Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Wrzesień 2010

Franz Joseph Haydn

Jest taki kwartet skrzypcowy, który … każdy zna. A w każdym razie jego środkową część. Z całą pewnością kojarzą go starsze osoby, bo swoje przeżyły i trudno im od tej muzyki (wspomnień) uciec. Znać  go powinny też młodsi słuchacze (choć nie muszą wiedzieć, kto to akurat napisał). Niewątpliwie kojarzą go kibice piłki nożnej. Bo jest grywany na stadionach. Nie chodzi mi tu jednak o hymn Ligi Mistrzów (acz to też ta straszna muzyka klasyczna jest) – kto zainteresowany tematem – odsyłam do jednego z wcześniejszych wpisów. Dziś natomiast mowa będzie o kwartecie skrzypcowym Józefa Haydna.

Z Haydnem niestety są kłopoty (no i stąd tytuł dzisiejszego wpisu). Uznawany w swoich czasach za geniusza (na tyle znakomitego, by stać się nauczycielem Mozarta i Beethovena), siedział sobie w pałacu Esterhazych w Wiedniu i pisał. Pisał i pisał. Spod jego ręki wyszła taka ilość dzieł, że chyba jedynie rodzina Bachów mogłaby stanąć z nim w szranki. Pod koniec życia wyjechał do Anglii, gdzie noszono go na rękach, wielbiono, a na koniec nadano mu na uniwersytecie w Oxfordzie tytuł gradum doctoris in musica honoris causa, co zresztą kompozytor zaraz przekuł na sukces, wykonując tamże swoją nową symfonię, mającą się odtąd nazywać Oxfordzką.

Zmarł w Wiedniu. Jak się wspomniało wyżej – uważano go za geniusza – więc po śmierci studenci wiedeńscy … odcięli mu głowę, aby poszukać owego pierwiastka geniuszu w głowie Haydna…

No to skoro tak – zapytacie – to dlaczego „raczej nie polecam”?

Ano, bo noszę się z tym albumem od kilku miesięcy. Konkretniej – z płytą, którą nabyłem z braku laku. Zachciało mi się bowiem właśnie tego ‚słynnego’ tematu. Jak już Bach, na spółkę z Telemannem i Buxtehudem doprowadzili do sytuacji, w której nucę sobie pod nosem niemieckie teksty z napisanych przezeń kantat, to zaraz mnie naszło, by poszukać ciekawych (czyt. na początek) melodyjnych utworów, które równie łatwo można sobie zanucić, a zarazem takich, co nie znużą po kilku wysłuchaniach. Haydn do tej koncepcji pasował aż miło.

Niestety zaprzyjaźniony sklep z klasyką nie spełnił pokładanych nadziei. Haydn, i owszem, dostępny tam jest. W wersji SACD może i by się coś znalazło, ale kwartet skrzypcowy C-dur op. 76 nr 3 na który się uparłem niestety już nie. Pozostał więc internet, gdzie wyszperałem jedyną dostępną płytę (znaczy są inne, ale kupić udało się tylko tę właśnie).

Pałac Fertod...

Na albumie grają Kódaly Quartet z Węgier. Pasuje więc to jak ulał do Haydna, bo tenże przecież w służbie węgierskiego rodu książęcego pozostawał przez całe lata, mieszkał w majątkach Esterhazych i im też dedykował większość swoich utworów. Oczywiście poza omawianym kwartetem C-dur op. 76 nr 3, bo tenże  napisany został dla cesarza Franciszka I (niejako w wyniku inspiracji angielskim God, save the King). Oryginalnie tekst, który dziś kojarzymy brzmiał zupełnie inaczej, zaczynając się od słów Lorenza Leopolda Haschki:

„Gott erhalte Franz den Kaiser

Unsern guten Kaiser Franz,

Hoch als Herrscher, hoch als Weiser,

Steht er in des Ruhmes Glanz;

Liebe windet Lorbeerreiser

Ihm zum ewig grünen Kranz.

Gott erhalte Franz den Kaiser,

Unsern guten Kaiser Franz!”

Melodia, żeby być już dokładnym (gdyby kto chciał sobie pośpiewać) idzie tak:

Cz. 2. Poco Adagio,Cantabile.

