Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2009

Robiąc sobie przerwę od słuchania genialnych albumów koncertowych: pochodzącego sprzed lat, ale odświeżonego właśnie na winylach „The Song Remains The Same” Led Zeppelin (oj, sprawił się Gwiazdor, sprawił!), czy świeżutkiego, że aż pachnącego nowością „Live From Madison Square Garden” Erica Claptona i Steve’a Winwooda wróciliśmy na czas popołudniowej kawy w Boże Narodzenie do muzyki klasycznej. Poszperałem trochę w szafie z winylami, i jakieś było moje zdziwienie, że tam, na półce, między różnymi płytami zawieruszyło się kilka płyt, których nie słuchałem kilka (naście chyba) lat.

Stąd owe „3xH” w tytule dzisiejszego wpisu. Winylowe „H” trzeba by dodać przy okazji, zawierające utwory, które raczej nie są „pierwszą ligą” wśród najczęściej słuchanych (i lubianych) kompozycji muzyki klasycznej.

Pierwszy album to stare wydawnictwo Deutsche Schallplatten G.M.B.H. (tak, tak, wydane w państwie, które już nie istnieje)  Harnoncourt dirigiert Mozart. Nicolaus Harnoncourt, a dokładniej Johann Nicolaus hrabia de la Fontaine und d’Harnoncourt-Unverzagt, mimo niewątpliwych zasług na polu interpretacji dzieł Jana Sebastiana Bacha wywołuje również uśmiech na twarzy w przypadku interpretacji utworów innych kompozytorów, a nie tylko lipskiego kantora św. Tomasza. Szerzej – wkrótce w recenzji.

Druga płyta (i drugie H) to tym razem nie wykonawca, a kompozytor. Haydn – ale uwaga – nie słynny Franz Joseph, któren gościł już na łamach Klasycznej Niedzieli, ale jego młodszy brat Johann Michael Haydn. Album wybrany jako kawowe wsparcie muzyczne zawiera nagrania, które
a) wiążą się muzycznie z miastem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie w mijającym roku (mowa o Dreźnie) oraz
b) na okładce albumu znajduje się fotografia przepięknego – również odwiedzonego przeze mnie (i prezentowanego „zdjęciowo” w Klasycznej Niedzieli) miejsca w Saksonii, czyli Barokowych Ogrodów Großsedlitz.

Pablo Casals for LIFE (1965)

Trzecia literka „H”, która dziś jest sponsorem dnia i tego wpisu to H jak Horszowski. Mieczysław Horszowski. Pianista, którego występ w Filharmonii Narodowej w Warszawie w 1984 roku na płycie utrwaliły „Polskie Nagrania” – wydawnictwo, które melomanii w Polsce darzyli tak negatywnymi uczuciami, że aż trudno to wyrazić. Wszystko za sprawą bardzo słabej, a raczej PASKUDNIE ZŁEJ jakości płyt tłoczonych przez tego producenta. Tak słabej, że aż szkoda gadać… Płyta na szczęście się uchowała od częstego odtwarzania i dziś zabrzmiała po latach bardzo przyjemnie .

Zapomniani kompozytorzy (bo tego Haydna to niewiele osób kojarzy), zapomniani wykonawcy (bo Horszowski to taka postać, o której pamiętają jedynie osoby bardzo  blisko związane z muzyką klasyczną) tudzież sławni kompozytorzy oraz sławni dyrygenci, jednak na płycie lub w materiale niekoniecznie z pierwszej półki wykonawczej. Ot, całe 3xH.

Read Full Post »

Na Boże Narodzenie sprawiłem sobie specjalnie album Diego Fasolisa i orkiestry I Barocchosti (po koncertach brandenburskich biorę ich w ciemno!) z Weihnachtsoratorium. Poczytałem wcześniej, chcąc trochę zrozumieć kontekst i znaczenie dzieła i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Jan Sebastian Bach napisał swoje oratorium po pierwsze składając je z wcześniej napisanych fragmentów swoich dzieł (m.in. „Herkulesa na rozdrożu”  i „Dramma per musica na cześć królowej”), a po drugie – całość powstawała, gdy Bachowi marzyła się posada nadwornego kompozytora elektora Saksonii i Polski. Niewiele brakowało, a Johann Sebastian Bach byłby kompozytorem, którego moglibyśmy stawiać wśród postaci zasłużonych dla polskiej kultury (wiem, wiem,  to naciągana teza, ale proszę nie zgrzytać zębami, bo tak mogło się wydarzyć!).

