Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Wrzesień 2009

Jesień tradycyjnie jawi się historycznymi akcentami. Muzycznymi też, m.in. za sprawą niedawnego festiwalu w Antoninie. Przypomnijmy zatem te historyczne. Początek XIX wieku. Polski nie ma. Europą rządzi Święte Przymierze. Mimo to, we Francji wybucha znowu rewolucja przeciw Bourbonom, kończąca ostatecznie ich przygodę z tronem francuskim (a przy okazji Eugène Delacroix maluje swój słynny obraz). Belgowie wywołują powstanie, które zapewni im wyzwolenie spod dominacji holenderskiej i ostatecznie niepodległe państwo istniejące do dziś. Polacy, pod rządami cara Aleksandra, mając ochłapem rzucone pseudosamodzielne Królestwo Polskie , patrząc na przykład krajów zachodniej Europy próbują tego samego. Bitwa Pod OstrołękąW kraju mocno wrze, a to za sprawą wprowadzenia cenzury, skazania Łukasińskiego, rozbicia aresztowaniami i rozwiązania wielu organizacji, likwidacji jawności obrad sejmowych, prześladowaniach filomatów i filaretów. W takich to okolicznościach w 1830 roku Fryderyk Chopin pisze swoje koncerty fortepianowe. Pierwszy publiczności prezentowany jest koncert nr 2, napisany w tonacji f-moll, wydany później pod oznaczeniem op. 21. Chopin wykonuje go osobiście, w Warszawie w Teatrze Narodowym. Pół roku później Fryderyk daje kolejny, tym razem pożegnalny koncert w Warszawie. Dzieje się to tuż przed jego wyjazdem z Polski (na stałe, jak się później okaże). Wykonuje wtedy swój koncert fortepianowy e-moll op. 11, o którym prasa ówczesna napisała „jest to utwór geniusza”, a który otrzyma oznaczenie numerem 1. Dzieje się to 11 października 1830 roku.  2 listopada wyjeżdża z kraju do Wiednia, gdzie zastaje go wieść o wybuchu powstania listopadowego. „Przeklinam chwilę wyjazdu” miał wówczas powiedzieć do swoich przyjaciół w Wiedniu, którzy powstrzymali go przed powrotem do kraju.

Jakie to były czasy, słychać w obu koncertach fortepianowych.  Szczegóły w recenzji.

Obraz bitwy pod Ostrołęką zaczerpnięty z Wikipedii.

Read Full Post »

Antonin Wreszcie. Po wielu latach przymiarek, zapominania, braku czasu, braku pieniędzy, zbyt wielkich odległości i innych wymówek wreszcie i ja mogłem nacieszyć się festiwalem „Chopin w barwach jesieni” w Antoninie k. Ostrowa Wielkopolskiego. Bo przecież w pałacu myśliwskim Radziwiłłów te koncerty odbywają się już od dziesięcioleci. Wnętrze pięknie, otoczenie też, a że miejsce historycznie związane z Chopinem, to i zupełnie inaczej odbiera się muzykę naszego romantyka.

Fryderyk Chopin przebywał w Antoninie, na zaproszenie Antoniego Radziwiłła dwukrotnie, w 1827 i 1829 roku. Wbrew temu, co napisał Michael Steen w swojej książce „Wielcy kompozytorzy i ich czasy” zaściankowość dziewiętnastowiecznej Polski nie mogła Chopinowi aż tak przeszkadzać, skoro właśnie dla Antoniego Radziwiłła napisał Introdukcję i Poloneza C-dur na wiolonczelę i fortepian z opusu 3, ba temuż właścicielowi Antonina zadedykował również Trio g-moll na skrzypce, wiolonczelę i fortepian. Nieprzypadkowo więc Jerzy Waldorff i Kazimierz Pussak w 1982 roku, w 155 rocznicę wizyty naszego słynnego kompozytora w tym majątku zorganizowali pierwszą odsłonę festiwalu, wówczas nazwanego Dniami Chopinowskimi.

Mimo zmiany nazwy tradycję zapraszania artystów z całego świata na występy w Antoninie kultywuje się do dziś. I mimo tego, że to nie Wiedeń, Paryż czy inna Warszawa, to bilety znikały jak świeże bułeczki. My również je zakupiliśmy w ostatniej chwili, więc miejsca nie zachwycały ani wygodą, ani widokiem. Przy okazji – to jest niestety wada tej imprezy: bilet można zamówić, przelać pieniądze i następnie odebrać… dość skomplikowane to zajęcie jak na obecne czasy (jakby nie można prościej, przez wszędobylski Internet?). W sumie jednak udało nam się do Antonina dotrzeć, w piękne sobotnie popołudnie.

