Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Lipiec 2010

Dziś, gdy samoloty latają wszem i wobec (jak nie dymi wulkan na Islandii), gdy samochodem śmigamy z kraju do kraju, czasami nawet nie zauważając, kiedy przekroczyliśmy granicę kolejnego państwa, wydaje nam się, że świat się skurczył. Media mówią, że dopiero teraz żyjemy w globalnej wiosce, niejako sugerując, że kiedyś takie sytuacje nie miały miejsca.

Pewnie w odniesieniu do zwykłego Kowalskiego tak jest, ale i wieki temu podróżowanie, ba, praca była możliwa w różnych, czasami wrogich nawet sobie królestwach. Taki – nieznany szerszej publiczności Tiburtio Massaino (albo jak czasami podają – bardziej z włoskiego – Massaini) – augustiański zakonnik i kompozytor zarazem trochę pokierował orkiestrą w Santa Maria del Popolo w Rzymie (Państwo Kościelne), potem przeniósł się do Modeny (gwelfickie księstwo d’Erste), stamtąd wyemigrował do Innsbrucka, na służbę do Ferdynanda II. A że państwo Habsburga sięgało (a właściwie, to ograniczało się ściślej) do Czech i dzisiejszej Austrii, to Massaino poprzez Salzburg dotarł do Pragi, skąd po pewnym czasie (dokładniej po prawie 30 latach wędrówki) wrócił na tereny słonecznej Italii. Najpierw do Piacenzy, potem do Cremony, by ostatecznie osiąść i umrzeć w Piacenzie.

Nie inaczej było z Marbrianusem de Orto, przyjacielem i współpracownikiem wspominanego w Klasycznej Niedzieli Josquina des Pres. Ten flamandzki kompozytor z terenów dzisiejszej Belgii dotarł do Rzymu (gdzie był śpiewakiem w Kaplicy Sykstyńskiej), potem przez Nivelles dotarł do … Hiszpanii, gdzie na dworze Filipa Pięknego pozostał do czasu jego śmierci. Stamtąd poprzez Kastylię wrócił do Niderlandów, gdzie – w służbie Habsburgów – kierował  chórami w kościołach w Antwerpii i w Brukseli. Po śmierci pochowano go w Nivelles, w kościele św. Gertrudy, gdzie w spokoju spoczywał do czasów wizyty wojowników Adolfa Hitlera.

Orlando di Lasso w, kolejny kompozytor, którego przywołuję z powodów, o których poniżej – urodzony w Belgii, poprzez Francję dotarł do Włoch, gdzie po krótkim pobycie w Neapolu zawitał do Rzymu, otrzymując posadę organisty i kapelmistrza w orkiestrze przy kościele p.w. św Jana na Lateranie. Stamtąd wrócił na chwilę do rodzinnego Mons (ze względu na chorobę rodziców), by następnie uczyć muzyki w Antwerpii. Potem przyjął stanowisko kapeli na dworze Wittelsbachów w Monachium, gdzie pozostał aż do śmieci w 1594 roku.

Ostatni z kompozytorów przy poprzednikach jawi się postacią wręcz zaściankową. Robert White, Anglik, o którym niewiele wiadomo właściwie nie ruszał się z miejsca. Bo jak nazwać podróż z Londynu do Cambridge, tudzież do Westminsteru? Zmarł wyjątkowo młodo, w wieku 36 lat, w wyniku epidemii w Westminsterze, gdzie został też pochowany. Nie wysunął nosa poza Anglię, ale też pamiętajmy, że Anglicy w XVI wieku za bardzo po Europie nie podróżowali (dlatego pewnie teraz odkrywają – choć nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli – Kraków).

Dlaczego o nich ten długi historyczny wstęp? Ano, bo to Ich muzyka wybrzmiewa na albumie Lamentations de la Renaissance, którego recenzję znajdziecie w stosownym dziale.

A gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, co to za muzyka – w niniejszym linku podaję wspomnianego wyżej Orlando di Lasso i jego trzecią lamentację na Drugi Dzień. Co prawda w wykonaniu Herreweghego, ale też niezgorzej brzmiące.

Read Full Post »

… zobrazuje nam najlepiej taki kiczowaty obrazek. W sumie Cztery Pory Roku to muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Może być nawet do sprzątania. Więc księżulo z Wenecji nie obraziłby się, gdyby zobaczył, obok czego stawiamy jego dzieła. Zwłaszcza, że czasami wykorzystuje się jego koncerty do reklamowania nadzwyczaj dziwnych rzeczy.

