Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2011

Mówisz Requiem, myślisz Mozart! Ktoś zaprzeczy? Nie widzę… A szkoda.

Ludzie też najczęściej poza znajomość Dies Irae (choćby rozpropagowane jakiś czas temu przez kreskówkę Pixara – genialną swoją drogą) lub ewentualnie Lacrimosa nie wychodzą. A przecież stylistykę mszy żałobnej wykorzystywali kompozytorzy na przestrzeni wielu wieków i w każdym praktycznie można znaleźć dzieła, które wręcz zachwycają. Kompozycją, melodyką, czym sobie jeszcze nie zamarzymy.

Swego czasu za requiem stulecia została uznana msza hiszpańskiego kompozytora Tomasa Luisa de Victorii. Requiem 1605 napisane na chór sześciogłosowy jest zdecydowanie warte polecenia. Oczywiście ważne jest, by artyści owo requiem wykonujący stanęli na wysokości zadania. The Sixteen Harrego Christophers’a w tym zakresie was nie zawiodą. Gładki, pełen wdzięku i smutku zarazem śpiew, precyzja wykonawcza i oszczędny akompaniament składają się na obraz niezwykłego dzieła, tak doskonale wypełniającego jego podstawową rolę. Jaką?

Ano requiem to przecież modlitwa za spokój i życie wieczne duszy zmarłego. De Victoria daje nam ku temu niezwykłą okazję. Słuchając – wspomnijmy o Nim (a recenzja TU).

Read Full Post »

… a z nim koncert berlińskiego chóru Uniwersytetu Humboldta, który wystąpi dziś wieczorem (czyli 24 czerwca 2011 roku o godzinie 18.00) na Zamku w Kórniku (recital przy okazji X Międzynarodowego Festiwalu Chórów Uniwersyteckich Universitas Cantat 2011, trwającego właśnie w tych dniach czyli od 22.06. do 25.06.2011 w Poznaniu) – to zapraszam do wysłuchania kompozycji, która ostatnio nie chce mnie opuścić. Kompozytor w Klasycznej Niedzieli nie gościł (przynajmniej tak konkretnie), więc trzeba to nadrobić. Póki co – zajawka…

Read Full Post »

… fascynuje historyków, pisarzy s-f i zwykłych ludzi. Phillip K. Dick opisał swego czasu nawet alternatywną rzeczywistość w książce „Człowiek z Wysokiego Zamku” – a za kanwę posłużyła mu historia II wojny światowej, w ściślej – jej odmienne zakończenie.

Wspomnienie o tym naszło mnie po lekturze książki „Moskwa 1941” Rodrica Braithwaite’a. Imponujące dzieło. Pierwsza myśl, jaka się pojawia – już w trakcie czytania – Boże, jak niewiele dzieliło nas od katastrofy. Gdyby Niemcy inaczej traktowali Rosjan, to po stalinowskim monstrum w 1941/1942 roku nie pozostałoby NIC. Dosłownie. Nie przetrwałaby również szeroko rozumiana „polskość”, bo podbici przez Niemców i zepchnięci na skraj przepaści moglibyśmy tylko wegetować i marzyć o wolnej Polsce. Gdyby III Rzeszą rządził ktoś mniej szalony, bardziej rozsądny – to zgadzam się z twierdzeniem, że dziś świat mówiłby po niemiecku, z obiema Amerykami włącznie.

Właśnie wczoraj skończyłem czytać książkę brytyjskiego dyplomaty, a dziś… mija właśnie 70 lat, odkąd zagony Wehrmachtu ruszyły na wschód. Dokładnie 22 czerwca 1941 roku zabrzmiały działa i prawie pięć milionów żołnierzy przewaliło się przez granicę usypaną na trupie II Rzeczypospolitej. Jak wcześniej Polacy i Francuzi, wojska Leeba, Bocka i Rundstedta sprawiły lanie armiom przeciwnika i wszystko wskazywało na to, że w grudniu wjadą do Moskwy. Tak się jednak nie stało, a na ile wpływ na to miały warunki atmosferyczne, heroizm Rosjan i błędy Niemców – każdy interesujący się historią niech odpowie sobie sam.

