Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 2011

Nie wiem, jak wy, ale dawno temu takie określenie padło w moim domu, a tyczyło się hołubionej wówczas przeze mnie muzyki rockowej. Oburzyłem się – i to bardzo, że ojciec z lekceważeniem wypowiadał się o Led Zeppelin, a przecież mógł wcale nie mieć złych zamiarów. Ba, powiedział prawdę, gdyby spojrzeć na te słowa przez pryzmat specyficznego instrumentu, który w muzyce znaczył i znaczy bardzo wiele, choć niewiele osób zdaje sobie sprawę, że gra na nim polega właśnie na owym „szarpaniu drutów (strun)”. I nie jest to wcale gitara.

Z instrumentem tym spotkałem się po raz pierwszy chyba gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych, za sprawą audycji w Programie Trzecim Polskiego Radia, gdzie wówczas prezentowano płytę grupy Deep Purple z czasów „przedgillanowskich”. Wydany w 1969 roku album o tytule takim samym, jak nazwa zespołu zawiera kilka znakomitych kompozycji (w tym niesamowity mariaż muzyki rockowej i klasycznej w postaci „April„), a wśród nich uwagę moją zwrócił świetny, rytmiczny, rockowy utwór „Blind„. Czemu o nim wspominam? Ano prym w tej kompozycji wiedzie… klawesyn. Słychać go praktycznie przez cały utwór, zaznacza się silnym, narzucającym rytm brzmieniem (można by rzec, że potraktowano w niej klawesyn jak instrument … perkusyjny!) a piosenka zyskuje dzięki niemu tajemniczy, wręcz mistyczny charakter.

Oczywiście Purple nie byli prekursorami w użyciu tegoż instrumentu, zrobili to przed nimi między innymi i Beatlesi, i Beach Boysi a nawet Hendrix, ale do mnie akurat Blind dotarł jako pierwszy. I do dziś mam sentyment zarówno do tego utworu, jak i do instrumentu.

Wracając do czasów obecnych – dwa lata temu mieliśmy okazję posłuchać krótkiego wykładu na temat klawesynu podczas koncertu wspomnieniowego Wandy Landowskiej, który odbył się na Zamku w Kórniku. Naszej słynnej klawesynistce zawdzięczamy renesans tego instrumentu we współczesnych czasach – odkąd bowiem fortepian wyrzucił klawesyn z sal koncertowych (nasz Frycek też miał w tym udział) – ciężko było usłyszeć ten strunowy instrument szarpany grający czy to solo, czy w orkiestrze. Zmieniła to właśnie Landowska, choć przy tej okazji – jako zasłużonego dla sprawy – trzeba oczywiście wspomnieć Gustava Leonhardta, któremu zawdzięczamy i propagowanie gry na tym instrumencie, i – właściwie przede wszystkim – skierowanie zainteresowania świata muzycznego ku tradycyjnemu brzmieniu orkiestr barokowych. A w każdej szanującej się orkiestrze barokowej klawesyn był, jest i będzie. A jak nie ma, to taka orkiestra z barokiem wspólnego za wiele nie ma.

Brzmienie klawesynu jest specyficzne. Nie każdy je lubi – znam takich, co koncerty Jana Sebastiana Bacha w transkrypcji na fortepian znają i poważają, a klawesynowych wariacji wysłuchać nie są w stanie. Nie zamierzam też przekonywać, że tylko klawesyn się liczy, bo sam wręcz przepadam za brzmieniem pieszczonego znakomitą ręką Steinwaya. Ale muzyki klawesynowej słucham od czasu do czasu, licząc, że i wam ona przypadnie do gustu.

Na dziś proponuję zatem płytkę Mario Raskina i Oscara Milaniego z koncertami klawesynowymi Jana Sebastiana Bacha, wydaną przez wytwórnię Pierre Verany. Znajdziecie tam m.in. transkrypcję szóstego koncertu brandenburskiego kantora św. Tomasza. Miło i przyjemniej jest posłuchać, jak odmiennie może brzmieć utwór, który właściwie każdy muzyk barokowy kiedyś zagrał. Próbka – poniżej.

 

Płyta fajna. Ale czy warta recenzji – jeszcze nie zdecydowałem. Do dostania oczywiście TU. I na koniec jeszcze jeden fragment – za takie to można dać się pokroić.

Read Full Post »

Obchodzimy dziś, czyli 25 marca, równo 9 miesięcy przez Bożym Narodzeniem. Św. Łukasz w Ewangelii napisał tak:

„W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret,

do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja.

Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, ».

Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie.

Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga.

Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus.

Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida.

Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca».

Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?»

Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym

A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną.

Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego».

Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!» Wtedy odszedł od Niej anioł.”

To wydarzenie wielokrotnie było natchnieniem dla artystów, którzy w rzeźbie, malarstwie wreszcie w muzyce próbowali oddać radość tejże chwili. Lista kompozytorów, którzy obrali sobie Zwiastowanie za źródło inspiracji jest niezwykle długa. Trzech z nich zebrano razem na płycie Magnificat nagranej przez Bach Collegium Japan, której recenzję znajdziecie w odpowiednim dziale (czyli TU).

