoły muzycznej, co wspominany wcześniej Borovsky. Urodzony w Odessie. Tam też pobierał pierwsze nauki gry na fortepianie. Uczył się u Dymitra Klimowa w tamtejszym konwersatorium i w wieku 9 lat zdobył I nagrodę w konkursie im. Artura Rubinsteina.  Nie ma się zatem co dziwić, że jako niezwykle uzdolniony młody człowiek trafił pod skrzydła Teodora Leszetyckiego, u którego od 1904 roku kształcił się prywatnie w Wiedniu. Z Rosji wyemigrował do Wielkiej Brytanii w 1909 roku, gdzie zmarł w wieku 73 lat w 1963 roku, jako m.in. kawaler Orderu Imperium Brytyjskiego. Tyle historia.

Jak większość uczniów Teodora Leszetyckiego perfekcyjnie opanował sztukę cieniowania dźwięków – co w linkowanej poniżej rapsodii nr 2 słychać doskonale. Czerpiąc z romantycznej tradycji  rosyjskiej pianistyki posługiwał doskonale zarówno znakomitą technika akordową, jak i głęboką i niesamowicie liryczną ekspresją wykonawczą. Ta poetyka wykonawcza, z jaką traktował poszczególne dzieła na scenie spowodowała, że właściwie każdy z kompozytorów, jakich utwory brał na warsztat, brzmi dziś niesamowicie urokliwie i bogato. Moiseiwitsch zaprzyjaźnił się z Rachmaninowem, który uznawał go wówczas – doceniając pasję wykonawczą, z jaką pianista wykonywał dzieła rosyjskiego kompozytora – za jednego z najlepszych interpretatorów swoich kompozycji. W porównaniu do wspomnianego wyżej Alexandra Borovskiego pozostawił sporo nagrań po sobie – dostępnych w publicznym obrocie (bo nagrania Borovskiego są, ale o tym na razie ni słowa więcej!).

Benno Moiseiwitsch – kontynuując wątek polski – mimo, że nie jest uznawany za chopinistę, to jednak zarejestrował cały komplet krótszych form muzycznych polskiego kompozytora. Jego preludiów, ballad i scherz słucha się z nieukrywaną przyjemnością.  Scherzo chopinowskie – dostępne w wiadomym serwisie jest idealnym tego przykładem.

Wracając do początku tekstu – dlaczego uważam, że Moiseiwitsch miał do „odegrania” (nomen – omen) rolę trudną i łatwą zarazem? Ano, bo musiał zmierzyć się z rapsodią nr 2 Liszta. Będącą jednym z piękniejszych utworów węgierskiego kompozytora. Przepełnioną tyloma ornamentami muzycznymi, zachwycającą tak melodyjnymi frazami, aż momentami trudno uwierzyć, że to cały czas jeden utwór. Pianista z tej roli wywiązał się znakomicie. Pewnie to za sprawą wspomnianej wyżej poetyki wykonawczej, opartej na epatowaniu liryzmem i kontrastami nastrojów. Dzięki tej mieszance rapsodia cis-moll brzmi … no właśnie – całe szczęście, że pewne rzeczy są na tym świecie nieopisywalne.

Nagranie poniżej pochodzi z albumu prezentującego sylwetki zapomnianych artystów. I cóż, trzeszczy i szumi niemiłosiernie. Trudno oczekiwać jednak czystego, krystalicznego brzmienia od nagrania, które ma kilkadziesiąt – tak dokładnie to 69 – lat. Zarejestrowano je bowiem, gdy Europa przykryta była dwiema sojuszniczymi i zbrodniczymi flagami. Czerwoną i brunatną. Dawno temu, w 1940 roku…

Ferenc Liszt, Hungarian Rhapsody No. 2 cis-moll.

By Benno Moiseiwitsch…

Read Full Post »