Na koniec – żeby nie było zupełnie nie o muzyce, mały cytat znaleziony u wspomnianego Braithwaite’a:

„[…] Zdezorientowany Szostakowicz stał na peronie z żoną i z dziećmi, z maszyną do szycia w jednej ręce i dziecięcym nocnikiem w drugiej. W końcu wpuszczono go do wagonu dla artystów Teatru Bolszoj. Wśród pasażerów byli tez kompozytorzy Chaczaturian, Chrennikow, Kabalewski i Szebalin. Kilka artystek z teatru płakało. Przepełniony pociąg ruszył, a Szostakowicz przypomniał sobie, że nie wziął z peronu dwóch walizek: został mu tylko stary garnitur, który miał na sobie. Współpasażerowie dali mu skarpetki, dodatkową koszulę i inne najpotrzebniejsze rzeczy.[…]

Początkowo nie mógł pracować nad nową symfonią:  „Kiedy tylko wsiadłem do tego pociągu, coś we mnie pękło […]. Nie mogę komponować teraz, kiedy wiem, ilu ludzi ginie każdego dnia.” Kiedy jednak do Kujbyszewa dotarła wiadomość o pokonaniu Niemców pod Moskwą, Szostakowicz w przypływie ogromnej energii dokończył symfonię w ciągu dwóch tygodni. Partytura była gotowa 27 grudnia, natomiast po raz pierwszy wykonano ją 5 marca 1942 roku w Kujbyszewie. […]”

Potem, po latach nazwano ją Symfonią Leningradzką, choć opisywane wyżej wydarzenia – ucieczka, a potem radość ze zwycięstwa związane były z największą bitwą II wojny światowej. Bitwą o Moskwę w 1941 roku.  I na koniec fragment tej symfonii. Tak „nowej” muzyki w Klasycznej Niedzieli jeszcze nie było…

Read Full Post »

… albo L’Arte del Violino, tudzież … eee… Sztuka Skrzypiec ? (no nie, po polsku niestety to nie brzmi!). Całe szczęście, że nie koncentrujemy się na nazwach (i ich tłumaczeniach) tylko na Muzyce.

Z ową Sztuką można szczegółowiej zapoznać się w dziale recenzje (o ile pisanie o muzyce ma sens, rzecz jasna), gdzie krótko, na temat i zachęcająco namawiam do posłuchania albumu nagranego przez Elizabeth Wallfisch z towarzyszeniem The Raglan  Baroque Players i Nicholasa Kraemera. Całość w ładnym boxie wydał Hyperion, a można to nabyć za naprawdę niewielkie pieniądze (w końcu to 3 płytki) w wiadomym miejscu, czyli w Music – Island.

Dla zachęty – mała próbka możliwości:


 

Read Full Post »

 Ba, nawet powiedziałbym, że się dziwię (no, ale to ja zazwyczaj czepiam się szczegółów  w różnych filmach historycznych). Bo … sami posłuchajcie podlinkowanej pieśni  śpiewanej dla templariuszy ( i z takiej płyty właśnie –Time of the knights, będącej  częścią boxu Naxosa Time Of The Templars). Wysłuchajcie, przy okazji spoglądając na  poniższy tekst, pochodzący z książki Jude Upton – Ward ” Rule of The Templars”:

„… Towarzystwo niewiast jest rzeczą niebezpieczną, gdyż jego skutkiem szatan już wielu zwiódł z prostej drogi do raju […]. Uważamy za rzecz niebezpieczną dla każdego zakonnika nadmierne wpatrywanie się w twarz niewiasty. Z tego powodu żadnemu z was nie wolno całować białogłowy, czy byłaby to wdowa, młode dziewczę, matka, siostra, ciotka czy jakakolwiek inna; tedy od tej pory rycerze Jezusa Chrystusa mają za wszelką cenę unikać całowania niewiast, wielu bowiem mężów doprowadziło ono do zguby, dzięki temu rycerze będą mogli wiekuiście pozostawać przed obliczem Boga z czystym sumieniem i nieskażonym życiem…”

Wydaje mi się, że dobrze byłoby zachować pewną historyczną zgodność i muzykę dla templariuszy wykonywać powinni mężczyźni. Choć, … członkinie grupy Estampie śpiewają wyjątkowo pięknie. Tak sobie gdybam…

Read Full Post »

… albo aaaarrrrggghhh!!! Tyle mam do powiedzenia! Fani komiksów wiedzą, o co chodzi, pozostałym zaś się wytłumaczę. 17 czerwca, czyli za tydzień równo w poznańskim Pałacu Działyńskich na Starym Rynku, wystąpią Arte Dei Sounatori. Z przyjemnym, kameralnym repertuarem obejmującym:

1) dwa utwory Josepha Haydna, czyli kwartet smyczkowy f-moll, op. 20 nr 5, nr 23, Hoboken nr III:35) oraz kwartet smyczkowy D-dur, op.20 nr 4, nr 27, Hoboken nr III:34
2) jeden kwartet smyczkowy Wolfganga Amadeusza Mozarta (G-dur KV387).