Połowa lipca za nami, odpoczywając zatem ubiegłotygodniowych upałach (i w oczekiwaniu – ale nie tęsknocie – na nadchodzące gorączki) posłuchajmy sobie obiecanego onegdaj Lata w wykonaniu Arte Dei Suonatori oraz Dana Laurina. Brzmi ono tak, a … recenzja płyty w linku.

Read Full Post »

… czyli kolejna rocznica Zdobycia Bastylii.

Paradują francuscy żołnierze na Polach Elizejskich, dumnie pokazując mocarstwową twarz V Republiki. Cały świat podnieca się, jak co roku wydarzeniami z 14 lipca 1792 roku, zapominając, jak opłakane skutki dla świata (a zwłaszcza Europy) te zdarzenia przyniosły.

Gdyby ktoś nie pamiętał, to w załączeniu kilka obrazków, idealnie oddających klimat słynnego Liberté, Egalité, Fraternité.

Hasła nośne. Wypowiadane przez słynnych mówców od lat znajdują się na sztandarach Francuzów. A że nic nie znaczą? Przypomnieniem niech będzie kilka naszych (polsko – francuskich) wydarzeń. Począwszy od wykończenie naszych wojsk wchodzących w skład La Grande Armée przez mistrza Napoleona (co mu zawdzięczamy poza słynnym kodeksem? może sławę oprawców z Haiti, albo okupantów z Hiszpanii?), a na „pomocy” w 1939 roku skończywszy.

Trudno pojąć, dlaczego rewolucję bolszewicką nazywa się zbrodniczą. Dlaczego potworności Czerwonych Khmerów budzą zdumienie, sprzeciw i niesmak całego świata. I jak tu się nie dziwić, że poczynania twórców nowego porządku z końca osiemnastego wieku traktowane są dalej jak przyczynek do radości i chwały.

Pomijając już kwestie epoki gilotynizmu w latach rządów rewolucjonistów (choć niemożliwe jest „zapomnieć” te tysiące ofiar, których czasami jedyną winą było arystokratyczne pochodzenie), to nie należy zapominać o chlubie francuskiego oręża, czyli… tłumieniu powstania ludowego w Wandei.

Takie postacie jak François Joseph Westermann generał dowodzący armią pacyfikującą Wandeę, czy Jean Baptiste Carrier – komisarz (sic!) słynący z okrucieństwa i bezpardonowego zabijania tzw. rojalistów śmiało można by postawić obok największych zbrodniarzy XX wieku, a i tak pewnie znaleźliby się w pierwszej dziesiątce (albo piątce). Zacytujmy Westermanna: w raporcie dla Komitetu Ocalenia Publicznego z 24 grudnia 1793 roku napisał tak:

„Nie ma już Wandei, obywatele republikanie. Wraz ze swymi kobietami i dziećmi zginęła pod naszą wolną szablą. Grzebię ją w bagnach i lasach Savenay. Zgodnie z rozkazami, któreście mi dali, miażdżyłem dzieci kopytami koni, masakrowałem kobiety, które – przynajmniej te właśnie – nie będą już rodzić bandytów. Nie mam na sumieniu wzięcia chociażby jednego jeńca. Tępiłem wszystkich… Moi huzarzy mają przy końskich ogonach strzępy bandyckich sztandarów. Drogi są zasłane trupami. Jest ich tyle, że w wielu miejscach tworzą piramidy. Bez przerwy rozstrzeliwuje się w Savenay, ponieważ ciągle przybywają bandyci chcący się poddać… My nie bierzemy jeńców; trzeba by im było dawać chleb wolności, litość zaś to nie rewolucyjna sprawa.”

Jeszcze ktoś ma ochotę świętować Zburzenia Bastylii? Panie Waters – z pańskim umiłowaniem pokoju – może Pan? Jeśli tak, to srodze się na Panu zawiodłem…

I suche liczby na koniec:

*12 „kolumn piekielnych” (które systematycznie paliły wsie i miasta, eksterminując ich ludność);

* 2000 ludzi zamordowanych w Angers,

* 1500 zabitych w Venzis,

*  1400 (łącznie) osób zarżniętych w Loroux-Botterau oraz w La Gaubretiere,

*  564 w tym 110 dzieci pomordowanych w Lucs-sur-Boulogne,

*  120 000 cywilów, czyli około 15% ludności departamentu Wandei, zabitych w ciągu półtora roku od dnia wybuchu powstania.

* 2000 cywilów zabitych w Nantes, gdzie posłużono się niezwykle wyrachowaną formą eksterminacji ludzi, poprzez umieszczenie ich na barkach rzecznych, które następnie zatapiano!!!

