Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Sierpień 2009

Seriale. Złodzieje czasu. Nie trzeba mieć telewizji, żeby je oglądać, a jak już człowiek usiądzie przed szklanym ekranem – są momenty, że zapomina o Bożym świecie. Ekscytuje się, oczekuje następnego odcinka, a przecież to tylko rozrywka, ot, chwila odprężenia, nie ma się czym podniecać. A jednak – tracimy czas na gapienie się na losy bohaterów wymyślonych gdzieś tam w odległych hotelowych pokojach scenarzystów.  I niezależnie jak bardzo wyszukanej ideologii użylibyśmy, aby uzasadnić ‘wyjątkowość’ takiego pożeracza wolnego czasu, to przecież prawda jest oczywista: seriale to zabawa, a nie wysoka kultura, cichaczem podprowadzająca nam cenne sekundy, które można by poświęcić na bardziej ambitne obcowanie ze sztuką. Na przykład z taką, jakiej z założenia miał być poświęcony niniejszy wpis.

(1540-1623)

William Byrd (1540-1623)

Przyczynek do tego wpisu dołożyła serialowa Dynastia Tudorów. Nie zamierzam jednak reklamować tego filmu, niezależnie od tego, czy podoba mi się, czy też nie. Ale jednej rzeczy odmówić mu nie mogę. Dzięki niemu szerszemu społeczeństwu pokazana została angielska muzyka z przełomu XVI i XVII wieku. Thomas Tallis, William Byrd, by wspomnieć tylko te dwa nazwiska, to osoby związane z dworem Henryka VIII i jego następcami. Im też będzie poświęcony kolejny tekst w dziale recenzje, do którego czytania zapraszam tu. Angielscy kompozytorzy, angielski chór, anielskie głosy, niebiańskie harmonie. Dzisiejsza niedziela rozpoczyna się pod znakiem renesanasu…

Read Full Post »

vinylPlanowanie niedzielnych poranków w kwestii dopasowania nastroju (muzyki klasycznej rzecz jasna) do samopoczucia musi skończyć się oczywistym wnioskiem o bezsensowności takowego postępowania. Sobotnie wieczory, często finiszujące albo rockowym zgiełkiem gitar, albo klubowym jazzowo – elektronicznym brzdąkaniem nie mają i raczej nigdy nie będą miały wpływu na początki następnego dnia. Kiedyś wydawało mi się inaczej, ale dziś, po obserwowaniu własnych poczynań spokojnie mogę stwierdzić, że to nie ma znaczenia. Można przecież kończyć sobotni wieczór słuchając chilloutowania Thievery Corporation, a w niedzielny poranek zmienić zupełnie  nastrój i zbliżyć się do polifonicznych form muzyki dawnej, z takim pietyzmem prezentowanej na płytach różnych współczesnych nam twórców.

Szukanie zatem logicznych powiązań pomiędzy niedzielnym klasycznym porankiem, a sobotnim różnorakim wieczorem nie ma sensu. Choć podobno wszystko da się wytłumaczyć przy pomocy matematyki, to jednak wolę całkowicie nieprzewidywalne podejście na żywioł. Staję rano przed półką z płytami, mielę trochę szarymi komórkami (pewnie mi jeszcze kilka zostało) i … wybór dokonany.

Nie ma również znaczenia nośnik. SACD, DVD, CD czy winyl rządzą się tymi samymi prawami (no, mp3 jednakowoż to nie ta liga – tu świat mój się jeszcze nie zmienił), toteż muzyczne dylematy w niedzielne poranki to raczej kwestia wyboru kompozytora, a nie nośnika (z zastrzeżeniem uwagi o empetrójkach napisanej nawias wcześniej).

Przymierzam się też od dłuższego czasu – planując kolejne wpisy w klasycznej niedzieli, do zahaczenia o półkę z winylami. Tyle znakomitej muzyki wydano na tym nośniku, a że ostatnio wraca on do łask szerszej części melomanów, to i płyt pojawia się więcej na rynku. Ma to niestety też negatywny skutek – winyle drożeją (używane winyle), więc kolekcja powiększa się obecnie w tempie wolniejszym. Szkoda. To jednak temat na inną okazję (dyskusję). Jestem z tego wymierającego gatunku, co za muzykę płaci (no, chyba, że ją dostaje do opisania).

Żeby zakończyć jakoś tak wakacyjnie i pozytywnie … z winylami kojarzą się mi dwie anegdoty. No i teraz szybko poniżej jedna z nich:

Pojechaliśmy swego czasu do znajomego z czasów szkoły średniej. Wieki się nie widzieliśmy, równie długo nie rozmawialiśmy. On swoje robił, ja swoje. Coś tam zjedliśmy, coś wypiliśmy i rozmowa zeszła na muzykę. Ja mam kilka nieszkodliwych hopli, słucham winyli, lubię SACD, prawie-gardzę mp3. Dopuszczam, że inni mogą mieć podobnie, acz inaczej. A więc rozmowa zeszła nam na tematy muzyczne. No i Kolega mówi, że podoba mu się ostatnio Video. Pokiwałem głową, mówię, „no, no” rozejrzałem się po domu, ale widzę tylko DVD, plazmę, jakieś kino domowe… a on ciągle „Video i Video”. Więc grzecznie pytam: „Video – w sensie, że VHS???”…

Trochę się ubawiliśmy. Patrząc po sobie – ludzie mają różne kółka zainteresowań. Więc mógł zbierać kasy VHS, prawda? A że chodziło mu o taki jeden zespół… No cóż, to już inna historia. Zlinkuję go poniżej i idę odrąbać sobie siekierką obie ręce za profanację Klasyki W Niedzielny Poranek.

