Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Październik 2009

Wanda LandowskaWłaściwie to szerzej o powrocie do Bacha w dziale recenzje . Jednak przypadek sprawił, że w tym samym momencie, w którym przełamałem wreszcie swoją niemoc (a konkretniej lenistwo) i zabrałem się za koncerty brandenburskie barokowego geniusza pojawiła się informacja o IX Wieczorze Zamkowym – czyli koncercie na zamku w Kórniku w ramach Międzynarodowego Forum Muzycznego. Koncert odbędzie się już za chwilę, bo w najbliższą sobotę 24 października 2009 roku, początek o godzinie 17.00. Całość poświęcone pamięci Wandy Landowskiej (stąd zresztą tytuł „Wanda Landowska In Memoriam”) zmarłej 50 lat temu w USA polskiej pianistki i kompozytorki, jednej z najsłynniejszych klawesynistek świata. Lekcje fortepianu pobierała od czwartego roku życia, ukończyła konserwatorium w Warszawie w 1891. Potem, po studiach w Berlinie wyjechała do Paryża. Tam też skupiła się grze na klawesynie, wówczas całkowicie zapomnianym instrumencie. Propagując muzykę renesansu i baroku grała na współczesnym jej instrumencie zbudowanym w 1912 przez firmę Pleyel, na podstawie modeli zachowanych w muzeach. W 1913 została zaangażowana do berlińskiej szkoły Hochschule für Musik, prowadziła tam klasę gry na klawesynie (prawdopodobnie pierwszą na świecie). W lipcu 1927 we Francji, w  założyła L’Ecole de Musique Ancienne (szkołę muzyki dawnej) w Saint-Leu-la-Forêt. Wraz z poznaną we Francji partnerką Denise Restout, uciekła w 1941 do USA (Landowska była Żydówką, więc wiadomo, co by jej groziło z rąk potomków Bacha i Beethovena), gdzie koncertowała, dawała lekcje i kontynuowała pracę nad nagraniami. Na fortepianie nagrywała dzieła Mozarta i Haydna, a na klawesynie Bacha. Zmarła 16 sierpnia 1959 roku w Lakeville w w stanie Connecticut. W sobotnim recitalu, poświęconym właśnie Jej udział wezmą: światowej sławy klawesynista prof. Gordon Murray z Wiednia oraz studentki Akademii Muzycznej uczestniczące w warsztatach prowadzonych przez Profesora Murraya: Maria Izdebska i Paulina Żmuda. W programie usłyszymy utwory J. S. Bacha, C. Ph. E. Bacha, G. Frescobaldiego, L. Couperina i J. J. Frobergera.

Czy zabrzmi V koncert brandenburski Jana Sebastiana? Nie wiem, ale skoro niniejszy wpis jest wprowadzeniem również do recenzji, to proponuję, abyśmy posłuchali wariacji goldbergowskich granych właśnie przez Wandę Landowską. Nagranie z czerwca 1945 roku brzmi tak.

A na koncert sobotni serdecznie zapraszam.

Read Full Post »

Hildegard von Bingen Gregorio Allegri, o którego internauci pytają (nie tylko na mojej stronie) kilka razy dziennie ma pecha. Do naszych czasów przetrwało słynne Miserere, a że ówczesny papież … był – oględnie mówiąc dość zaborczy – to o reszcie dzieł tego XVII-stowiecznego kompozytora możemy zapomnieć. Choć… kto wie, co tam w archiwach Watykanu jeszcze można znaleźć. Kilka lat temu, gdy po raz pierwszy dane mi było obcować z muzyką Allegriego, wydawało mi się, że już nigdy nic piękniejszego od tego jego hitu nie usłyszę. A przynajmniej nic długo, baaaardzo długo nie zbliży się do tego poziomu. W końcu Allegri to geniusz i basta. Niewielu może zbliżyć się (bo przecież nie osiągnąć) do jego poziomu muzycznego absolutu.

Ba, historia genialności Allegriego znalazła przełożenie na wykonawców jego muzyki. Niejako automatycznie wymieniając nazwisko słynnego Włocha myśli się obecnie o najlepszych wykonawcach jego muzyki. Myślisz Allegri, mówisz The Tallis Scholars. Dyrygowani przez Petera Phillipsa Tallisowie – jakby to powiedzieć, by nie zabrzmieć pretensjonalnie – śpiewają po prostu nieziemsko. Kasują wszystko i wszystkich. Amen.

Do czasu… Po wyjaśnienie zapraszam do działu recenzje. Póki co, mała próbka o czym mówię jest tu.