* 3 lata rzezi, podczas której nie oszczędzano kobiet, dzieci ani osób starszych czy chorych,

* ponad 30% ludności straciło życie podczas tego „przywracania” porządku rewolucyjnego.

Marsylianki na koniec nie będzie. Jeszcze nie oszalałem. Ale, aby nie kończyć tak strasznie, proponuję wsłuchać się w łabędzi śpiew monarchii absolutnej, której upadek spłynął krwią niespotykaną dotąd w historii świata. A że ludzie i tak próbują to świętować – ciśnie się na usta zdanie Borcha Trzy Kawki, wypowiedziane do Geralta. To, o owcach i dziewczętach…

O czym ja… a tak, muzyka. Pamięć o Wandei niech podkreśli nam François Couperin.

Read Full Post »

Już po Openerze; klimat trójmiejskiej plaży i gdyńskiej, pokrytej plastikowymi kubkami po piwie łąki jeszcze trochę dźwięczy w duszy, ale czas powrócić do naszego letniego cyklu spotkań z koncertami fortepianowymi.

Był Mozart, na niedzielny, czerwcowy poranek. Był Schumann, na lipcowe przedpołudnie, miotające się pomiędzy festiwalem Heinekena a wyborami prezydenckimi. Czas na kolejną odsłonę – zapowiadaną wcześniej (uważny czytelnik od razu się zorientuje, o kogo chodzi). Na lipcowe, gorące niedzielne popołudnie.

Czwarty koncert fortepianowy napisany został przez tego kompozytora w latach 1805-1806 niejako równolegle z tworzeniem Piątej Symfonii (i co tu dużo kryć – słychać to w tej muzyce). Beethoven, bo o niego chodzi, zadedykował swoje dzieło kardynałowi Rudolfowi Janowi Habsburgowi, synowi cesarza Leopolda II. Ów obdarowany (przyjaciel i mecenas Beethovena) był wówczas biskupem pomocniczym Ołomuńca (mimo tak młodego wieku, tak, tak). Na świecie (znaczy w Europie, ale dla nas to wówczas Świat) szalał Napoleon, zwyciężając wszystko i wszystkich na lądzie (w tym odnosząc znakomite zwycięstwo pod Austerlitz, czyli dzisiejszym … Sławkowie k. Brna).  Na morzu, cóż, napoleońska flota dostawała od Anglików baty raz za razem (w tym pod słynnym Trafalgarem), ale czemu się dziwić – ich flota raczej do walecznych nie należała, ani wówczas, ani na przykład później.

Wracając do tematu – koncert opublikowano i zaprezentowano szerokiej publiczności w 1808 roku, premiera odbyła się rok wcześniej, na zamkniętym recitalu w pałacu księcia Franciszka Józefa Maksymiliana Lobkovitza (innego z mecenasów Beethovena). Utwór, składający się, jak na porządny koncert fortepianowy przystało z trzech części zaczyna się właściwie bardziej jak symfonia, niż dzieło na fortepian i orkiestrę. W allegro moderato przebija się do słuchacza bardziej pogłos maszerujących wojsk napoleońskich, niż blichtr popołudniowych wiedeńskich spotkań i wieczornych rautów. Nawet wejście fortepianu, teoretycznie podporządkowujące całość pianiście jakoś tak nieprzekonująco działa na mnie. Mam wrażenie, że Beethoven trochę pisał na wyrost. Coś, jak w starym kawale o budowniczych autostrad (że niby, zaczynają z dwóch różnych końców, i jak się spotkają, to będzie droga szybkiego ruchu, a jak się miną, to będzie autostrada). Wielki Ludwig też podszedł to tego podobnie. Albo zbyt mocno bujały mu w głowie nuty Piątej Symfonii (i sam nie wiedział, co dalej z zaczętym koncertem), albo naprawdę walkirie, wypuszczone na wolność przez Napoleona podporządkowały sobie wszystko i wszystkich, włączając w to również kompozytorów. Mogła mu wyjść symfonia (piąta bis, lub coś w tym stylu) albo koncert. Wyszedł koncert i … przy nim pozostańmy.

Mimo tego, a może właśnie dlatego, co napisałem wyżej jest to idealna muzyka na popołudnie. Popołudnie, w którym mamy więcej czasu na wgłębienie się w dźwięki niosące melodie zgrabne, a zarazem na tyle surowe, aby rozkoszować się niuansami poszczególnych fraz. Znakomicie do tego nadaje się andante con moto . Letnie w całej rozciągłości. Obrazowane wyrazistymi i głośnymi wejściami orkiestry perfekcyjnie współgra z delikatną grą fortepianu. Warto tego koncertu posłuchać właśnie ze względu na owe 4 minutki środkowej części.