Stało się inaczej. Ale z tych faktów można wyciągnąć również i taki wniosek, że gdyby Bach dziś komponował, miałby niesamowite pole do popisu. Łączenie poszczególnych fragmentów muzycznych dziś odbywa się albo komputerowo, albo przy wykorzystaniu innego sposobu lub rodzaju sprzętu. Wówczas Bach pisał po prostu partyturę, przerabiał, przepisywał i zamieniał wersje, a muzykę… słyszał w głowie patrząc na zapisane nuty. Geniusz? Oczywiste!

Nie chcąc dalej popadać w zachwyt nad umiejętnościami lipskiego kantora zapraszam do recenzji. A muzycznie – niech czytanie umili nam rzeczone oratorium w wykonaniu Concentus Musicus Wien & the Arnold Schoenberg Chor  pod Nicholasem Harnoncourtem. Przednia rzecz.

Zaczyna się to tak…

Read Full Post »

Mróz za oknem, Lód Dukaja na stole. Kawa zaparzona, kawałek piernika – ni mniej ni więcej tylko celebrowanie niedzielnego przedpołudnia. Do ognia dorzuciłem, syn śmiga na sankach z kolegami, a moja kolej ciągnięcia kuligu jeszcze nadejdzie. Póki co – muzyka do kawy.

Na początek, zaprzeczam wszystkim okolicznościom faktycznym, poza tymi, które zostaną przeze mnie wyraźnie przyznane. Wszelkie domysły, jakobym nie lubił opery są nieprawdziwe. Dla poparcia tej tezy kawowe przyjemności muzyczne zaczniemy z Marią Callas.

Jej aria Madame Butterfly z opery Pucciniego – Un bel di, vedremo! (może być z ładnie wydanej – dość dobrze nagranej płyty wydanej swego czasu przez Bibliotekę Gazety Wyborczej – w linku dokładnie to nagranie) może i jest zbyt smutna, może i chwyta za serce i lekko burzy łagodny i beztroski porządek dnia, ale co tam! Nie da się przejść obok tego nagrania wykonując jakieś codzienne czynności. Trzeba się wsłuchać w skargę Madame Butterfly, czekającą na Pinkertona na wzgórzu.

Skoro pojawił się już motyw wojskowy (a i w Dziadku do Orzechów proponowanym do śniadania żołnierze są jednym z bohaterów baletu) – porucznik Pinkerton z US Navy, to aby nie odbiegać tematycznie a zarazem muzycznie zgrabnie przejdźmy do chóralnej partii „Marsza Żołnierzy” z Fausta Charlesa Gounoda. Możemy sobie wyobrazić radość żołnierzy maszerujących do domu – to wszystko słychać w śpiewie regimentu Walentego, wracającego z wojny (w linku widać niesamowity rozmach scenerii z przedstawienia z 2008 roku).

Idąc dalej – na chwilę wróćmy w nasze polskie klimaty – Intrada z Aktu I Strasznego Dworu: Maciej, Stefan i chór wracających z wojny żołnierzy śpiewających nieśmiertelne „Dobrze, dobrze panie bracie, przewyborny ten nasz plan: nie ma niewiast w naszej chacie, vivat semper wolny stan!” – co akurat zgadza się dziś, bo niewiasty pojechały kupować butki i torebunie  🙂

I wreszcie na koniec kawowego spotkania z ariami operowymi – Anna Netrebko – najpierw w jej wykonaniu słynna „Rusałka” Antonína Dvořáka, od której chyba każdy, kto kiedykolwiek słuchał rosyjskiej divy musiał zacząć. A po nim wracamy do Pucciniego – „O mio babbino caro” z opery Gianni Schicchi. Jeśli komuś kawa wystygła lub rozlał ją z wrażenia, rozumiem. Zdarza się.