Read Full Post »

William Hogarth: Marriage Proponuję nie wymiotować na sam dźwięk  słowa celebryta – nie będzie w tym tekście ani  pół zdania na temat dzisiejszych lansujących  się ludzików, którym zdaje się, że bez  wykorzystania warhollowskich 5 minut nie da  się przejść życia. Słówko „celebryta” tytule  pojawia się celowo bo (UWAGA! – zaraz  padnie kolejne słynne hasło) event nawet w  funkcjonującym blogu jest potrzebny!  Wracając do naszego hasła  – zrobiło to  sformułowanie karierę w naszych czasach, za  sprawą różnych wątpliwych osób i osóbek.  Ale wbrew powszechnemu mniemaniu lansowanie siebie samego nie jest wyłącznie domeną XX i XXI stulecia. Przestrzeni dziejowej nie zamierzam analizować (choć może quiz jakiś przydałoby się ogłosić – zastanowię się…), jednak w odniesieniu do kompozytorów, mieszczących się w zakresie zainteresowania mojej pisaniny słówko wydaje się idealnie pasować. Przed wiekami przecież celebrytów  też można było spotkać i wcale nie trzeba się specjalnie wysilać, by takie postacie poszukać. Ot, choćby opisywany w Klasycznej Niedzieli … Jerzy Fryderyk Händel (żeby daleko nie sięgać), tudzież również wspomniany Pietro Locatelli (jak nazwać te jego owiane tajemnicą  domowe koncerty dla wtajemniczonych, jak nie właśnie lansem??). Za celebrytę też można uznać postać, której tyczy się niniejsza zapowiedź recenzji. Panie i Panowie: Henry Purcell.

Obiecane swego czasu (publicznie, bo w sieci) trzy słowa, albo trochę więcej o Henrym Purcellu jakoś nie chciały się napisać. Zawsze w momencie, gdy siadałem do klawiatury coś wyskakiwało zza węgła i wciskało się do kolejki perfidniej, niż rozwydrzeni turyści w kolejce na Kasprowy. Czas to nadrobić.

Mistrz muzyki swoich czasów zmarł w wieku zaledwie 34 lat, będąc w chwili śmierci na szczycie sławy i kariery.  Kompozytor zajmujący w XVII –sto wiecznej Anglii chyba najbardziej zaszczytne dla muzyka i kompozytora tamtych czasów stanowisko – najpierw organisty w katedrze westminsterskiej, potem kompozytora nadwornego Królowej Anglii, a następnie organisty katedry królewskiej.  Wszystko to osiągnął nie mając nawet 30 lat. Genialny jak Mozart, chorowity jak Chopin, zdolny i przedsiębiorczy jak The Beatles razem wzięci. Cały  Henry Purcell.

O ile Thomas Tallis i William Byrd, mistrzowie angielskiego renesansu, wwiedli muzykę angielską na salony gutenbergowskiej rzeczywistości, ale pozostali pod wpływem włoskich naleciałości muzycznych, o tyle Purcell, mimo tradycji bachowskiej, mimo niewątpliwych wpływów baroku stał się jednym z pierwszych kompozytorów z wysp, którzy brzmienie muzyki z naleciałościami angielskimi pokazali szerszemu światu. Co ważne, jego przedwcześnie zakończone życie wcale nie zepchnęło go na boczne tory zapomnienia. Zwłaszcza w XX wieku, w którym szereg artystów ponownie sięgnęło do muzyki Purcella, słysząc w jej melodiach inspirację dla swoich rockowych i około rockowych poczynań.

A Henry, cóż, zmarł… prawdopodobnie na suchoty, które zmogły też naszego Fryderyka. Spoczywa obok organów w katedrze westminsterskiej, a wypisane na kamieniu nagrobnym epitafium głosi: “Here lyes Henry Purcell Esq., who left this life and is gone to that blessed place where only his harmony can be exceeded”. W rzeczy samej, nic dodać, nic ująć.

Próbka jego umiejętności tu. Reszta w recenzji.

Obrazek pobrany z Wikipedii.

Read Full Post »

Brak czasu nie jest wytłumaczeniem. Ale co nie zostało zrobione przed miesiącem,wreszcie wykonałem. Wstydząc się niezmiernie, że nie udało mi się pojechać na żaden z koncertów Arte Dei Suonatori, którzy w Poznaniu występowali w ramach Festiwalu Barokowych Smyczków i Strun.

Hańba mi, jak mawiały pocieszne zwierzaki z Madagaskaru.

Póki co więc – w dziale koncerty – relacja z drugiego sobotniego koncertu „Chopin w barwach jesieni”, który odbył się w Antoninie w połowie września. Tekst relacji nie został okraszony linkiem muzycznym, toteż czynię to w zapowiedzi. Wspomniany w tekście polonez As-dur op. 53 Fryderyka Chopina, który wywołał poruszenie gadających głów (o! to znam…!!) brzmi w wykonaniu Rafała Blechacza tak. Ale przecież to wstyd nie znać, prawda?

A Arte Dei? Ano całe szczęście są z Poznania. I nie zaniechali koncertów w ramach cyklu Persona Grata. Więc zapowiada się ciekawa jesień…

Zapraszam do działu koncerty póki co.

Read Full Post »