Wyjątkowo przepraszam za TEN link…

ps.

Gdyby przypalanie żelazem, odcięcie rąk, wyłupienie oczu i takie tam normalne czynności nie pomogły – można się odkazić obrazoburczym Ivo Pogorelichem ze słynnego konkursu. Też nie rozumiem, jak mogli wówczas nie przyznać mu I nagrody za taką GRĘ!!!???

Read Full Post »

Pietro LocatelliPatrzyłem sobie ostatnio w tagi dostępne na blogu, przeglądałem listę fraz, jakie z wyszukiwarek skierowały internautów do mojej strony i doszedłem do wniosku, że czas na chwilę – mimo oczywistej niechęci do tego, by tak zrobić – zostawić barok w spokoju. Nie dlatego, że mało popularny (bo raczej jest odwrotnie), ale dlatego, że obserwuję dużo większe zapotrzebowanie na informacje o muzyce „wcześniejszej”. Kłania się renesans, puka do drzwi muzyka z czasów średniowiecza. Prym wiodą w tej karuzeli dwa nazwiska: Gregorio Allegri i Henry Purcell. Dziwi mnie jednocześnie, że głównie te, a nic o Tallisie, Byrdzie itd. No, ale może za chwilę się to zmieni.

Skoro postanowienie wyżej opublikowane zapadło, to czas na ostatni więc – na jakiś czas – wpis o baroku. Dziś będzie to zapowiedź recenzji concerti grossi Pietro Locatellego. Zapowiedź być musi, bo podstrony nie pozwalają na tagi (albo pozwalają, ale ja tego nie potrafię uruchomić). A po Corellim, Händlu, Bachu i Geminianim, Locatelli będzie idealnym uzupełnieniem (choć korci mnie jeszcze na drugą część koncertów brandenburskich Bacha, ale wytrzymam).

By wprowadzić nastrój, najpierw fragment Concerti Grossi F Minor – cz. I w słynnym serwisie, i cz. II tamże.

Do recenzji na skróty – kliknij tu!

Read Full Post »

Stolpen w podczerwieniSkoro wakacje, to poza muzyką musi się znaleźć miejsce na ciąg dalszy opowieści o skarbach Saksonii. Z perspektywy minionych dni żałuję, że to był tylko wydłużony weekend – do zobaczenia była przecież niezliczona liczba miejsc, emanujących dawnymi czasami i historią. Po obejrzeniu drezdeńskich skarbów skrytych w zbrojowni (Rüstkammer) oraz Galerii Starych Obrazów ruszyliśmy następnego dnia na podbój okolicznych zamków, pałaców i warowni, tak bardzo związanych z historią Polski.
Pierwszym z nich było Zamek Stolpen. Sławny i częściowo odwiedzany przez Polaków za sprawą Józefa Ignacego Kraszewskiego, a właściwie bohaterki jego książki – Hrabiny Cosel. Metresa Augusta II Mocnego, Króla Polski, elektora Saksonii, znana jako Anna Konstancja von Brockdorf, hrabina Cosel spędziła w tym zamku 49 lat, po tym jak straciła poparcie, władzę i przymilne oko swego królewskiego admiratora.

Po lewej wieża Anny Cosel.

Po lewej wieża Anny Cosel.

Zamek stoi na wysokim, bazaltowym wzgórzu, skąd rozciąga się znakomity widok na okolicę. Zdecydowanie miejsce warte odwiedzenia, i to nie tylko na 15 minutowy bieg po zamkowych wieżach. Miła niespodzianka w środku – jedno z niewielu miejsc, gdzie można było nabyć przewodnik po zwiedzanym miejscu w naszym narodowym języku.
Ze Stolpen wybraliśmy się w stronę Pirny, gdzie na wzgórzach, góruje nad miastem o tej samej nazwie Twierdza Königstein. Ale… to już opowieść na kolejny dzień.

A poniżej, przy dźwiękach innego sławnego kompozytora, związanego i z Polską, i z Saksonią: panorama z zamku Stolpen. Muzycznie zaś – Georg Philipp Telemann i jego dwie części suity A-Minor  TWV 55.