Jak było? Zapraszam do zakładki „Koncerty

Read Full Post »

Plakat autorstwa Rosława Szaybo

Plakat autorstwa Rosława Szaybo

Jedne są bardziej szkodliwe, inne mniej. Związane z różnymi sferami zainteresowań człowieka. Sprawiają bądź to przyjemność zbzikowanemu, bądź temuż osobnikowi i jego otoczeniu. No i są też takie, które do przyjemnych nie należą – i tymi się zajmować nie zamierzam.

Ten mój nieszkodliwy, acz zupełnie przyjemny bzik to zbieranie i słuchanie koncertów fortepianowych Fryderyka Chopina. Ogólnie rzecz biorąc obu (no, dużo ich nie ma) bez wyjątku, choć ze wskazaniem na koncert e-moll. Mam ich już trochę. Znaczy wersji. Słyszałem więcej niż mam, a nie posiadam wszystkich, które słyszałem, bo jedne z nich albo niestety nie dostąpiły łaski zapisu dźwiękowego dla potomności (szkoda), albo też niestety dostąpiły (też szkoda) i nic dobrego z tego nie wynikło.

Wracając do tematu – zaczęło się to moje bzikowanie gdzieś w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Muzyka wówczas docierała do nas głównie z radia, odtwarzacz CD jawił się mi urządzeniem iście z kosmosu, a gramofon… właściwie dopiero-co kupiłem (hm… można nie wierzyć, ale za … pieniądze uzyskane ze sprzedaży prince-polo w Berlinie Zachodnim).  Płyt było jak na lekarstwo, pamiętam, że po „Tak! tak!” Obywatela G.C. uciekłem ze szkoły i stałem w kolejce chyba ze 3 godziny. No, ale to wówczas był hit nad hity!

Miałem na szczęście zaprzyjaźnioną Panią Sprzedawczynię w księgarni w moim małym miasteczku. Zaprzyjaźnioną, dzięki czemu nie musiałem się obawiać, że np. Dzieła Wybrane Juliusza Słowackiego wydane przez Ossolineum lub inne rarytasy (dla przykładu … „1984” Orwella) przejdą mi koło nosa. W razie wątpliwości wyjaśniam, że książki to i owszem, zostawić mogła, ale hity na płytach winylowych nie wchodziły w rachubę, bo po prostu na tę moją wieś nie docierały!!! Zabawne, że właśnie też dzięki tej samej osobie w ręce wpadła mi płyta z zapisem historycznego koncertu.

Jakiego? Ano, Krystian Zimerman, zwycięzca Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina zagrał w finale tegoż konkursu właśnie jego I koncert fortepianowy e-moll. Zagrał w sposób tak niewyobrażalnie piękny, liryczny, przeszywający i cudny, że do teraz muzyka ta wzbudza we mnie poczucie wysłuchania jej „na kolanach”. Superlatyw mogłoby być więcej, ale to nie jest tematem tego wpisu. Może kiedyś uda mi się ten koncert w TYM właśnie WYKONANIU opisać. Póki co, słucham sobie tej płyty od czasu do czasu, zachwycając się nią za każdym razem na nowo i jeszcze mocniej.

Zaczęło się zatem od Zimermana, a później, chcąc nie chcąc wpadłem w ten ciąg, który trwa do dziś. Gdybym miał segregować wg ważności te albumy, w życiu nie napisałbym tego tekstu. Podaję więc listę wykonawców, którzy z koncertami fortepianowymi Chopina się zmierzyli i wyszli z tej konfrontacji z tarczą. Kolejność przypadkowa.

Krystian Zimerman – Chopin Piano Concertos no.1 & 2 (Deutsche Grammophon 1999).