Oczywiście nie zapowiedź występu poznańskiej orkiestry barokowej wywołała u mnie ów prymitywny okrzyk. Nie wynika on też z faktu zapoznania się repertuarem, przeciwnie bowiem takowy mi bardzo odpowiada. Zatem co się dzieje, że wygaduję jakieś onomatopeje? Ano, okrzyk ów wywołało spiętrzenie się terminów, kwestii i obowiązków. 17 czerwca br. niestety mam być daleko od Poznania,  na czymś, co ma być szkoleniem, a nim nie będzie a potem na zdarzeniu, które ma być imprezą integracyjną, a po zastanowieniu się – z całą pewnością czymś takim nie będzie. Strata czasu, strata koncertu, słowem … aaaaaarrrrrggghhh!, bo się wywinąć z tego chyba nie zdołam. I znowuż mnie Arte Dei ominie 😦

Jakby się ktoś wybierał, to bilety jedyne 30 zł w CIM-ie, albo przed koncertem. Ech…

Read Full Post »

Niestety znowuż … daleko stąd. Bo w Nowym Sączu, albo w Starym Sączu, albo Tarnowie, a jak już komuś wybitnie nie leżą te miejscowości, to zawsze może pojść na ów wybrany koncert w Krakowie. Bo tak się akurat składa, że program ten zaśpiewany w podanych wyżej miastach jest również przedstawiany w stolicy Małopolski. Tak czy siak daleko od tej mojej Wielkopolski.

Bardzo mi żal, że czerwiec 2011 roku będzie miesiącem polskiego baroku. Dlaczego? Bo mnie na tych koncertach nie będzie niestety. A zapowiada się nieźle: no, bo najpierw FRETWORK & CAPELLA CRACOVIENSIS w dniach 11-12.06. br zagrają Missa a 14 & Audite Mortales Bartłomieja Pękiela. Komu będzie mało, może się zostać sobie w Krakowie do 19 czerwca (albo wyjechać zeń do Starego Sącza dzień wcześniej) i posłuchać sobie Conductus Funebris Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego w wykonaniu HARMONIA SACRA i oczywiście… CAPELLA CRACOVIENSIS. Natomiast na koniec miesiąca (Tarnów 24.06, Kraków: 26:06) wysłuchać będzie można mszy koncertujących Marcina Mielczewskiego. Wykonawcy – OLTREMONTANO & CAPELLA CRACOVIENSIS.

Uff… tylko w czerwcu. Kto może być – proponuję nie zwlekać. Zwłaszcza, że bezpłatne wejściówki na koncerty w ramach projektu Verba et Voces dostępne na 5 dni przed datą koncertu w kasie Filharmonii w godz. 14.00-18.00.

Read Full Post »

… zainspirowane zostało, nie będę ukrywał – niedzielnym koncertem chopinowskim. Wróciłem do domu, z dźwięczącym w uszach polonezem brillante i dalej do półki z płytami, szukać czegoś, co wpasuje się w nastrój. A że troszkę tych płyt mam, to jakoś tak naturalnie wszystko przeszło z niedzielnego na poniedziałkowy wieczór, a potem noc…

Wspomnianego na początku wpisu poloneza posiadam na jednym z albumów zbioru Chopin – Complete Works (skromne 20 CD) wydanym przez Polskie Nagrania i Polskie Radio. Wykonanie… ech, nic tylko wzdychać, bo na wiolonczeli gra Halina Kowalska, a na fortepianie – Władysław Szpilman. Piękne, pełne uroku nagranie. Że troszkę trąci wiekiem za sprawą brzmienia? Ojtam, słuchacie tego z YouTube, więc nie szukajcie w tym audiofilskich brzmień.

Po Szpilmanie, przyszedł czas na Jana Ekiera grającego kilka ballad w tym samym zbiorze (CD oznaczony numerem 19). Oczywiście balladę g-moll op. 23 (tę samą, którą linkowałem w ramach japońskiego Chopina) sobie pominiemy (dlatego, że Krystian Zimerman gra wystarczająco pięknie), ale za to proponuję dla potrzymania melancholijnego nastroju balladę F-dur op. 38. Jest niesłychanie chopinowska, i choć korciło mnie, by zapodać wam również Zimermana, to jednak pozostańmy przy Ekierze.

Wyjątkowo wczoraj i dziś odpuściłem sobie Rafała Blechacza, w tym moim błądzeniu po muzyce Chopina (i tak już był recenzowany wcześniej, więc ma „przewagę”). W ten sposób, niejako na skróty dotarłem do Lang Langa. Ten pianista z Chin od dawna przykuwa moją uwagę. Płyt jego mam kilka, do kolejnych się przymierzam – bo oryginalności i tego, że grać potrafi znakomicie – odmówić mu nie sposób. Larghetto z koncertu fortepianowego nr 2 f-moll op. 21 rozkłada mnie na kawałki, w czym wtóruje mu dzielnie i wspomaga pianistę równie cudnie zagrana środkowa część – Romance.Larghetto z Jedynki.