Jak widać do słów „Deutschland, Deutschland über alles” bardzo stąd daleko, a przecież Niemcy w swoim hymnie też dziś tego słynnego wersu już nie śpiewają. Wychodzi na to, że częściej te słowa można usłyszeć z ust polskich wykolejonych młodzieńców, aniżeli od naszych zachodnich sąsiadów. Swoją drogą zagarnięcie przez Niemców hymnu, który był napisany dla innego państwa i innego narodu to też nie jest miłe zagranie. No, ale fakt jest faktem i nie ma się co zżymać na historię. Jakby się potoczyła inaczej, to graniczylibyśmy z państwami kaukaskimi i sprawa na ten przykład gazociągu północnego nie istniałaby. A my jeździlibyśmy do Kamieńca Podolskiego albo nad Dniestr łowić ryby i przemierzać stepy ukraińskie śladami Wołodyjowskiego. Bez wizy. Nie przekraczając … granicy.

No, oddaliłem się trochę od kwestii muzycznych. Zatem, krótko na koniec: Kódaly Quartet grają poprawnie. Ale nic ponad to. Irytuje mnie dźwięk z tego albumu. Jest jakiś taki niezbyt klarowny, smyki momentami sprawiają wrażenie, jakby skrzypiały melodię, zamiast ją grać. Szkoda, bo muzyka, mimo iż doskonale znana, jest piękna i zasługiwałaby na porządne wykonanie.

Może jestem rozwydrzony nagraniami znakomitych orkiestr i wirtuozów, ale niestety – album ten mi zdecydowanie nie odpowiada.

Read Full Post »

Europa Galante

Nie tak dawno witaliśmy nowy rok, potem wyczekiwaliśmy pierwszy oznak wiosny, cieszyliśmy się gorącymi chwilami lata i … znowu mamy jesień. Dziś za oknem jeszcze piękną i słoneczną. Jak długo? Zobaczymy. Ino patrzeć, jak nadciągnie zimna zimowa zima…

Nie wchodząc zbytnio w rozważania – zapraszam do działu recenzje, gdzie tradycyjnie można przeczytać sobie o kolejnej odsłonie Czterech Pór Roku Antonia Vivaldiego. Co prawda ta odsłona była już anonsowana (nie dalej, jak wczoraj) ale promocji dobrej muzyki nigdy za wiele.

Muzycznie zatem udziela się w Klasycznej Niedzieli Fabio Biondi oraz założona i prowadzona przezeń orkiestra Europa Galante. Grają niezwykle, na instrumentach z epoki, choć – inaczej niż wszyscy (a z całą pewnością odważniej, niż wcześniej opisywani na blogu wykonawcy). Zachęcam do posłuchania.

A na koniec, by nas ta piękna pogoda nie sprowadziła na manowce – przypomnienie, że tak też może być. „Głos” zabierze nieodżałowany Jacek Kaczmarski, we fragmencie jego Przeczucia:

Pałac w Kobylnikach k. Poznania

Jesień kładzie słoneczne wspomnienia w słoiki,
Pachną zioła, pęcznieją worki i koszyki,
Przyjaciele wracają z podróży dalekich,
Obmywają stopy w nurcie własnej rzeki.
Pod wieńcem i zniczem usypiają zmarli
Zapomniawszy już o tym, co życiu wydarli,
Poeci o jesieni powielają sztampy,
Więc dlaczego przed strachem – zapalamy lampy?

– Bo za szybą jesienna ulewa zajadła,
Podchodzą do okien strzygi i widziadła.
Odwróć się od szyby, rozmawiaj na migi –
Strzygi i widziadła, widziadła i strzygi…”

Oby jak najmniej takich strachów i jak najwięcej słonecznych i przyjemnych dni jak dziś.

Zapraszam do działu RECENZJE.

Read Full Post »

Fabio Biondi & Europa GalanteA skoro tak, to trzeba je godnie pożegnać. Witałem Lato muzyką Arte Dei Suonatori z Danem Laurinem. Dobry to album. Łagodny, ciepły, przyjemny, nieźle nagrany. Ale lato, jak to lato, niespodzianki płatać lubi. Dało się nam w tym roku we znaki upałami, które będziemy wspominać jeszcze długo. Stojące powietrze, żar z nieba. Miasta, w których nie dało się oddychać i moja wieś, gdzie wyjście na taras po południu to było samobójstwo. Zmiany pogody, deszcze tak gwałtowne i burze, że pierwszy raz woda wlała się nam do domu.

Toteż trzeba uczcić to odchodzące Lato podobnie gorącym, zmiennym, wyrazistym wykonaniem słynnego koncertu Antonia Vivaldiego. Na skrzypcach: Fabio Biondi oraz prowadzona przezeń orkiestra Europa Galante. Proszę usiąść wygodnie i … słuchać głośno. Oto część pierwsza:

Il cimento dell’armonia e dell’inventione op.8, znane jako L’Estate, czyli Lato. Allegro non molto

Prawda, że znakomicie? Biondi gra niezwykle żywiołowo i co ważne – swobodnie. Dzięki takiemu podejściu muzyka, którą znamy od lat zyskuje. Na dynamice, na melodyce, na wręcz przebojowości. Jest jak nasze lato. Wyraziste, gorące, opalone, z kieliszkiem dobrego wina w ręce. Czas na część drugą koncertu:

Spór między harmonią a wyobraźnią. Lato. Fabio Biondi & Europa Galante – Adagio e piano – Presto e forte.

