Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Lipiec 2009

Johann Sebastian Bach

Johann Sebastian Bach

Kantaty Bacha pierwszy raz dotarły do mnie z jakiejś audycji Programu II Polskiego Radia. Zaczynałem wówczas swoją przygodę z muzyką klasyczną. No, może to za dużo powiedziane – ‘zaczynałem’ – bo odkąd pamiętam moja atencja dla muzyki Chopina (koncert fortepianowy e-moll op. 11 w wykonaniu Krystiana Zimermana to w ogóle jedna z moich pierwszych płyt) czy Beethovena była ogromna. Ale barok w muzyce, renesans, czy nawet romantyzm Schumanna – były wtedy dla mnie białą niezapisaną kartką. Że o muzyce dawnej nie wspomnę.

Zaczęło się przez przypadek – w dzień wolny od zajęć – nie wiedziałem, co wybrać z półki z płytami, toteż nastawiłem radio, licząc na muzyczną propozycję „innej” osoby. Ale Trójka nie sprawdziła się, więc szybka zmiana stacji skierowała mnie ku Programowi II Polskiego Radia. I miałem szczęście – akurat po zmianie stacji zaczęła się część V z kantaty 131 Jana Sebastiana (no, wtedy tego nie widziałem) – Israel … hoffe auf den Herrn. Śpiew chóru, klasyczne barokowe instrumentarium, wolny początek i niezwykle dynamiczna część zasadnicza tego utworu do dziś robią na mnie niesamowite wrażenie. I są chyba najbardziej ulubioną partią ze 131 kantaty.

Oczywiście wówczas w radiu nie prezentowano tej płyty. Nie było to wykonanie, które dziś posiadam w swej kolekcji. Nawet szczerze powiedziawszy nie pamiętam, kto wtedy śpiewał i grał, nazwiska, nazwy orkiestr niewiele mi natenczas mówiły, więc i nawet nie szukałem tamtych nagrań w sklepach płytowych. Zastanawiając się jednak kilka tygodni temu, podczas jakiejś wyprzedaży w sklepie nad wyborem płyty na niedzielny poranek (żeby nie powielać schematów) wzrok mój prześlizgnął się przez kantaty, będące przedmiotem niniejszego tekstu.

Zanim jednak przejdziemy do moich ulubionych fragmentów płyty Philippe Herreweghe  i jego Collegium Vocale Gent  posłuchajmy wprowadzenia Tona Koopmana na temat kantaty 131… a potem wykonania Auf der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir.

Oczywiście kantaty Bacha nagrywało wielu artystów. Które z wykonań wybrać? Prawie o tym będzie w recenzji…

A na razie – raz jeszcze Ton Koopman i jego The Amsterdam Baroque Orchestra and Choir . Tym razem w części II – Aria So du willst, Herr, Sunde zurechnen.

Read Full Post »

Na początek, by wejść w klimat, krótka miniatura autorstwa Hildegardy z Bingen. Dostałem swego czasu od przyjaciela świetne trzypłytowe wydawnictwo Naxosu z muzyką aspirująca do czasów templariuszy. Jedna z płyt, zatytułowana Music For A Knight zawiera m.in. takie króciutkie cudo.

A to wprowadzenie tyczy się historycznej daty. 15 lipca, to nie tylko Grunwald Jagiełły, ale również … – no właśnie, proponuję fragment książki:

Herb Jerozolimy„… Atak zaczął się w nocy 13 lipca. Pierwszą wieżą, która dotarła do murów, dowodził Rajmund z Tuluzy, jednakże tego akurat odcinka bronili żołnierze muzułmańskiego gubernatora Iftichara i Prowansalczykom nie udało się wedrzeć na wały. Rankiem następnego dnia wieża Gotfryda z Bouillon dotarła do północnego muru i około południa z jej górnego piętra, skąd wydawał rozkazy sam Gotfryd, któremu asystował Eustachy z Boulogne, udało się przerzucić most. Pierwsi przebiegli po nim dwa flamandzcy rycerze, Litold i Gilbert z Tournai, po nich dowódcy lotaryńskich oddziałów, a tuż za nimi Tankred ze swoimi Normanami. Podczas gdy Gotfryd nakazał swoim rycerzom otwierać miejskie bramy, oddziały Tankreda wdarły się na ulice miasta i przebiły się do Świątynnej Góry, z której część muzułmanów chciała uczynić swoją redutę. Tankred okazał się jednak szybszy – zdobył Świątynię, a jego żołnierze obrabowali ją z bezcennych skarbów. […]

Pieczęć TemplariuszyIftichar wraz ze swoją przyboczną strażą schronił się w wieży Dawida, jednakże potem poddał się Rajmondowi z Tuluzy, obiecując za wolność swoją i swojej świty wszystko, co znajdowało się w miejskim skarbcu. Rajmund zgodził się na to, zajął cytadelę, po czym jego gwardziści zapewnili Ifticharowi i jego orszakowi bezpieczny wyjazd z miasta. Byli to jedyni muzułmańscy mieszkańcy, jacy uszli z życiem z masakry.