Udanego popołudnia.

Read Full Post »

Opera Wrocławska

20 grudnia. Za oknem kilka centymetrów śniegu, Trzecie Przykazanie wypełnione. A że niedziela, że nie trzeba się nigdzie śpieszyć, to i na początek dnia niepotrzebne są pobudki w stylu Allegro con brio z symfonii  c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena, znanej wszystkim jako „Piąta”. Klasyczna Niedziela ma się raczej delektować dźwiękami, wprowadzającymi w nastrój przyjemnego dnia. Wypoczynek i relaks.

Śniadanie. Może nie będzie to Breakfast in America (choć lubię nagrania Supertramp, to jednak stylistycznie nie pasują do serwisu), ani Breakfast at Tiffany’s (też lubię, ale to nie blog filmowy jest!), ani tym bardziej Śniadanie na Trawie Eduarda Maneta (no, to już na naszej szerokości geograficznej o tej porze roku raczej niemożliwe do zrealizowania). Do naszego niedzielnego śniadania z muzyką klasyczną zatem zdecydowanie polecam Piotra Czajkowskiego we fragmentach (no, może być całość, zależy od długości śniadania) „Dziadka do Orzechów”. Najpierw rzecz jasna słynny, znany wszystkim „Marsz , potem oczywiście nie może zabraknąć słynnego „Walca kwiatów”,  i na koniec „Taniec wieszczki cukrowej

Zdjęcia – ze strony Opery Wrocławskiej. Zachęcam do odwiedzenia, nie tylko online.

Opera Wrocławska

Read Full Post »

Na początek wyjaśnienia dwa. Pierwsze: „niepopularne” nuty wcale nie są takie nielubiane (albo zapomniane) – przeciwnie, jak już ktoś został przedstawiony muzyce klasycznej, to większość tych nagrań dobrze zna. A jak nie został – to może przeczytać ten tekst. Drugie: każdy, kto już liznął troszkę klasyki, może mieć inne zestawienie ulubionych dźwięków w głowie (uszach), więc czytanie poniższego tekstu może potraktować jako zaproszenie do wyrażenia własnego zdania.

Jutrzejszy dzień będzie Klasyczną Niedzielą opartą na wędrówkach przez różne mniej lub bardziej znane melodie i utwory. Może wśród różnych linków, zamieszczonych w tym blogu natraficie na małą, ale jakże ważną nutę, która na zawsze (lub choć na chwilę) pogrąży was w ramionach greckich muz. Wrócę tematu rankiem.

Zaraz północ, a skoro tak, to zasypia się najlepiej przy wizji wiosennych chwil w Appalachach, stworzonej w 1944 roku, w czasach największych XX-sto wiecznych okrucieństw przez Aarona Coplanda. Historia amerykańskich pionierów, świętujących po zakończeniu budowy ostatniego budynku jest tak nudna, że można zasnąć. I tak przy okazji się dobrze składa – przecież o sen nam chodzi. Appachian Spring … i zobaczymy się rano.

ps. poniżej uspokajający zimowy polski pejzaż…

Read Full Post »

Stile antico, dosłownie „styl antyczny”, termin donoszący się do muzyki z XVI (a czasami i wcześniej) wieku. Samo wyrażenie tyczy się głównie kształtu kompozycji, opartej na palestrinowskiej wizji muzyki i często przeciwstawianej nowoczesnej (a raczej „nowszej” od Palestriny) harmonii w muzyce, stosowanej przez Claudio Monteverdiego. Stąd „stile antico” konfrontowane z „stile moderno”. Tak jak Palestrina wykorzystując kościelną śpiewność chorałów gregoriańskich wpisał w strukturę utworów swoje znakomite akordy (słynne akordy Palestriny!) – ale w jego kompozycjach i tak zawsze najważniejszy był tekst, tak Monteverdi – odwrotnie, zrobił wszystko, by do napisanej przez siebie znakomitej melodii dopasować słowa śpiewane, czy to przez solistów, czy też chór. Tak powstał barok w muzyce, a renesans miał popaść w zapomnienie na całe lata. Przynajmniej w znaczeniu dosłownym.