No i finał. Za każdym razem, gdy to oglądam, nie mogę wyjść z podziwu, jak to się stało, że te skrzypce się nie rozpadły, albo przynajmniej nie zapaliły podczas grania trzeciej części. To wykonanie jest wręcz ogniste. Koniec gadania – tej część trzeba naprawdę posłuchać GŁOŚNO!

Antonio Vivaldi, Koncert nr 2 g-moll „Lato” („L`Estate”), RV 315, – Presto

Takie jest Lato. Za to je kochamy…

ps. nieustające podziękowania dla Radcy Węgrowicza 🙂

Read Full Post »

Wiem, mało odkrywcze to stwierdzenie, spopularyzowane zresztą również muzycznie przez naszego Genialnego Artystę, ale człowiek, jak to człowiek, wiecznie się dziwi. W czasach, gdy muzyka klasyczna niewiele dla mnie znaczyła, słuchałem – pamiętam z niezwykłą radością – nagrań zespołu Renaissance (hehe, cóż za nazwa, prawda!?). A wśród nich – utworu „Cold is being” z albumu „Turn Of the Cards”. Po latach okazało się, że melodia do tego nagrania napisana została przez Tomaso Albinioniego, a wszyscy, co się choć trochę na muzyce znają doskonale kojarzą jego Adagio.

Potem, jak już liznąłem trochę klasyki, okazało się, że Albinioni wcale tego utworu nie napisał. Owszem, jego autorstwa jest linia basu w tym nagraniu, a reszta przepadła po tym, jak amerykańska 8 Armia w lutym 1945 roku wpadła razem z Angolami na wizytę nocną.  To co się przetrwało alianckie bombardowanie, zostało uzupełnione resztą instrumentów (choć raczej trzeba by powiedzieć, że to linia basu uzupełniła kompozycję) przez włoskiego muzykologa, krytyka i … ostatecznie trzeba napisać KOMPOZYTORA – Remo Giazotto, który przyznał, że całość nagrania poza właśnie ową linią basu to jego kompozycja (swoją drogą ciekawe, czy wówczas von Karajan tak chętnie grałby to na koncertach).

A potem zacząłem słuchać klasyki na poważnie (hyhy, kiedyś mówiło się na ten rodzaj muzyki: „muzyka poważna” – też się zastanawiam, co za /—– ocenzurowano/ to wymyślił) i Adagio Giazotty i Albinioniego poszło w zapomnienie. Podobnie, jak cały Albinioni, którego przytłoczyli wręcz niemieccy kompozytorzy barokowi. A niesłusznie.

Nadrabiając zatem – w zakładce RECENZJE –  kilka słów zachwytu nad debiutantami na  blogu: oklaski zbiera zarówno znakomita  skrzypaczka Chiara Banchini , jej świetny  zespół Ensemble 415, jak i wytwórnia ZIG-  ZAG. Jak dla mnie – to zdecydowanie PŁYTA  MIESIĄCA (może czas zacząć nadawać takie rangi…).

Read Full Post »

Wczoraj minęło – co pewnie większość ludzi interesujących się muzyką zakonotowała, 40 lat od dnia śmierci geniusza gitary – Jimiego Hendrixa. Co mu zawdzięczamy, można wyczytać na wielu blogach i portalach internetowych, napisano o nim całe tomiska książek. Co i rusz wydawane są „nowe” płyty, jak choćby ostatni album z JEDNYM nowym nagraniem (ech, ten marketing). Nie będę się zatem rozpisywał, ale Jimiego zlinkuję, bo … to klasyka rocka i tyle. 40 lat… cóż, ta cyfra sporo znaczy również dla mnie, ale o tym innym razem.

Druga cyfra na dziś została trochę przyspieszona. Bo dziewiątego października mija 425 lat od dnia urodzin innego rewolucjonisty muzycznego. Tamtego dnia, w Köstritz (obecnie znanego jako Bad Köstritz) w domu, który istnieje do dziś urodził się Heinrich Schütz. Niemiecki kompozytor wczesnego baroku.

Zestawienie tych dwóch postaci (cyfr) pewnie dziwi. A nie powinno. Dlaczego – o tym niżej.