Martha Argerich – Chopin Piano Concerto no. 1 / Liszt Piano Concerto no. 1 (Deutsche Grammophon 1996);

Lang Lang – Chopin: Piano Concertos (Deutsche Grammophon 2008)

Arthur Rubinstein – Chopin Piano Concertos 1 & 2 (RCA 1961 – Living Stereo SACD 2005)

Wymieniłbym jeszcze … znajdującą się w moich zbiorach płytę Rafała Blechacza, ale … zła wiadomość jest taka, że zapis koncertu z konkursu chopinowskiego z 2005 roku niestety nie jest najlepszej jakości. Dobry news jest taki, że już w przyszły piątek (25.09.2009 r.) ukazuje się nowy album Blechacza właśnie z koncertami fortepianowymi Chopina, nagrany z towarzyszeniem Concertgebouw Orchestra z Amsterdamu.

Evidence Of AutumnI na koniec dwie wieści koncertowe. Najpierw – radocha – już dziś w Antoninie k. Ostrowa koncert w ramach festiwalu Chopin w barwach jesieni. Relacja wkrótce. A drugi news? Ano, gdyby ktoś chciał zobaczyć i posłuchać świetnego (mam nadzieję) wykonania I koncertu fortepianowego Chopina, będzie miał ku temu okazję, jeśli tylko wybierze się do pałacu w Pszczynie. Tam, 22 listopada br. wystąpi  Beata Bilińska.

WielkopolskaA tymczasem, w oczekiwaniu na festiwale czas umilą nam … Arthur Rubinstein grający Larghetto z drugiego koncertu f-moll, op. 21. A zaraz po nim – Alfred Cortot grający ten sam koncert – tyle, że wersja z … 1935 roku. Posłuchajcie tego samego, a jakże innego Larghetto. Mistrz i Mistrz!

Read Full Post »

Kamiński i Kurek Rewolucja się dokonała! I to w taki sposób, że nawet jej nie zauważyliśmy. Swego czasu w programie Sonda panowie Kamiński i Kurek omawiali techniczną rewelację, jaką wówczas jawiła się … płyta kompaktowa, dziś zwana skrótowo CD i traktowana jak anachronizm. Polewanie wodą, chodzenie po tychże płytach i takie tam rzeczy miały zapewnić absolutną ponadczasowość tego formatu (zobaczcie sami).  To była rewolucja, mająca zmieść z półek sklepowych czarne, winylowe krążki i kasety magnetofonowe. I … nie zmiotła. Kasety „załatwił” dopiero rozwój Internetu i związany z nim format mp3. Płyty CD – również dzięki Internetowi i właśnie owym empetrójkom – ledwie zipią. Jedyne, co ma się obecnie dobrze, to … spisane na straty na początku lat osiemdziesiątych winyle…

Cóż, zmieniło się od czasu pamiętnego programu panów K. sporo. Są już pokolenia, dla których muzyka to wyłącznie format zapisu w komputerze. A rozmowa o jakości sprowadza się do dyskusji o rozszerzeniu danego pliku i tyle. Są pokolenia, które informacje znajdują wyłącznie za pomocą wyszukiwarek internetowych lub wiedzę opierają na wikipedii. Zresztą nawet osoby wychowane w czasach przedinternetowych coraz częściej sięgają do zasobów Sieci, poszukując informacji o interesującym temacie. Jest niby prościej, ale … mam wrażenie, że jakaś magia zniknęła. Bo co to za odkrywanie muzyki, jak wystarczy wklepać youtube w pole wyszukiwarki, i zaraz pojawia się nagranie artysty, a przy nim cała lista mniej lub bardziej zbliżonych odnośników. Otagowane zostało całe nasze życie i bez tychże kategorii nikt już dziś nie jest w stanie wyobrazić sobie funkcjonowania informacji w każdej właściwie dziedzinie zainteresowań.

Ralph Vaughan WilliamsTemat tego wpisu sprowokowany został muzyką, która dość często towarzyszy naszym rodzinnym śniadaniom w niedzielnie poranki. Aby jednak nie przechodzić od razu do klasycznych smaczków, to przyznam, że muzyki Ralpha Vaughana Williamsa zakosztowałem wieki temu (czyli gdzieś tam w latach osiemdziesiątych) za sprawą artysty zupełnie nie związanego z nurtem klasyki. A przynajmniej przez słuchaczy muzyki klasycznej lekceważonego. Wszystko wówczas zaczęło się od radiowej prezentacji koncertu w Linzu, na którym utwór The Lark Ascending zagrał … Isao Tomita. Pamiętam, że oczarowany liryką tego nagrania, zmieniającymi się barwami zachodzących na siebie melodii, z których każda była piękniejsza od drugiej długo szukałem informacji, co to za dzieło i kto jest jego autorem. Długo – znaczy – kilka miesięcy, bo … Internetu wówczas nie było (ale prąd już był, jakby kto miał wątpliwości). Gazet … specjalistycznych też nie było, książki … owszem, można było dostać po znajomości, ale tylko niektóre (pozostawała biblioteka, ale tam też lepiej było znać bibliotekarkę), na koncerty z tej mojej wioski to już w ogóle było niezmiernie daleko, słowem: cud, że w ogóle dowiedziałem się, kto odpowiada za chwile autentycznego wzruszenia, jakie zafundował mi japoński kompozytor w audycji Jerzego Kordowicza.