Najbardziej charakterystyczną – dla epoki w której powstawał koncert – częścią jest finałowe Rondo Vivace. Zbudowane na zasadzie przenikania się marszowych, wojskowych  motywów z pałacowymi umizgami arystokracji pięknie podsumowuje całe dzieło i sprawia, że po wysłuchaniu wiemy już, czyjego dzieła słuchaliśmy.

Na popołudnie – kto nie ma – może sięgnąć po wersję Krystiana Zimermana, zagraną z Wiedeńskimi Filharmonikami pod Bernsteinem w 1989 roku. Jest niezwykle kontrastowa i wyrazista, więc słucha się jej z wielką przyjemnością. A do działu recenzje trafi wkrótce inne płyta. Ale o tym następnym razem. Miłego popołudnia.

Read Full Post »

Jest czternasta z minutami. Popołudniowy tekst o muzyce klasycznej miał tyczyć się koncertów fortepianowych Beethovena.

Ale jest paskudnie ciepło, morze szumi, drinki są chłodne, wieczorny Opener przed nami (Kings of Convenience!!!!!) więc wpisu o Piano concerto no. 4 wielkiego Ludwiga nie będzie. Przynajmniej na razie.

Muzycznie – leżąc na plażowym ręczniki miotam się pomiędzy Levonem Minassianem (Songs from a world apart) a Antarctic Echoes Vangelisa 🙂 Leniwa muzyka na gorące popołudnie.

Więc dla odmiany – zapraszam do muzyki innej niż klasyka. Linki pod nazwami…

Read Full Post »

Zanim przejdę do zachwalania muzyki akuratnej do pierwszej lipcowej, przedpołudniowej, niedzielnej kawy krótkie wyjaśnienie. Znowu delikatnie pominę Artystę, któremu na tym blogu poświęcono całkiem sporo wpisów (hehe, ostatni wczoraj 🙂 ). Na dodatek jego koncerty pasowałyby (niezależnie, który byśmy wybrali) do tego pięknego niedzielnego i ciepłego przedpołudnia 4 lipca idealnie. Lirycznie, melodyjnie, gdzie trzeba dynamicznie, a innym znów razem ckliwie i łzawo. Pominę tego Artystę również dlatego, że jego muzyka dla mnie wiele znaczy, a że notujemy właśnie specjalny okres obchodów jego dwusetletnich urodzin, to i do końca roku sporo jeszcze się (również w Klasycznej Niedzieli)  o nim napisze / przeczyta / wysłucha / zobaczy.*

Powracając do tematu – poprzedni poranek niedzielny spędziliśmy z Mozartem. Żeby zatem zbytnio nie burzyć nastroju, to przedpołudniowe chwile z muzyką klasyczną, a ściślej z kolejnym koncertem fortepianowym (bo takoweż założenie poczyniłem na początek wakacji) spędzimy z … Robertem Schumannem. Przed nami jego Piano Concerto in A minor op. 54.

Ktoś może zapytać – jak Schumann nie burzy nastroju po Mozarcie? Gdzie tu logika? Ano – pozornie – nigdzie. Czasowo oba koncerty różni sporo lat, epoki odmienne reprezentują, a jakby było mało, to i świat, w jakim powstawały delikatnie rzecz ujmując zmienił się. To dlaczego „Schumann nie burzy nastroju po Mozarcie?”. Spieszę z wyjaśnieniem.

Koncert fortepianowy a-moll op. 54 Roberta Schumanna powstał trochę przez przypadek. Schumann, będąc pierwotnie zauroczony Chopinem (vide jego entuzjastyczna relacja na temat Wariacji B-dur op. 2 na temat Là ci darem la mano z opery Don Giovanni W. A. Mozarta z 1831 roku) po nabawieniu się kontuzji palca podczas ćwiczeń na fortepianie zupełnie zmienił swoje podejście do muzyki. Nie mogą zostać wirtuozem fortepianu zaczął komponować. A że miał uznanego w ówczesnym świecie muzycznym wykonawcę i popularyzatora swoich dzieł – czyli Klarę Józefinę Wieck – swoją małżonkę, to skomponowane przezeń utwory od razu trafiały na warsztat koncertowy, gdzie w poszczególnych recitalach Klara sprawdzała ich moc na publiczności.

