Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Luty 2010

La musique est une chose étrange!
L’art?… c’est l’art – et puis, voilá tout.

200 lat … czyli 22 lutego 2010 roku.

Nie sposób dziś nie zauważyć, że wybiła rocznica. Niezależnie od tego, czy urodziny naszego Mistrza przypadają na 22 dzień lutego 1810 roku (jak chce księga chrztów w kościele w Brochowie) czy na 1 dzień marca 1810 roku (jak twierdził sam zainteresowany) – jest jasne, że w najbliższych dniach minie 200 lat od chwili narodzin kompozytora. Z tej też okazji jak kraj długi i szeroki odbędzie się w Polsce (i na świecie też) szereg rocznicowych uroczystych koncertów.

Pierwszy z nich już za mną. Zainteresowanych zapraszam do działu Koncerty na krótkie podsumowanie wczorajszego występu Aimi Kobayashi. Porywającego występu!

A skoro już wszystko jasne, to zapraszam na spotkanie z innym mistrzem fortepianu. Poniżej w linkach nagranie II koncertu fortepianowego  f-moll op. 21 Fryderyka Chopina, zarejestrowane w lipcu… 1935 roku przez Alfreda Cortot.

Najpierw: rytmiczne, romantyczne Allegro Maestoso

Następnie: liryczne i poetyckie Larghetto

I finał: niesłychanie melodyjne Allegro Vivace

A poniżej – tytułowy fortepian Chopina. Zabytkowy instrument, na którym grywał słynny kompozytor podczas swoich recitali w Antoninie, w pałacu myśliwskim Radziwiłłów.

Read Full Post »

Exegi monumentum, Horacego, którą w szkole średniej przerabiają uczniowie wydaje się czytającej ją młodzieży niesłychanie bezsensownym utworem. Nie dość, że pisana wierszem, (a te interesują tylko dziwaków), nie dość po łacinie (a to język dziwaków), to jeszcze sam utwór pochodzi z czasów, w których nawet papieru nie było, o komputerach, komórkach i Internecie wspominając. Traktuje się dzieło Horacego po macoszemu również z innego powodu. Jaki bowiem czytelnik, mając kilkanaście lat wyobraża sobie upływ czasu? Dla nastolatka osoby trzydziestoletnie są po prostu stare, a czterdzieści lat to już w ogóle jakieś science – fiction jest. Owszem, może i kiedyś samemu się ten wiek osiągnie, ale to tak odległy czas, że nie ma sensu o nim nie tylko mówić, nie tylko pisać, ale również myśleć. Sam byłem nastolatkiem kiedyś, i wiem, jak myślałem. Przypomnijmy zatem sobie, jak brzmi dzieło Horacego brzmi. Tłumaczył – Lucjan Rydel.

Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Od królewskich piramid sięgający wyżej;

Ani go deszcz trawiący, ani Akwilony

Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony

Na wyżyny się wzbiłem i żem przeniósł pierwszy

Do narodu Italów rytm eolskich wierszy.

Melpomeno, weź chlubę, co z zasługi rośnie,

I delfickim wawrzynem wieńcz mi skroń radośnie.

Ano, tak jest. Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu… mówi do nas Rzymianin, którego kości nie są już nawet pyłem, a my zdajemy sobie po jakimś czasie sprawę, że ów upływający czas widać we wszystkim. I chyba uświadamiać tego nikomu nie trzeba. Widzimy go w lustrze, a i owszem. W świecie dookoła? Jasne. Dzieci dorastają. Oczywiście. Dni, tygodnie, lata przemijają i ani się człowiek obejrzy, jak przyklepią go w którymś momencie six feet underground. Ano, prawda. Ale zostawmy te ponure myśli.