Odurzeni zwycięstwem i przepełnieni bojowym duchem krzyżowcy zabrali się do rzezi ludności, tak samo nie zważając na wiek i płeć swoich ofiar, jak prze tysiącem lat uczyniły to legiony Tytusa. […] Żydzi szukali schronienia w swojej synagodze; zostali w niej przez krzyżowców żywcem spaleni. Rajmund z Aguilers, kapelan hrabiego Tuluzy, (…) udawszy się na Świątynną Górę stąpał w jeziorze krwi, która sięgała po kostki. Na wszystkich ulicach i placach miasta widziało się stosy odciętych głów, rąk i stóp. Przechodnie bez najmniejszego zakłopotania przechodzili nad trupami ludzi i koni…”

Tego dnia zginęło prawdopodobnie ponad 40 tysięcy ludzi, mieszkańców Jerozolimy. Krzyżowcy nie oszczędzili prawie nikogo, co stało w jawnej opozycji do pokojowego zajęcia Jerozolimy przez kalifa Umara w 638 roku n.e. Fakt, że Bizantyjczycy poddali miasto wówczas bez walki nie usprawiedliwia gehenny, którą zachodnie rycerstwo urządziło w świętym mieście trzech religii.

Gotfryd de BouillonDzięki uprzejmości przyjaciela obok widnieje zdjęcie Advocatus Sancti Sepulchri, czyli Obrońcy Grobu Świętego. Taki tytuł przybrał Gotfryd de Bouillon, jeden z przywódców armii pierwszej krucjaty, która w 1099 roku – a więc równo 910 lat temu, 15 lipca wdarła się na mury Jerozolimy, ustanawiając na 192 lata królestwo lenne w Ziemi Świętej.

Na zakończenie – anonimowy autor i jego Kyrie. Ten lament niech będzie cały podsumowaniem dla wpisu. A gdyby ktoś reflektował na więcej – służę. Music of the Church i Music of The Mediterranean czekają…

Gwoli wyjaśnienia, to opowieść o rycerzach Fratres Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis zacznie się tak naprawdę w 20 lat po tamtych wydarzeniach. W Boże Narodzenie, Anno Domini 1119. Ale o tym innym razem.

Read Full Post »

Nazwisko jego zapadło w nasz świat tak bardzo, że trudno dziś wyobrazić sobie, że mógłby nie istnieć. Od jego nazwiska przyjęło się nazywać jedynowładców, królów, którzy marzyli lub spełniali się w rządzeniu światem. Jego wypowiedzi do dziś używa się przy różnych okazjach, cytując lub parafrazując jego słowa.

Czy był najwybitniejszą postacią swoich czasów? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Przecież współczesne mu osobistości też w historii zasłynęły. Od sukcesów wojskowych, przez literaturę, sztukę, politykę, a na modzie i urodzie kończąc. Statystyczny Polak spokojnie mógłby kilkoro z nich wymienić.

Cóż, czas wyjaśnić o kogo chodzi. Gajusz Juliusz Cezar. Który nigdy cezarem, cesarzem, królem lub carem nie był. Urodził się właśnie 12 lipca 100 r. p.n.e. Kiedy zmarł, wiadomo. Świat zapamiętał go jako wodza, polityka, niektórzy jako kochanka, a jego wspomnienia z Wojny Galijskiej czyta się dziś z nieskrywaną przyjemnością. Zwłaszcza, że pamiętniki te napisane zostały w trzeciej osobie, więc czytelnik czuje się jak swego rodzaju widz oglądający film w starym kinie.

Skoro już alea iacta est, to trzeba jeszcze przypomnieć kilka szczegółów. Czy Cezar musiał umrzeć? Musiał, bo stare patrycjuszowskie rody rzymskie nie mogły mu wybaczyć promowania ekwitów do statusu nobilów. Musiał, bo zmarginalizowany do roli fasadowego organu Senat obdarował go miesiąc przed śmiercią tytułem dictator in perpetuum – czyli wieczystego dyktatora. Próbowano obwołać Cezara królem, jednak on sam odmówił (wydaje się, że sama próba była już swego rodzaju pocałunkiem śmierci, bo nobile zawrzeli z wsciekłości).

Czy był wielkim politykiem? Był. Postawił na właściwego „konia” czyniąc swoim następcą Oktawiana Augusta, który wcale nie wydawał się wówczas najodpowiedniejszą osobą na to miejsce. Był wielkim politykiem, bo przyjąwszy odpowiednią strategię od osoby pozbawionej wszystkiego i ukrywającej się na bagnach w Górach Sabińskich doszedł do najważniejszych stanowisk i pozycji w państwie. Fakt, nie uniknął śmierci w zamachu, ale to już raczej wynik jego przesadnej wiary w ludzi (wielokrotnie odmawiał poruszania się w towarzystwie ochrony) i … zaraz braku wiary we słowa własnej żony.