Więcej o Zwiastowaniu pod linkiem, który załączam. A muzycznie? Proszę posłuchać Jana Dismasa Zelenki:

Read Full Post »

Słowniki podają, że tym sformułowaniem oznacza się zazwyczaj dzieło artysty, które kończy jego karierę. Traktuje się łabędzi śpiew jako krańcowy twór jakiejkolwiek działalności. Wszystko to za sprawą klasycznej już baśni, sugerującej, jakoby łabędzie, tuż przed śmiercią, którą wyczuwają wykonywały ostatni, często niezwykle piękny śpiew, mający stanowić ich pożegnanie ze światem doczesnym.

W naszej kulturze wyrażenie to weszło wręcz do słownika potocznego i każdy z nas niejednokrotnie się z nim spotkał. A czy ktoś z was słyszał ów łabędzi śpiew w rzeczywistości?

Ja nie, ale można posłuchać sobie namiastkę takowego. Wystarczy sięgnąć po utwór Heinricha Schütza, jego Der Schwanengesang to właśnie takie podsumowujące, ostatnie w życiu dzieło, jakie napisał. Czy to faktycznie łabędzi śpiew? Zapoznajcie się z recenzją płyty, którą znajdziecie TU.

A na koniec, mała próbka:

Read Full Post »

Zamierzałem spędzić z Chopinem, którego recenzję niezwykłej płyty znajdziecie w dziale recenzje. Ale… przypadek sprawił, że … obejrzałem YouTube’ową transmisję koncertu orkiestry symfonicznej z opery w Sydney.

Niesamowity koncert – muzyka, prezentacja sceniczna, muzycy, swoisty jam via internet z udziałem Renee Fleming – po prostu magia!

Kto nie widział, niech żałuje! A niżej – krótka próbka możliwości.

Read Full Post »

Nie widać. Za to Wielki Post trwa, a skoro tak, to idealnie doń pasują nagrania The Tallis Scholars. Których recenzję znajdziecie TU.

A poniżej próbka Josquina des Prez w wykonaniu właśnie Tallisów. Z wiadomego serwisu 🙂

 

Read Full Post »

Dziwne to święto, gdy się mu przyjrzeć z naszej codziennej rzeczywistości. W tę Środę bowiem kościoły pękają w szwach, mimo, iż to zwykły dzień pracy. Czyżby zatem coś gnało nas przed ołtarze? Dla przykładu jakaś wewnętrzna chęć umartwiania się, którą uraduje

jedynie wysłuchanie tego wersu z Księgi Rodzaju „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”? Czy też idziemy posypać głowy popiołem, bo taka jest nasza tradycja. A może faktycznie chcemy poszukać w sobie odrobiny duchowej przemiany, jaką niosą inne słowa wypowiadane tego dnia? („Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”).

Księga Rodzaju i słowa Ewangelisty pozornie niewiele mają wspólnego. Św. Marek jednak mówi do nas to samo, co Bóg wypowiada do Adama w dniu upadku pierwszych ludzi. Tylko w Nim nadzieja, bo skoro zgrzeszyliśmy, to i żyć musimy, jakby każdy dzień miał być naszym ostatnim. Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże, mówi do nas św. Marek dając nam z jednej strony ostrzeżenie, a z

drugiej nadzieję. Podobnie, jak w Księdze Rodzaju, gdzie zawołanie, że prochem jesteśmy i weń się obrócimy to koniec naszej ziemskiej drogi, która tylko w Bogu może zakończyć się szczęśliwie. I może stąd corocznie, nawet będąc słabym i grzesznym, idziemy do Kościoła, by posypać sobie głowę popiołem.

Oczywiście niektórzy zaczynają dziś post, ale czy wynika on z potrzeby ofiarowania takiej duchowej przemiany Bogu, czy z chęci

dbałości o nasze ziemskie ciało – to kolejne z pytań. Załóżmy, że liczy się tylko to pierwsze, a druga z kwestii to niejako uzupełnienie. Gratis, jakbyśmy dziś powiedzieli. Jak tak podejdziemy do sprawy, będzie ok.

W ten nastrój zadumy i modlitwy najlepiej pasuje muzyka, o której nieraz już było w Klasycznej Niedzieli. Ale od kilku dni posiadam trzeci box z nagraniami The Tallis Scholars. A tam, na płycie nr 3 m.in. kolejna, tym razem „nowa” wersja słynnego Miserere. Z udziałem Deborah Roberts. Pięknie nagranie. Jest w nim tyle wiary, nadziei i miłości, aż trudno sobie wyobrazić, że mógł je napisać

człowiek. Ten poziom absolutu jest wg mnie nieosiągalny zwykłym ludziom. Mimo, że ciągle próbują doń sięgnąć.

Aha, recenzja boxu wkrótce…

 

Read Full Post »