Wstęp o czasie jest jednak nieprzypadkowy. Jeszcze niedawno przeżywaliśmy Radość Bożego Narodzenia, a już minął karnawał i przed nami Wielki Post. I tak ciągle i ciągle naprzód. Aż do wieczności. Wielki Post, jakkolwiek by go nie przeżywać, nieodparcie kojarzy mi się z muzyką Gregorio Allegriego. Usłyszałem ją kiedyś właśnie w Wielki Piątek i od tego czasu uważam, iż jest to jedno z najpiękniejszych dzieł muzyki, jakie człowiek kiedykolwiek skomponował. To jest ten jego Pomnik Trwalszy Niż Ze Spiżu. Ponadczasowy, piękny, zdumiewająco zachwycający – niby tylko 10 minut śpiewu, a … proszę posłuchać – brzmi, jakby sami Aniołowie śpiewali. I dzięki tym nutom pamięć o jednym z wielu kapelmistrzów Kaplicy Sykstyńskiej nie zaginęła, a słowo „Allegri” jest jednym z częściej wpisywanych haseł w wyszukiwarkach.

W Klasycznej Niedzieli można znaleźć recenzję płyty The Tallis Scholars z koncertu w bazylice Santa Maria Maggiore  w Rzymie. To jedno z moich ukochanych wydawnictw z muzyką klasyczną (ba, w ogóle z muzyką, jakie słucham w domu!). Miserere z tego koncertu było już prezentowane w jednym wpisów. Więc dziś dla odmiany wersja, którą usłyszałem przed laty. Chór chłopięco – męski Kings College Chapel zaśpiewał to kiedyś tak… Jakby ktoś był zainteresowany jeszcze inną wersją – proponują zajrzeć do działu recenzje.

Nadchodzący Post, wydarzenia, które mają przygotować nas do Wielkiego Tygodnia to czas, w którym szesnastowieczna muzyka sakralna brzmi wyjątkowo pięknie i prawdziwie. Pamiętając, że pulvis es et in pulverem reverteris myślmy o przyszłości aby kiedyś każdy z nas mógł powiedzieć non omnis moriar…

Read Full Post »

… czyli koniec karnawału. Za sprawą rożnych zdarzeń tegorocznego okres zabaw i balów specjalnie nie zarejestrowałem. Ale skoro karnawał, to … Wenecja. Nie Rio Se Janeiro, ale właśnie republika dożów wbrew powszechnemu mniemaniu kojarzy mi się z okresem hulania, następującym po Bożym Narodzeniu. Zamiast skąpo ubranych kobiet, stroje z XVII i XVIII wieku, zamiast pióropuszy – nieodzowna maska. Zamiast perkusyjnych szaleństw samby i potrząsania nagimi piersiami – barokowe i renesansowe śpiewy połączone z dystyngowanym przechadzaniem się ulicami najdłużej istniejącej republiki świata. Dziwne? Ano każdy ma jakiegoś bzika…

Karnawał w Wenecji kończy się dziś wielkim balem na placu Św. Marka. Chciałoby się tam być. Ale, jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Wenecja zaś – poza karnawałowym szaleństwem (dziś już bardziej będącym wydawaniem pieniędzy, niż faktyczną zabawą), poza kanałami i śpiewającymi  gondolierami, zostawiła współczesnemu światu całe dziedzictwo muzyczne, począwszy od Vivaldiego, przez Szkołę Wenecką, po Albinioniego i Verdiego. I dzięki nim można ten wenecki karnawał odkrywać w zaciszu własnego salonu, z dźwięków wydobywających z głośników.

Zatem, aby nie przedłużać – na ową muzykę, jaka z placu Św. Marka ongiś z całą pewnością dobiegała – zapraszam. W linku – aria śpiewana przez Sylvę Pozzer:  „Gira volando la sacra esfera”. Wyjątkowej urody. Komuś coś przypomina? Z całą pewnością…  A recenzja płyty we właściwej zakładce.