Czy był wielkim wodzem? Wyniki bitwy pod Farsalos (48 r. p.n.e.), czy choćby zdobycie Alezji w 52 r. p.n.e. pozwalają sądzić, że istotnie można go za wielkiego stratega wojsk uznać. Pod Farsalos przecież (dokładnie – 8 sierpnia 48 r. p.n.e.) dysponował zdecydowanie mniejszą i słabszą armią od Pompejusza Wielkiego. Na dodatek naprzeciwko miał jednego z bohaterów Starożytnego Rzymu, opromienionego sławą pogromcy Mitrydatesa VI, zdobywcy Syrii, Judei, Kapadocji i Armenii.  Jednak żołnierze Cezara kochali swego wodza, czego o wojskach Pompejusza nie można powiedzieć. Pompejusz  – niestety dla niego – popełnił sporo błędów na początku bitwy (za bardzo ufał swojemu szczęściu i sile armii), za to kilka manewrów Cezara z początku starcia świadczy o jego bardzo dobrym zorientowaniu taktycznym. I tak – jak to niejednokrotnie bywało w historii – dwukrotnie silniejsza armia uległa nominalnie słabszemu przeciwnikowi, Pompejusz uciekł do Egiptu. Ale to wszystko można sobie zobaczyć w serialu HBO.

Dziś od daty jego urodzin mija 2109 lat.

1947-2006 Cóż. 12 lipca to ważna data. Tak się składa, że 12 lipca 1947 roku urodził się  mój ojciec. Dziś, gdyby żył, miałby 62 lata. Kiedyś Cezar powiedział:  „Wolałbym być pierwszym tutaj niż drugim w Rzymie”. I to idealnie pasuje  do mojego Taty. Dla świata był nikim. Dla mnie, dla rodziny, dla znajomych i  dla sąsiadów był tym właśnie „pierwszym”. Do dziś pamiętam dzień  pogrzebu i moje ogromne zaskoczenie (i wzruszenie zarazem), gdy  zobaczyłem tych wszystkich ludzi, którzy wówczas przyszli go pożegnać w  ostatniej drodze. Dziękuję.

Zaszczepił mi miłość do historii. I wyżej jedno z ostatnich zdjęć. Z wyjazdu do Kotliny Kłodzkiej…

Stąd liczba na dziś: 2109/62.

Read Full Post »

Klawesyn flamandzkiWprowadzenie (bo nadal nie poradziłem sobie z tagami na podstronach) musi być. Zapowiedziałem poprzednio, że (znaczy chyba ze 3 miesiące temu), że bachowskie barokowe popołudnie w zamku zbliża się. I jak Juliusz Cezar, nadeszło, wysłuchało się i minęło. I tylko ja zapomniałem napisać. To teraz nadrabiam. Krótkie wspomnienie jest tu.

Gwoli wyjaśnienia – to na potrzeby relacji w linkach podane są wykonania artystów, których przedstawiać nie trzeba (ale na wszelki wypadek to uczynię). Najpierw Largo w wykonaniu Hilary Hahn, a później – Allegro Assai Jehudi Menuhina. Preludium i Fugę e-moll wykonał Kenneth Gilbert (swoją drogą, chyba trochę zapomniany dziś artysta).

Dla odmiany (we wpisie koncertowym jest wersja na klawesyn) proponuję jako muzyczne wprowadzenie Glenna Goulda – w transkrypcji na fortepian, ciut teatralnie (ale fajnie się to ogląda) wykonującego Chromatische Phantasie und Fuge d-moll. Z komentarzem i w ogóle lekko odlotowo.

Wygląda to tak.

Read Full Post »

„Weźcie sto stuletnich dębów i wielkimi literami wyryjcie na ich pniach Jego imię. Wyciosajcie w kamieniu jego postać tak ogromną (…), aby mógł patrzeć ponad szczytami gór, tak jak to czynił za życia i aby, gdy cudzoziemcy płynący po Renie statkami zapytają, kim jest ów olbrzym, każde dziecko mogło odpowiedzieć: „To Beethoven !” – na co oni pomyślą, że to imię niemieckiego cesarza”

Ten niewinny cytat, który znalazłem w sieci, niech będzie zapowiedzią nowego wpisu w dziale „Recenzje”. Zabawne, że ktokolwiek myśli o Beethovenie, łączy od razu z jego nazwiskiem symfonie (Piątą, Siódmą lub Dziewiątą – wg preferencji), ewentualnie zahaczając o słynne „Für Elise„. O sonatach lub koncertach fortepianowych mało kto wspomina.

Czas to zmienić. Zapraszam tu.

Read Full Post »

Co zaś się tyczy nowej muzyki, to właśnie Harmonia Mundi słynie z takich niesamowitych  płyt. Spokojnie może w tej mierze konkurować z Gimellem, od lat dysponującym bezkonkurencyjnymi w tej kategorii The Tallis Scholars. Byłem zresztą do niedawna przekonany, że nie ma innego zespołu, który do Tallisów mógłby się choć na moment zbliżyć. Huelgas Ensemble to przekonanie wysłał do stu diabłów.

Zresztą – zachęcając do czytania tych kilku zdań o płycie Paula van Nevela i jego Ensemble posłuchajcie sami.

Najpierw jednak Tallisowie z Rzymu.

A zaraz po nich, z oddechem na plecach – Huelgas Ensemble.

Cd – w recenzji

Read Full Post »