Stolpen Panorama

Read Full Post »

Aby podjąć rozważania na temat zadany w tytule i popisać się znajomością kolejnych utworów muzyki klasycznej, trza sobie odpowiedzieć na najbardziej oczywiste pytanie w tym momencie – co to jest kantata? Ano, mówiąc krótko, to takie coś, w którym solista lub chór z akompaniamentem (lub bez) wykonuje muzykę mającą troszeczkę więcej lat, niż oratoria Piotra Rubika (załóżmy na chwilę, że to faktycznie są „o-r-a-t-o-r-i-a”). Jak się zatem rzekło, tekst utworu śpiewany jest na głosy (zwykle solowe ale chórem też nie pogardzimy) przy wsparciu instrumentu (ów) klasycznych (czyli nie-gitary, nie-gitary rytmiczne, nie-perkusja… i nie -temu podobne rzeczy). Konstrukcja kantaty – gdyby z niej zdjąć odium religijne – przypominałaby coś na kształt malutkiej siostry opery. Ale to w takim dużym uproszczeniu. Na szczęście też nikt do takich skrótów myślowych nie dopuszcza, toteż nie ma co drążyć tematu.

Przyjęło się, że kantata występuje w dwóch wersjach – włoskiej i niemieckiej. Włoską tylko zasygnalizuję i nie będziemy się nią tu dalej specjalnie zajmować, bo i płyta, która jest przyczyną niniejszego tekstu nie zawiera kantat włoskich. Skoro pisali je (znaczy włoskie) i Vivaldi, i Händel, więc narodowość nie ma tu nic do rzeczy.  Dlaczego zatem włoska i niemiecka? Bo i muzyka baroku włoska i niemiecka stanowiły wówczas siłę wiodącą w Europie. W każdym razie kilkuczęściowa kantata włoska komponowana była zazwyczaj na jeden głos solowy, któremu akompaniował zwykle jakiś instrument niskobrzmiący lub akordowy (np. klawesyn, wiolonczela, lutnia). Solista wykonywał partie wokalne w formie recytatywów (czyli takich melodeklamacji) stanowiących wprowadzenie do melodyjności zasadniczej części, czyli arii. Tekst kantat włoskich zazwyczaj tyczył się spraw świeckich
(i to główny, choć nie jedyny wyróżnik względem kantat niemieckich). Dla pełnego obrazu – w linku niepublikowany dotąd na tym blogu (choć wspominany) Alessandro Scarlatti i jego kantata „Antoniusz i Kleopatra”.

Co zaś się tyczy kantaty typu niemieckiego, to oprócz kwestii odmiennej problematyki (religijny tekst) bywa ona również muzycznie bardziej rozbudowana (co będzie słychać, gdy posłucha się najpierw zlinkowanej kantaty Scarlattiego, a potem J.S. Bacha). Niemiecką kantatę komponowało się na jeden lub kilka głosów wokalnych z towarzyszeniem już nie pojedynczego, ale zdecydowanie większej obsady instrumentalnej.  Fragmenty wokalne w kantatach niemieckich wykonuje kilku śpiewaków (sopran, bas, a nawet chór), a nadto oprócz arii, recytatywów i chórów często spotykane są rozbudowane formy instrumentalne (zwykle rozpoczynające kantatę) – coś na kształt uwertury, tylko troszkę krótsze.  We wspomnianej wyżej warstwie tekstowej kantata niemiecka opierała się na na Piśmie Świętym, albo bezpośrednio cytując wersy ze Starego lub Nowego Testamentu, tudzież nawiązując doń w formie parafrazy. Niekiedy też w tekstach kantat cytowano fragmenty religijnych pieśni lub nawet … kazań. Celował w tym zwłaszcza niejaki Picander.

Idąc dalej, komponowano kantaty na cały rok liturgiczny (jak choćby bohater recenzji, o której dalej, czyli  Jan Sebastian Bach). Stworzył on kilka pełnych cykli takich utworów, wykonywanych w niedziele i w święta; niestety te nie zachowały się w całości (a może się zachowały, ale jeszcze o tym nie wiemy). Oprócz lipskiego kantora za kantaty niemieckie brali się i Telemann, i Graun. Jednak to Bach stworzył ich ponad trzysta. Do dziś dotrwało około 200 bachowskich kantat, co i tak przy próbie wysłuchania ich wszystkich (nie poznania, tylko wysłuchania, tak, tak…) zabierze spory kawałek życia. Ale … warto.

Zatem Bach. A skoro Bach, to jego nazwisko z kojarzy się z kilkoma hasłami, wymienianymi w zależności od stopnia pochłonięcia przez muzykę klasyczną. Na pierwszym miejscu jest słynna Toccata i Fuga d-moll, BWV 565, którą słyszał i powinien kojarzyć (przynajmniej muzycznie) już chyba każdy na tym padole (a kto nie słyszał lub wydaje mu się, że kojarzy – to proszę). Potem wymieniane będą albo opisane wcześniej na tych łamach koncerty brandenburskie (tu linków nie trzeba), albo któraś z pasji tudzież również zrecenzowana msza h-moll (tu również linków nie nada). A jak już człowiek mocno nawiedzony, to pojawia się nazwa kantaty. I w ten sposób dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Wprowadzeniem niech będzie ten utwór.

Reszta – w recenzji

Read Full Post »