Jednym z takich utworów, napisanych w 1841 roku była Fantazja na fortepian i orkiestrę. Mimo, iż Klara Wieck wykonywała ten utwór na koncertach, to Schumann miał problemy z wydaniem drukiem tego dzieła. Stąd też, za namową małżonki dopisał dwie kolejne części i tak, w 1846 roku na koncercie noworocznym Pani Wieck wykonała w Lipsku dzieło swojego męża.

Koncert został przyjęty bardzo dobrze, zarówno przez krytyków, jak i publiczność. Napisany jest w stylu stawiającym na zgranie solisty oraz orkiestry. Zarówno pianista, jak i członkowie orkiestry mają „grać w jednym zespole”. Dzięki takiemu podejściu, muzyka, melodyjna i zwiewna, płynie do słuchacza pozbawiona jakichkolwiek momentów nadmiernej wirtuozerii. Znamienne jest również to, że rezygnacja z wirtuozowskich (a przecież kiedyś Schumann sam marzył o karierze wielkiego wirtuoza – pianisty) nastąpiła dopiero po feralnej lekcji fortepianu, po której jasne się stało, że mistrzem klawiatury to Schumann nigdy nie zostanie.

Ta melodyjność, brak wodotrysków – że się kolokwialnie wyrażę – to właśnie owo nawiązanie do Mozarta. Nie uważam, że jego (znaczy Mozarta) koncerty fortepianowe to brak wirtuozerii. Przeciwnie. Ale ze Schumannem łączy nas przede wszystkim umiłowanie melodii. Ona warunkuje wszystko, wyznacza ramy i odkreśla grubą kreską ekstrawagancje pianisty od orkiestrowych aranżacji, jakie w każdym koncercie fortepianowym funkcjonują.

Dzięki temu – mimo romantycznego rodowodu dla tej muzyki – słychać dążenie kompozytora do perfekcji. Bardziej liczy się przenikanie orkiestrowych pasaży oraz fortepianu, niż  ich wzajemna rywalizacja. Inaczej niż u Beethovena muzyka nie atakuje słuchacza – raczej cierpliwie czeka, aż wrażliwość muzyków oraz publiczności zgra się w jedną całość, osiągając nadzwyczaj wyczekiwaną harmonię.

Zachęcam, choć nie od razu przypadnie wam ten koncert do gustu. W linku – znakomita, perfekcyjna Martha Argerich. Polecam…

*niepotrzebne skreślić (choć pewnie wszystko jest „potrzebne”)

Read Full Post »

Opener 2010 gra! Wśród tysięcy ludków zgromadzonych na lotnisku w Babich Dołach rownież i ja. Klimat, zapomnienie o wyborach, oczekiwanie na Massive Attack, Kings of Convenience i Archive. Słowem – trzy dni (no, niektórych więcej, dla innych mniej) muzyki.

Czekając na Massive (tłok, tłok i jeszcze raz tłok) zdziwiliśmy się niezmiernie, gdy na scenę wyszedł … pianista Marek Drewnowski, który dla tych kilkudziesięciu tysięcy ludzi wykonał kilka miniatur Fryderyka Chopina. Pięknie – pomyślałem, choć niestety bez delikatnego zgrzytu się nie obeszło. Mimo, iż sam uważam hasło z tytułu tego wpisu za ważne i prawdziwe, mimo, że sam kocham i ten kraj, i Chopina, to jednak… tekst ten, wypowiedziany przez pianistę w zapowiedzi ostatniego mazurka zabrzmiał dość obcesowo i sztucznie. Trochę, jakby ktoś usiłował muzykę Chopina zaprząc do politycznej furmanki. Ani to pasuje, ani uzasadnione – tak to można ludzi do klasyki tylko zniechęcić. Wystarczy, by zaczęli kojarzyć polityków z muzyką klasyczną. Efekt niechęci murowany.

Czy publiczność gwizdała? Nie. Zapowiedź padła, mazurek trwał ciut ponad minutę, a potem na scenę mieli wyjść Massive Attack. Nikt nie gwizdał, ale niesmak pozostał…

Klasę pokazał chwilę pózniej Del Naja. Frontman MA przywitał się z publiczością i nawiązując do występu Drewnowskiego powiedział proste happy birthday. Wywołując tym samym aplauz kilkudziesięciu tysięcy ludzi.

Relacja na gorąco pisana, więc link do muzyki i zdjęcia będą, jak dotrę do komputera. Tyle… Z festiwalowej komórki. 🙂

Read Full Post »