Późniejszy rozwój muzyki sprowadził się jednak do tego, że style zaczęły się mieszać i uzupełniać. Taki na ten przykład Bach (Jan Sebastian)  w swojej Mszy h-moll zawarł części pisane zarówno w stile antico, jak i w stile moderno. Korzystali z tego splątania stylów i Mozart, i Beethoven. Jakakolwiek więc próba uzurpowania sobie przez wykonawców współczesnej muzyki popularnej prawa do odkrywczego „mieszania gatunków celem stworzenia nowej jakości” brzmieć będzie cokolwiek śmiesznie. O siedemnastowiecznym samplingu napiszę jeszcze osobno.

Stile Antico to również zespół wykonujący muzykę dawną. Renesansowe pieśni Thomasa Tallisa i Williama Byrda znalazły na łamach Klasycznej Niedzieli swoje miejsce i czas. Zainteresowanych odsyłam do recenzji (w linku), chętnych posłuchania, co można zrobić z ludzkim głosem – zapraszam do wiadomego serwisu. Stile Antico wydali album w 2009 roku, na którym w absolutnie porywający sposób wykonują zarówno anonimowe pieśni religijne, jak i kompozycje zapomnianych mistrzów szkoły niderlandzkiej (Jacob Clemens non Papa), hiszpańskiej (Francisco Guerrero), flamandzkiej (Nicolas Gombert) czy francuskiej (Jean L’Héritier). Oczywiście na płycie nie mogło zabraknąć miejsca dla Palestriny i bliskiego mu stylistycznie Hiszpana – Tomasa Louisa de Victoria. Więcej pewnie w dziale recenzje już wkrótce. Zapomniałbym – gdyby ktoś bardzo szukał odniesień do muzyki popularnej, to … Stile Antico w 2008 roku towarzyszyli na części trasy koncertowej artysty znanego u nas jako Sting. Podczas promowania albumu Songs from The Labirynth

Jak dla mnie – jedna z płyt 2009 roku. Oczywiście, gdybym podsumowywał rok…

Read Full Post »

Początek grudnia w Klasycznej Niedzieli miał być specyficzny. Bo to i okres specyficzny. Miałem zająć się kantatami Jana Sebastiana Bacha uznawanymi za adwentowe. A Philippe Herreweghe ze swoim Collegium Vocale Gent miał ustąpić miejsca Masaaki Suzukiemu i jego Bach Collegium Japan. Miał, miał, jak czasami rzeknie mój kot, ale jakoś tak się porobiło, że ani nie ustąpił, ani się nie zająłem. Wszystko przez to, że w odtwarzaczu kręci się od dłuższego czasu płyta, której nie mogę stamtąd usunąć. Idą święta, czego nie sposób nie zauważyć podczas zakupów w marketach. Zimno za oknem i wiatr targa drzewami świszcząc niemiłosiernie w kominie. Wyjeżdżam do pracy – jeszcze jest ciemno i wracam, a już jest ciemno. Wycieraczki w aucie właściwie nie przestają pracować, ot, po prostu ma się w najlepsze ta paskudna część polskiej jesieni z przełomu listopada i grudnia. A wspomniany wyżej Herreweghe panoszy się w odtwarzaczu samochodowym, nie oszczędza salonu i nawet zwykłego napędu w komputerze. Aż strach otworzyć lodówkę. Nawet, gdy szron pomalował szyby aut na mleczny kolor, rozsypał swoje kryształki na drogach i skrzyżowaniach, a dla mających więcej czasu zastygł na pustych pajęczynach, nie mogę się od dzieła Jana Sebastiana uwolnić. Wszystko przez znakomite wykonania kantaty BWV 63 oraz Magnificat, właśnie. Na próbę otwierający kantatę BWV 63 chór w moim ulubionym ”Christen, ätzet diesen Tag” (choć w wersji New London Consort pod dyrekcją Phillipa Picketta). Reszta w recenzji.

Read Full Post »

Older Posts »