Read Full Post »

… do kawy wyszperałem z szafy wspominaną już wcześniej płytkę Mieczysława Horszowskiego. Jego fortepianowy recital, zarejestrowany podczas koncertu w Filharmonii Narodowej w Warszawie, 6 maja 1984 roku i wydany trzy lata później na winylowej płycie przez Polskie Nagrania można jeszcze czasami uświadczyć na różnych aukcjach internetowych. Kto ma szczęście – niech obowiązkowo kupi. Zwłaszcza, że niestety albumu CD nie ma w ofercie naszego ongiś potentata muzycznego. Niestety. Oczywiście materiał zawarty na tym albumie prawie w całości (prawie robi różnicę, no i nie jest to też TO WYKONANIE) można znaleźć na albumie wydanym przez BBC Classic.

Jedno i drugie, oprócz upływającego czasu świadczy o jednym – Horszowski, jako jeden z ostatnich uczniów słynnego Teodora Leszetyckiego (o którym pisało się już w Klasycznej Niedzieli) dołączy(ł) do innych zapomnianych mistrzów fortepianu. Związki Nergala z Dodą niestety nie służą pamięci o wirtuozach (choć może jakby się ktoś uparł, to niektórzy z naszych pianistów wiedli życie pełne eventów, jak to się dziś mówi, jednak i te wydarzenia po latach pokrył kurz).

Horszowski na wspomnianym albumie Polskich Nagrań wykonuje najpierw Partitę c-moll Jana Sebastiana Bacha (BWV 826), a następnie Sonatę B-dur Wolfganga Amadeusa Mozarta (KV 570). Pięknie, przejrzyście, z wyczuciem. Ale nie ma się co dziwić, bo przecież doświadczenie sceniczne i muzyczne naszego pianisty (uwaga: pierwszy recital fortepianowy miał miejsce w Wiedniu w … 1900 roku!!! – gdy artysta miał wówczas 8 [słownie: osiem] lat) mówi samo za siebie. I czuć w dźwiękach kreowanych przez fenomenalnego pianistę pewność , słychać znakomite frazowanie, kontrolę rytmu, swoiste „czucie” melodii. Dzięki temu muzyka tak Bacha, jak i Mozarta nabiera niezwykłego wymiaru i jest po prostu wyjątkowa.

A na bis: cóż niezwykle urocze Traümarei czyli Marzenie Roberta Schumanna oraz Spinnerlied czyli Prząśniczka Felixa Mendelssohna – Bartholdy’ego.  Niestety w sieci niewiele można znaleźć nagrań Mieczysława Horszowskiego. Więc zanim – pomocą brata przekopiuję muzykę z czarnej płyty na ciąg zer i jedynek – proponuję porywający, romantyczny do bólu Nocturn Es-dur op. 9 Fryderyka Chopina. Mieczysław Horszowski w momencie rejestracji miał … 97 lat.

Read Full Post »

Poszperałem w sieci i znalazłem kilka  informacji o koncertach, jakie w tym roku  szykują się tu i ówdzie. Niżej wybrane wieści,  bez wskazywania, które z wydarzeń  muzycznych to absolutna konieczność. Bez  wskazywania, bo każde z nich jest na swój  sposób to ważne i tyle. Zatem kolejność nie  gra roli.

Rok Chopinowski się zaczął. A skoro trwa, to nie sposób pominąć recitalu Aimi Kobayashi niespełna piętnastoletniej japońskiej pianistki, która już 21 lutego 2010 roku wystąpi w Filharmonii Poznańskiej przy ul. Wieniawskiego. Zagra: koncert fortepianowy nr 26 D-dur Wolfganga Amadeusza Mozarta   (w katalogu Köchla oznaczonego numerem 537) zwany Koronacyjnym oraz koncert fortepianowy nr 2 f-moll op. 21 Fryderyka Chopina. Towarzyszyć jej będzie Orkiestra Filharmonii Poznańskiej, pod dyrekcją Marka Pijarowskiego. Na wstępie wykonają oni wspólnie Uwerturę do opery Czarodziejski Flet W.A. Mozarta. Relacja – niezwłocznie po koncercie w dziale Koncerty.