I tak doszedłem do ostatniego mojego nabytku langlangowskiego. Live at Carnegie Hall, jak sam tytuł wskazuje – koncertówka z Nowego Jorku to już żadne tam cyzelowanie dźwięków w studio. To zmierzenie się z publicznością, wielką przestrzenią i oczekiwaniami, jakie każdy ze słuchających stawia przed pianistą z osobna. Ten ogrom projektu, sala, echa, kaszląca publika… słowem monstrum. Zwłaszcza dla samotnego pianisty.

Wiemy, że Lang Lang się publiczności nie boi. Że przeżywa swoją muzyką w taki sposób, jakby mu na audytorium nie zależało. Jedni się zachwycają jego mimiką, inni nie mogą jej ścierpieć. Jednych ujmuje jego gra, inni widzą w nim komika, co tanimi minami próbuje zjednać sobie fanów, zatrudniając speców od wizerunku i pozując do zdjęć z Leo Messim. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Bowiem gdy siada do fortepianu, potrafi z najbardziej znanych melodii wyczarować takie uczucia i emocje, że nie chce się o niczym innym pamiętać. Można więc zamknąć oczy i … nie myśleć o jego minach, chłonąc nuty zmieniające się w pasje i namiętności. I nawet, gdy siadamy do jego albumu z lekkim kręceniem głową, to i tak gdy zacznie grać jest … pozamiatane. Kto nie wierzy, proszę – najpierw schumannowskie „Marzenie”

A jeśli komuś to nie wystarczy – proszę posłuchać Liebestraum Liszta. Choćby za te nagrania jestem mu w stanie wybaczyć, że tak celebruje aplauz publiczności w czasie tego koncertu, że … sprzedaje te sekundy oklasków za pieniądze.

Read Full Post »

… ten żałuje. Że wykorzystam do krótkiego omówienia sparafrazowaną myśl filozoficzną znanego polskiego filozofa lat 90-tych ubiegłego stulecia – B. Lindy.

Było pięknie, skończyło się szybko (brak bisów niestety). Relacja w dziale „koncerty”, czyli TU. Ech… bo kolejny koncert z tego cyklu ponoć … dopiero we wrześniu.

Read Full Post »

dobre słowa: Kórnik, zamek, Chopin, arboretum, wakacje, weekend, Zamojski, Klaudynówka, pałac (?), zdjęcia, Wielkopolska, muzyka, fotografia, architektura, Mickiewicz, starodruki, biblioteka, muzeum,

złe słowa: remont, nieustający remont, zachłanność, parkowanie, 10 zł, samochody, brak koncepcji, lenistwo, nuda,

Przy okazji dzisiejszego koncertu naszło mnie takie zestawienie ważnych słów. Nie będę was zanudzał wyjaśnianiem wszystkich, zwłaszcza, że niektóre tłumaczą się same. Ale na dwóch – złych słowach – się skupię.

REMONT: mostu. Trwa od nie pamiętam kiedy, niby się zakończył, ale nadal wiszą jakieś taśmy, deski, nie wiadomo co i po co. Jeśli nie skończyliście remontu, to zabezpieczcie ten most porządnie, abym nie wszedł nań z dzieckiem, bo się jeszcze zawali!!! Zostawianie takich oznaczeń, gdy prace zostały wykonane i cały most został postawiony na nowo to idiotyzm. Zwłaszcza, gdy … trwa to już półtora miesiąca…

I druga sprawa: PARKOWANIE. Pod zamkiem. Za 10zł/h. Że za dużo? Nie, za mało, powinno kosztować 100 zł/h. Bo zezwalanie na parkowanie w tym miejscu to równie zasadne, jak pozwalanie na wjeżdżanie na dziedziniec Zamku Królewskiego w Warszawie. Można oczywiście twierdzić, że skoro ludzie chcą płacić, to można im na to pozwalać. Pewnie, jestem zdania, że niektórzy, gdyby tylko mogli pokazać, że ich stać, wjechali by swoimi wypasionymi brykami na krużganki Wawelu! Zamiast zaparkować te swoje nie-wiadomo-jak-zajebiste-auta na Rynku lub na specjalnym parkingu nad jeziorem i potem przejść spacerkiem te 500 metrów do zamku – muszą się wcisnąć na trzeciego i ustawić auto na wprost schodów zamkowych. Pozwólny im wjeżdżać do arboretum i zostawić w zacienionych miejscach za 500 zł/ h. Skoro ich stać… a do zamku – niech sobie hycną przez płot…

A teraz skoro już napisałem co napisałem – zapraszam na koncert chopinowski. Już o 18.00

 

 

Read Full Post »

Older Posts »