Od ustalenia kto skomponował The Lark Ascending do posłuchania wersji „klasycznej” znowu minęło trochę czasu. Bo na początku lat dziewięćdziesiątych słuchanie klasyki nie było priorytetem. Królowała wówczas w moim magnetofonie, tudzież śmigała na talerzu gramofonowym zupełnie inna muzyka, a muzyka „poważna”, jak to się drzewiej mówiło, czekała na swoją okazję.

Tyle tytułem wprowadzenia, bo reszta znajdzie się wkrótce w recenzji.

Read Full Post »

Omijać z daleka!

Omijać z daleka!

Wpadło mi w ręce coś takiego. Rzecz – mimo obecności kilku artystów, których lubię i cenię – nie dla fana muzyki klasycznej. Pomieszanie stylów, środków i samych kompozycji jest na tych płytach tak wielkie, że momentami trudno zrozumieć, co powodowało (poza pieniędzmi), że taka a nie inna zbieranina (bo inaczej tego nazwać nie można) utworów się na tym albumie znalazła.

Hm, z jednej strony posłuchać możemy niesamowitej Nicoli Benedetti, która pewnie niedługo znajdzie się wśród sław wymienianych na jednym oddechu (zresztą warto sięgnąć do jej interpretacji, bardzo przyjemnie brzmiące – Thais) , jest Pavarotti, jest Anna Netrebko i Roberto Villazon … wszyscy jak zwykle trzymający poziom i formę.

Z drugiej – Katherine Jenkins, walijska śpiewaczka, budująca swoją karierę chyba bardziej w oparciu o eventy, niż o perfekcję muzyczną. Mam do niej cały czas mieszane uczucia (na tej płycie też niby dobrze zaśpiewała Pie Jesu) i ta składanka wcale jej nie pomoże ich zmienić. Jest tu Andre Rieu, do którego też jakoś nie mogę się przekonać, a i znajdujące się na albumie jego wykonanie Walca nr 2 Dmitrija Szostakowicza  też mi tego nie ułatwia.

Z trzeciej strony, jest kilku artystów, których karierę będzie się obserwować przez lata (bo np. zaczynają właśnie, i to zaczynają całkiem przyzwoicie). Jak choćby świetnie grająca Sophie Cashell, której wykonanie chopinowskiego nokturnu cis-moll wywołuje gęsią skórkę.

No i po czwarte – na The Classical Album 2009 znajduje się niestety sporo artystów i jeszcze więcej utworów, które z klasyką niewiele mają wspólnego. Coś jak wyrób czekoladopodobny. Niby wygląda i pachnie, ale pod spodem nic mu nie działa.

Zatem generalnie – za sprawą wspomnianego na wstępie misz-maszu – płyty słucha się źle. Może i nadaje się ona dla osób, które z muzyką klasyczną mają niewiele wspólnego, a taki „prezent” mogą otrzymać na Boże Narodzenie (w sumie lepiej, niż kolejny zestaw skarpetek lub perfum). Pewnie komuś wyszło z badań rynkowych lub socjologicznych, że takie płyty są potrzebne. Nic bardziej błędnego. Takie albumu szkodzą muzyce klasycznej. Omijać z daleka…

PS. Co na tej płycie robi Mike Oldfield albo niejaki Bond nie pytajcie… Nie mam pojęcia.

Read Full Post »

Wyjechało się na południe Polski, by pozażywać trochę upragnionego urlopu. W tłumie podobnych sobie turystów, hałasu, gorszych warunków, niż te, które ma się w domu. Słowem: wakacje.