Jimi Hendrix przeszedł do legendy, bo jego  sposób gry na gitarze zrewolucjonizował  świat muzyki rockowej. Nie chodzi tu  oczywiście (lojalnie ostrzegam, te dwa linki  „łagodne” nie są!!) o kopulowanie z gitarą a  potem jej spalenie, ani o granie zębami, ale o  te kosmiczne dźwięki, jakie Jimi wydobywał z  tego instrumentu. Dotąd grywano sobie na  niej akordy, albo solówki, a Jimi jako  pierwszy zagrał na gitarze jedno i drugie  jednocześnie i na dodatek zrobił to tak, jakby  miał ich z pięć w rękach. Dzięki temu brzmienie nabierało mocy, atakowało różnymi frazami i przytłaczało słuchacza taką ilością wygenerowanych nut, aż trudno było dostrzec czy słuchamy jeszcze utworu, czy też jego improwizacji. Najpełniej brzmi to w moim ulubionym Third Stone From The Sun, który w linku podaję i do wysłuchania zachęcam, mimo, że z muzyką klasyczną pozornie niewiele ma ten kawałek wspólnego.

Heinrich Schütz to też rewolucjonista w muzyce. Miał jednak to szczęście, że żył znacznie dłużej, niż dwudziestowieczny mistrz gitary elektrycznej. Nie zmarł tragicznie w młodym wieku, choć wszelkie możliwości ku temu miał – wystarczyło napatoczyć się jakiejś armii podczas pustoszącej Europę wojny trzydziestoletniej. Inna sprawa, że pewnie stałby się wówczas jedną z tysięcy anonimowych ofiar i tyle byśmy o nim słyszeli. Zatem – skoro jego wyjątkowość nie wynika z eventów pozamuzycznych – to rewolucjonizm Schütza związany musi być z kwestiami muzyki. Tu nieśmiało posłużę się zdaniem Alberta Schweizera, który w swojej biografii Bacha napisał tak:

[…] Rewolucyjny jest w niemieckiej muzyce kościelnej fakt stosowania (przez Schütza – przyp. mój) na modłę Gabrielego większej ilości chórów dla wywołania dramatycznych masowych efektów […]. Rewolucyjne jest samodzielne wykorzystanie orkiestry w utworach powstałych po drugim pobycie kompozytora we Włoszech, kiedy to poznał sztukę Montiverdiego. Rewolucyjne jest wprowadzenie recytatywowych śpiewów solowych […]

Wszystko to dlatego, że wówczas (niezależnie, czy były to nabożeństwa katolickie, czy protestanckie) śpiewano (choć raczej recytowano w oparciu jedną melodię) słowa Pisma Świętego.  Schütz, po powrocie z Włoch zaimplementował tamtejsze rozwiązania na grunt niemiecki i tchnął życie w skostniały wizerunek muzyki siedemnastowiecznej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby ani Buxtehudego, ani tym bardziej Bacha i Händla.

Obaj wymienieni muzycy ruszyli otaczający ich muzyczny świat z posad. Nic już nie miało być takie same – ani siedemnastowieczne kantaty, ani dwudziestowieczne rockowe piosenki. Czy świat mógłby istnieć bez tych dwóch ludzi? Mógłby, ale po co?

Na koniec, jak na Klasyczną Niedzielę przystało, Heinrich Schütz i jego Die mit Tränen säen (SWV 378) w wykonaniu oczywiście niesamowitego Collegium Vocale Gent pod Herreweghem. Cudo!

Read Full Post »

Na letnie miesiące zaopatrzyłem się w kilka  płyt o zdecydowanie lekkim zabarwieniu. Na  początek więc w zakładce recenzje znajdziecie  kilka słów na temat albumu Kiss Me  Amadeus. Ensemble Rhapsody (za wiele o  nich w Sieci nie ma) wybrali do prezentacji  utwory mniej znanych kompozytorów  klasycyzmu. Oczywiście poza Mozartem,  którego zabraknąć nie mogło. Co zadziwiające  – traktowany w Polsce z przymrużeniem oka  Czesi nagle okazali się być niezwykle bogatym  w klasykę narodem (nawet, jeśli część z tych kompozytorów ulegała zniemczeniu, to jednak!). Miča, Krommer, Vaňhal to nazwiska, które trzeba znać (a o których przyznaję, niewiele dotąd słyszałem).

Zatem, mimo, że już wrzesień, że za oknem ponuro (przynajmniej u mnie), że już po wakacjach, proponuję dobrą kawę, chwilę wytchnienia i muzykę, tak przesyconą atmosferą osiemnastowiecznego Wiednia, że aż ma się wrażenie, że za chwilę zobaczymy Mozarta, pędzącego ul. Domgasse do swojej Konstancji…

Read Full Post »