Mozart w wykonaniu … uwaga uwaga, Wandy Landowskiej, o której pisało się już w Klasycznej Niedzieli  – niniejszym linkuję tradycyjnie uskrzydlające liryką w tego typu kompozycjach Larghetto. Sam jestem ciekawy, jak wykona ten utwór na koncercie młoda Japonka. A Chopin, no cóż… dla odmiany Martha Argerich i … też niedoścignione chopinowskie Larghetto. Brak mi słów, by opisać to nagranie.

Gdyby ktoś grzeszył nadmiarem pieniędzy, może, a raczej powinien wybrać się do Salzburga, na coroczny, słynny Salzburger Festspiele, czyli letni festiwal muzyki i teatru, tradycyjnie związany z osobą Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wśród wykonawców: Les Arts Florissanst (w dziełach Scarlattiego, Caldary i Leonarda Leo), Martha Argerich (wykonująca m.in. Schumanna, Rachmaninowa, Szostakowicza, Brahmsa), Krystian Zimerman (grający dzieła Roberta Schumanna i Grażyny Bacewicz), Hilary Hahn (w kompozycjach m.in. Johannesa Brahmsa) i Wiedeńscy Filharmonicy pod dyrekcją Daniela Barenboima. Oczywiście w roku Fryderyka Chopina nie może zabraknąć dzieł naszego kompozytora. Tak się składa, że 28 i 31 lipca 2010 roku w Salzburgu zagra słynna festiwalowa orkiestra Camerata Salzburg pod dyrekcją … Philippe Herreweghe. Wspólnie z Ivo Pogorelich wykonają wówczas kompozycje właśnie polskiego kompozytora.

Powyżej – właśnie zamek arcybiskupów w Salzburgu. Pięknie górujący nad miastem…

No i na koniec dwa wydarzenia darmowe. Plenerowe koncerty w różnych zamkach i pałacach, otwarte dla zwiedzających i publiczności zawsze przyciągają tłumy. Może więc wcale nie jest tak źle ze słuchaniem muzyki klasycznej?

Pierwszy z nich, to słynny czerwcowy wieczór w ogrodach pałacu Schönbrunn. 9 czerwca 2010 roku wystąpią tam Wiedeńscy Filharmonicy pod dyrekcją Daniela Barenboima. Wykonają – jak to w Wiedniu – kompozycje rodziny Straussów (w tym słynny Walc nad Pięknym, Modrym Dunajem w linku mistrz tegoroczny – Georges Prêtre), a całość (dla tych co nie mogą dojechać) transmitowana będzie przez niemiecką telewizję ORF. Więcej szczegółów tu.

Drugi z nich – z pewnością mniej znany – ale równie ciekawie zapowiadający koncert odbędzie się w barokowych ogrodach pałacu w Moritzburgu k. Drezna. Jak zwykle pewnie w sobotnie popołudnie w połowie sierpnia pałacowe ogrody będą rozbrzmiewać muzyką baroku. Kompozycje Vivaldiego, Bacha i Telemanna zdominowały ubiegłoroczny festiwal, ciekawe więc, co będzie można usłyszeć latem 2010 roku. Zapowiedź festiwalu tu – a więcej informacji już wkrótce.

Nic, tylko jeździć…

Poniżej – słynna wiedeńska Glorietta w ogrodzie barokowym pałacu Schönbrunn.

Read Full Post »

Kręci mi się w odtwarzaczu ostatnio album przekrojowy (wiem, wiem –  napisałem onegdaj, że nie lubię składanek) z muzyką epoki  klasycyzmu. A ściślej z muzyką trzech wielkich kompozytorów  klasycyzmu, określanych często również mianem klasyków  wiedeńskich. Kręci się i nie chce mnie puścić, jak zima ostatnio.  Wszystko to stało się za sprawą styczniowych wydarzeń, tj. noworocznego koncertu Wiener Philharmoniker z Goldener Saal Musikverein z Wiednia oraz książki Davida Kinga „Wiedeń 1814”. Oczywiście wiem, że w Austrii grali ostatnio nasi szczypiorniści, ale przecież nie muszę – jak wszyscy ostatnio w tym kraju – robić się specjalistą i fanem piłki ręcznej? Choć zatem nie śledziłem doniesień z austriackich parkietów, to nie oznacza, że mnie ostatnio Austria nie zajmuje.