Panorama - Tatry

Skoro ma być o wakacjach, bo i czas odpowiedni na takie pisanie, i pogoda robi (ła) wszystko, by wpasować się w stylistykę, no i człowiek czekał cały rok na to, by wyrwać się z domu, to trzeba coś skrobnąć. Ale ten przymus źle na mnie wpływa, więc o urlopie prawie nie będzie. Bo w sumie taki temat (znaczy się wakacje) niespecjalnie mieści się w ramach Klasyki na Niedzielny Poranek. To o czym będzie? O niby poważnych sprawach.

Wawelska katedra zabiła mnie idiotyzmem wygłaszanych komunikatów przez tamtejszą ochronę. ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA. Nie, żebym rozpaczał z tego powodu, ale zakaz ten oznaczał brak możliwości używania w katedrze wawelskiej (prawie całej) aparatu fotograficznego (lustrzanki lub kompaktu). Nie to jednak jest DZIWNE. Ano, bo okazuje się, że można tam natomiast „kręcić” filmy, ale … UWAGA … tylko kamerą!!!!! Dlaczego tak?? Nie mam pojęcia, faktem jest, że takie rozwiązanie wskazuje na schizofrenię ważniaka, który ten zakaz ustanowił. Z każdego nakręconego kamerą cyfrową filmu można „zrzucić” poszczególne klatki, które będą odpowiednikiem zdjęć robionych przez aparaty cyfrowe. Więc dlaczego „wolno” kręcić filmy, a nie wolno robić zdjęć? BA – kolejny zakaz przebija wszystko, bo – UWAGA – nie tam wolno kręcić filmów aparatem fotograficznym!!!!!!! Dlaczego???  N-i-e m-a-m p-o-j-ę-c-i-a!!! Nie i koniec!Wawel w podczerwieni.

Ta absolutnie błaha sprawa, która urasta do granic absurdu (sam widziałem poirytowanie ludzi) to tylko przykład, że wcale nie jesteśmy tacy bardzo nowocześni i nastawieni na turystów. Mnożymy bezsensowne zakazy, nakazy, przeszkadzamy, próbując narzucać swój jedyny właściwy punkt widzenia. Dobra, wygadałem się, a teraz o muzyce.

Przy okazji wizyty na Wawelu naszło mnie wspomnienie pewnej dyskusji z sieci. Internet rzeczywiście zabija tradycyjny handel muzyką. Oczywiście wielkich sieci handlowych mi nie żal (tak, wiem, tam też pracują ludzie, ale jakoś nie żal i basta). Ale są miejsca, które pewnie znikną z upływem czasu, bo przecież ile osób zada sobie trud wędrowania ulicami miasta, by kupić płytę. Jak choćby do małego sklepiku muzycznego na Wawelu, gdzie zawsze chętnie wchodzę, ilekroć mnie to Krakowa życie przygna. Obserwowałem to już wcześniej, ale ostatnia sierpniowa wizyta tylko potwierdziła moje spostrzeżenia. Za każdym razem coraz mnie płyt na półkach, oferta uboższa, i generalnie jakoś tak smutno. Szkoda, bo obcowanie z muzyką w taki bezpośredni sposób ma swój urok i żadne klikanie, nie wiadomo jak tanie, nigdy tego nie odda.

Wiem, sam nie jestem bez winy, bo sporo płyt kupuję przez Internet. Więc nikogo nie potępiam, a jedynie żałuję świata, który znika bezpowrotnie. I tyle…

Skoro romantycznie miało być, i wakacyjnie zarazem, to niech zabrzmi nabyty w Krakowie składak Harmonia Mundi L’Age d’or du Romantisme. Zacznie Alain Planès swoją interpretacja Preludium nr 4 e-moll op. 28 Fryderyka Chopina. Dlaczego Chopin? A bo na przykład minęło 70 lat od wybuchu II wojny światowej, a wykonywanie dzieł Chopina zostało wówczas zakazane przez Niemców.  A drugą okazją niech będzie zbliżający się festiwal Chopin w barwach jesieni”, który już za moment rozpocznie się w Antoninie k. Ostrowa.

A gdy już wybrzmi chopinowskie preludium, proponuję pogłębienie nastroju jesienno – marzycielsko – powakacyjnego. Wszystko to dźwiękami Franza Schuberta i jego sonaty fortepianowej wykonywanej przez Paula Lewisa. Jej Andantino brzmi tak.  Recenzja płyty TU.

Read Full Post »