Powracając do połączenia czegoś dla ucha i czegoś dla oka: natychmiast po obejrzeniu koncertu wiedeńskich filharmoników powróciły wspomnienia z wiosny 2008 roku, z naszej wyprawy do Wiednia. Powrócił też żal, że tak niewiele tam wtedy zobaczyliśmy i … usłyszeliśmy. A czy jest co oglądać? Oczywiście, i żeby nie było, są to nie tylko luksusowe i ogromne pałace. Tych jest co niemiara, choćby wspomnieć piękny, oglądany przez nas tylko z zewnątrz pałac księcia Sabaudzkiego znany pod nazwą Belvedere. Albo wspaniały pałac Schönbrunn, w którym symfonicy wiedeńscy wystąpią z darmowym koncertem 3 czerwca 2010 roku. Że o Hofburgu nie wspomnę 🙂

Zresztą – wspomniany wyżej David King a propos wiedeńskich zabytków napisał tak: „Mimo długiej podróży ekipa brytyjska była jedną z pierwszych oficjalnych delegacji, jakie przybyły do miasta. Jej szefem był lord Castlereagh, wysoki blondyn, wyglądający dwadzieścia lat młodziej niż swe faktyczne czterdzieści pięć lat. […] Pojawił się w stolicy Austrii już trzynastego września i natychmiast odszukał przydzieloną mu kwaterę, kamienicę ukrytą przy wąskiej Milchgasse. Parę lat wcześniej pokoje te wynajmował młody muzyk nazwiskiem Wolfgang Amadeusz Mozart. Mieszkając tu na początku lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Mozart pracował nad swoją pierwszą w pełni niemiecką operą, Die Entführung aus dem Serail (Uprowadzenie z Seraju), oraz romansował z córką gospodyni, Konstancją, z którą ożenił się w roku 1782. Przytulne mieszkanko okazało się wprawdzie szczęśliwym miejscem dla Mozarta i jego opery, ale kameralne rozmiary niezbyt odpowiadały delegacji reprezentującej Wielką Brytanię, dumną finansistkę zwycięstwa sił koalicji. Castlereagh […] jeszcze przed upływem tygodnia przeniósł się do dwudziestodwupokojowego apartamentu przy Minoritenplatz…”

Domów, placyków, pomników, … ba ulic jest do oglądania co  niemiara. I idziesz sobie człowieku i patrzysz, a historia stuka cię w  ramię a to miejscem, gdzie podrywał kobiety car Aleksander, a to  spoglądają na nas okiennice domu, gdzie Katarzyna Bagration, wdowa  po generale Piotrze Iwanowiczu Bagrationie, zabitym pod Borodino w  wielkiej bitwie kampanii 1812 spoglądała na mizdrzącego się do niej Metternicha i Talleyranda. I nie czuć już nieprzyjemnego zapachu stajni dla kilku tysięcy koni, jakie w tym miejscu utrzymywał przez wieki dwór austriackiego cesarza, a tam gdzie dziś stoi pomnik wielkiej cesarzowej Marii Teresy, plączą się między zwiedzającymi wspomnienia dawnych epok spoglądających na siebie z przepięknych budynków Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej. Polskich akcentów w stolicy Austrii też co niemiara. Nic, tylko oddychać i chłonąć wszechobecną tam historię.

Muzycznie – niech towarzyszy nam Johann Strauss II – autor słynnego walca Nad Pięknym Modrym Dunajem. Dziś proponuję uwerturę do operetki Zemsta Nietoperza. Dyryguje Herbert von Karajan.

Read Full Post »